Praia da Rocha i Portimão

A to będzie post o tym, jak nie należy polegać na opinii „większości”. Niby wiem to od zawsze, ale czasem daję się złapać w tego typu pułapkę i potem bardzo tego żałuję. Wybierając miejsce do spędzenia dłuższej ilości czasu w Algarve, trochę rozpytaliśmy (spotykanych ludzi i różnych naszych gospodarzy z AirBnb) i poczytaliśmy nieco informacji w internecie. Postanowiliśmy jako miejsce do zamieszkania wybrać Portimão , które słynie z ponoć jednej z najpiękniejszych plaż na świecie – Praia da Rocha, której wyidealizowanych zdjęć jest pełno w sieci (ja zresztą też dorzucę kilka). Tak naprawdę zdecydowało też o tym położenie miasta, bo można było z niego sprawnie jeździć we wszystkich kierunkach, a nastawieni byliśmy głównie na jednodniowe wycieczki po okolicy. Spędzaliśmy w Algarve czas całkowicie poza sezonem turystycznym, toteż mieliśmy nadzieję że w większej miejscowości będzie działać więcej sklepów i innych potrzebnych do życia miejsc. 

Oglądając te zdjęcia nie należy wierzyć we wszystko co się widzi.
Wrzucam je głównie po to, żebyście się oburzyli jak tuż za takimi ładnymi skałami można było wybudować wiele rzędów kilkunastopiętrowych bloków i hoteli.
Tutaj widać nieco miasta z oddali, uwierzcie mi, że nie chcecie oglądać go z bliższej odległości i ta Wam wystarczy.

Do mieszkania wybraliśmy lokalizację mniej więcej 1,5 kilometra w linii prostej do oceanu, bardzo blisko rzeki Arade. Normalnie w takiej odległości od oceanu bardzo dobrze czuć jeszcze jego zapach, ale my niestety przez miesiąc ani razu go nie poczuliśmy. 

W tym przypadku, było to zupełnie niemożliwe. Niestety nie przyszło nam do głowy, że cała bardzo duża plaża będzie tak szczelnie opasana wieloma warstwami kilkunastopiętrowych bloków, które skutecznie uniemożliwiały przedarcie się jakiegokolwiek zapachu morza w głąb lądu. Bloki i hotele przy Praia da Rocha to architektoniczne koszmary. Nie wiem jak udało się tego dokonać, ale żaden z nich nie pasuje do tego obok. W dodatku rozmieszczone są bez jakiegokolwiek planu, tu i tam odgrodzone murem albo siatką, dzięki czemu nie da się nawet sensownie przemieszczać tamtędy pieszo. Dopiero po kilku podejściach udało się nam między nimi nie kluczyć. Sama plaża też robi bardzo przygnębiające wrażenie, bo betonowe miasto położone jest tuż za ciekawymi formacjami skalnymi i całkowicie nad nimi dominuje. Warto tam pojechać żeby zobaczyć jak bardzo można nie wpasować architektury w otoczenie, oraz zniszczyć i zdegradować naturę masową turystyką. To nie jest miejsce dla osób kochających morze, przyrodę, albo zrównoważony rozwój. To nie jest miejsce do oglądania na trzeźwo, bez złapania natychmiastowego doła. Wygląda to po prostu tak źle, że odbiera mowę i ręce opadają do ziemi. Byliśmy w porze zupełnie pozasezonowej i wszystkie te budowle stały prawie zupełnie puste, tak samo jak knajpy prezentujące przeróżne style, (dla przykładu styl „western/rancho”, albo „prawie jak Bali” wśród kilkunastopiętrowych budynków) wyglądało to jak prawdziwa post apokalipsa z na wpół oderwanymi przez hulający wiatr szyldami, banerami i sponiewieranymi przez sól napisami. Szkoda mi było nawet robić zdjęć tej urbanistycznej rozpaczy, więc nie mam ani jednego.

To oczywiście cały czas ta sama plaża, w tym wpisie innej nie będzie.

W internecie bardzo łatwo można się dowiedzieć, że pas wybrzeża pomiędzy Albufeira i Faro, jest bardzo mocno dotknięty przez chaotyczną zabudowę i masową turystykę. Szkoda że jakoś nie trafiliśmy na żadne ostrzeżenie, że wyspą takiej turystyki bardziej na zachód jest również Portimão. A wystarczyło tylko ulokować się gdzieś blisko Portimão ale niekoniecznie w nim samym, bo zarówno po jednej jak i drugiej stronie miasta są miejscowości przez które nie przejechał walec masowej turystyki. Przykładem są Parchal, albo Lagoa po przeciwnej stronie rzeki Arade, z których możemy oglądać skały Praia da Rocha i roztaczającą się za nimi betonozę. Po zachodniej stronie Portimão znajduje się miejscowość Alvor, którą szczególnie polecam. Wystarczyło tylko uznać, że w razie czego pojedziemy do Portimão na większe zakupy, i wybrać do mieszkania coś małego nieopodal ale niestety na to nie wpadliśmy, więc teraz piszę żeby Was ostrzec. Doceńcie moje rady, bo na prawdę nie chcecie tego oglądać więcej niż raz. Pod względem lokalizacji czy też logistyki to miejsce było bardzo sensowne, ale tak samo byśmy z tego skorzystali gdybyśmy zamieszkali w którejś miejscowości tuż obok.

