Sukhotai 2011

Jak na stolicę dawnego syjamskiego imperium Sukhotai to na prawdę mała mieścina. Dzieli się na Old Town czyli park historyczny z niewielką infrastrukturą i położony 12 km od niego New Sukhotai, które jest normalnym miastem z bazą noclegową i to właśnie do niego przyjeżdżamy. Wysiadamy na dworcu autobusowym i od razu zaczepia nas naganiacz pracujący dla jednego z hoteli, aczkolwiek na prawdę sympatyczny. Poleca nowo otwarte miejsce blisko dworca (a więc nieco dalej od centrum) z korzystnymi cenami i może zaraz nas do niego zawieźć. Pokazuje folder z okrutnie kiczowatym pokojem w kolorze kremowym z różowym łóżkiem i różową pościelą, płatkami róż i napisem „Happy honeymoon”, więc mówię, że pojedziemy tylko jeśli mi obieca, że dostaniemy dokładnie taki sam pokój, bo jeśli nie to szkoda nam czasu bo zazwyczaj wszystko co mówią ludzie jemu podobni okazuje się nieprawdą. Spodziewam się że pewnie znów stracimy trochę naszego czasu i nerwów. Manager szybko wykonuje telefon i ze smutkiem oznajmia że…pokój różowy jest zajęty i został tylko identyczny ale zielony. Z miną pokerzysty mówimy że jakoś może przeżyjemy jeśli nie będzie różowy. Na miejscu okazuje się że to cały kompleks z bungalowami i dużym drewnianym domem z pokojami, otoczony ładnym ogrodem w którym ćwierkają ptaki i nie ma spalin samochodowych. Wprawdzie obwodnicą do miasta jest dość daleko ale jest skrót prowadzący brzegiem rzeki i w centrum jesteśmy w 15-20 minut, oraz mamy możliwość nielimitowanego bezpłatnego pożyczania rowerów celem jeżdżenia po miasteczku. No to zostajemy w zielonym pokoju. Najważniejsze że mieszkamy w zupełnie normalnej części miasta a nie w dzielnicy turystycznej, obok są mieszkalne domy i w zasadzie nie mamy kontaktu z hordami turystów z Europy i wreszcie po Bangkoku i Chiang Mai możemy od tego odpocząć. Przez cały pobyt rozbijamy się po Sukhotai rowerami. Dziwnie się jeździ w ruchu lewostronnym, bo prawostronne nawyki są silne, całe szczęście że Sukhotai to prowincjonalne miasteczko więc ruch jest niewielki, bo po Bangkoku raczej nie wybrałabym się rowerem.

Do Sukhotai Historical Park dojeżdżamy songthaewem razem z dziećmi jadącymi do szkoły. Na miejscu zamiast trochę się rozejrzeć ulegamy nagabywaniom kolejnej bardzo przedsiębiorczej tajskiej kobiety, tym razem właścicielki wypożyczalni rowerów, oraz wierzymy radom z przewodnika Lonely Planet, który już wielokrotnie w Tajlandii wyprowadza nas na manowce, (bo trzeba chyba robić wszystko dokładnie odwrotnie niż w nim radzą by uniknąć robienia rzeczy bezsensownych) i pożyczamy rowery celem przejażdżki po historycznym parku. Okazuje się, że po jakiś dwóch może trzech godzinach wszystko już zobaczyliśmy a rowery były w sumie kompletnie niepotrzebne, ale skoro już je mamy opłacone z góry za cały dzień, postanawiamy przejechać się do nieco dalej położonych budowli. Tam spotykamy już tylko bardzo wytrwałych turystów a krajobraz dookoła zabytków jest mocno wiejski, biegają kury i koguty, uprawia się ryż a w jednym jedynym miejscu mały chłopiec śpiąc na hamaku sprzedaje mrożoną coca colę. Tego dnia jest strasznie gorąco i w ogóle nie ma chmur, a my nieposmarowani kremem z filtrem (bo kto codziennie by się nim smarował i kto by go ze sobą nosił) nabawiamy się poparzeń słonecznych. Nie dość że słońce na prawdę daje nam popalić jestem osłabiona trwającymi od kilku dni dolegliwościami żołądkowymi, a leki z Polski coś słabo sobie radzą. Wieczorem mam więc do zrobienia apteczne zakupy, coś na poparzenia słoneczne i jakiś mocniejszy proszek na biegunkę. Bez problemu znajdujemy aptekę z personelem mówiącym świetnie po angielsku, więc Sukhotai taką zupełną prowincją to pewnie nie jest. Za to bazar w Sukhotai jest bardzo azjatycki bo szczury przechadzające się po nim ostentacyjnie w biały dzień są na prawdę imponująco wielkie. Jest też na nim dość brudno, chyba że trafiliśmy na chwilę przez wielkim sprzątaniem.

Sam Sukhotai Historical Park to pozostałości po pierwszej stolicy Syjamu z XIII wieku. Miasto było nią przez 200 lat. Najbardziej reprezentatywna część to ogrodzony dość spory teren ze świątyniami i posągami w otoczeniu licznych drzew, bardzo zadbanych stawów (porośniętych licznymi kwiatami lotosu) i trawników. Budowle niczym szczególnym spośród innych zabytków tej części świata się nie wyróżniają. Za to w pamięci mocno utkwiły mi słynne posągi. Odznaczają się one niezwykłą gracją i są przepiękne. Ich forma jest pełna łagodnych skosów i miękkich krzywizn. Twarze mają zawsze bardzo zrelaksowane z wpół przymkniętymi oczami. Ich smukłe dłonie są ułożone w pozycjach pełnych niezwykłej dystynkcji (zazwyczaj ułożone są w pozycji różnych mudr). Wzorcem do tworzenia posągów były odniesienia zwierzęce. Ideał miał mieć ramiona szerokie niczym trąba słonia, pierś jak u lwa, smukłą talię a nos jak dziób papugi. Widoczne są silne inspiracje lankijskie, ale kroczący budda to oryginalne przedstawienie tajskie, które nie zostało skopiowane z Indii. Uważa się nawet, że nikomu i nigdzie wcześniej ani później nie udało się lepiej przedstawić buddyjskiego ideału uduchowionego piękna tak jak artystom z epoki Sukhotai.

tai_sukhotai_wat-mahathat_002

Najokazalsza świątynia Wat Mahathat.

tai_sukhotai_wat-mahathat_004

Piękny posąg buddy w pozostałościach świątyni Wat Mahathat.

tai_sukhotai_wat-chana-songkram_001

Stupa swiatyni Wat Chana Songkram. Stupy epoki Sukhotai były bardzo wysmukłe, lekkie i delikatne.

tai_sukhotai_kroczacy-budda_001

Ten kroczący budda to ponoć największe osiągnięcie sztuki rzeźbiarskiej Sukhotai.

tai_sukhotai_posag-buddy_002

Wszystkie posągi z Sukhotai mają niezwykle harmonijne rysy. Ich ciała wydają się być niezależne od prawa grawitacji.

tai_sukhotai_posag-buddy_003

tai_sukhotai_posag-buddy_001tai_sukhotai_stupa_001

tai_sukhotai_wat-mahathat_001tai_sukhotai_kroczacy-budda_002

tai_sukhotai_wat-si-sawai_001