Mała dygresja o jedzeniu

Jedyną moim zdaniem zaletą Portimão jest pokaźna hala targowa, na którą w soboty zjeżdżali okoliczni rolnicy ze swoimi produktami. Nie mam stamtąd żadnych zdjęć, bo za każdym razem byłam tak obładowana siatkami z jedzeniem, że nie miałam szans jeszcze taszczyć ze sobą lustrzanki. Chodziliśmy tam piechotą bo samochodem nie dało się zaparkować zbyt blisko. Portugalia jest na tyle niewielka i mieszka w niej tak mało osób, że ludzie trochę bardziej niż w innych krajach wiedzą co jedzą. Większość produktów może rosnąć tylko w nielicznych miejscach, bo albo nie ma wody, albo jest za ciepło, albo za zimno – więc ma określone pochodzenie, bo innego mieć po prostu nie może. Zatem jedzenie nie jest tu tak anonimowe jak w większych i bardziej rozwiniętych krajach – stoją za nim konkretni ludzie, których nie ma za wielu. I to jest jak dla mnie wielki plus Portugalii. Jedzenie lokalne ceni się i wyraźnie odróżnia od produktów z Hiszpanii czy Maroka, które nieraz potrafią nawet kosztować więcej niż te od lokalnych rolników. Ludzie przyjeżdżający w sobotę na bazar nie byli handlarzami, tylko sprzedawali własne produkty. Zazwyczaj byli to seniorzy i to nieraz w mocno podeszłym wieku, ale bardzo jeszcze jak na swój wiek pod każdym względem sprawni, ubrani elegancko i po lokalnemu, czyli obowiązkowo w spodnie od garnituru „w kancik”, sweter polo z wystającym kołnierzykiem i kaszkiet. Nie wiem co będzie jak przestaną się zajmować produkcją jedzenia, bo co wielokrotnie zaobserwowaliśmy, młode pokolenie kompletnie nie docenia pokaźnego jedzeniowego dziedzictwa i żywi się mocno przetworzonymi i śmieciowymi produktami opakowanymi w duże ilości plastiku. Wracaliśmy stamtąd zawsze z ogromnymi siatami wypełnionymi warzywami, ogromnymi wiechciami kolendry, pietruszki i mięty kilogramami awokado prosto z drzewa po 1,2, albo 3 euro za kilogram w zależności od tego czy mniej czy bardziej duże, dojrzałe i kształtne. Oprócz tego można tam było nabyć lokalne cytrusy, persymony (kaki), bataty i inne warzywa korzeniowe. Wszystko takie świeże że aż strach i ubabrane w ziemi. Imponująca była także ilość ryb i owoców morza – co ważne złowionych w miarę blisko, a nie importowanych z wysokowydajnych hodowli gdzieś w Turcji albo Argentynie. Wychodziliśmy z założenia, że lepiej kupić jakieś morskie stworzenia rzadziej, co jest lepszym rozwiązaniem chociażby dla natury (najlepszym jest ich w ogóle nie jeść) za to pochodzące z lokalnych źródeł, niż częściej kupować w lokalnej Biedronce (Pingo Doce), tanią rybę wyhodowaną w Turcji nafaszerowaną nie wiadomo czym. Najbardziej szokujące było oglądanie lokalnych ludzi, którzy mając pełno ryb na bazarze, kupowali fluorescencyjnie pomarańczowego łososia z norweskiej hodowli, który w porównaniu do lokalnych ryb kosztował kilka razy taniej. Nawet jeśli osoba kupująca taką rybę płaci za nią mało, to wszyscy płacimy za jej zakup pośrednio w postaci degradacji środowiska naturalnego i negatywnego wpływu takiego jedzenia na zdrowie.

A to już spory kawał od miasta. Tylko raz morze było tak bardzo cofnięte że udało nam się tam bez problemu dojść.

Jeśli jesteście fanami architektonicznej masakry, klimatów jak znad polskiego Bałtyku w najgorszym wizualnie wydaniu i miejsc kompletnie wyrwanych z kontekstu i pozbawionych identyfikacji z tym co lokalne, to Portimão Wam się spodoba – wygląda jak każde inne tego typu miejsce na świecie. Jeśli zaś szukacie czegoś odwrotnego, pobyt tam sprawi, że będzie Wam smutno. Wrażenia nie jest w stanie zatrzeć nawet niewielkie zabytkowe centrum miasta, w którym znajdziemy mnóstwo kawiarni i cukierni (także wegańskich), knajp i całkiem interesujących sklepików, które położone jest w sensownie dalekiej odległości od morza. Gdyby tak zostało i nie wybudowano nowej i chaotycznej części, pewnie byłoby przyjemnym i w miarę zrównoważonym miasteczkiem, a nie wyrwanym z kontekstu turystycznym molochem wystawionym bez żadnego szacunku do otoczenia.

Podziel się z innymi: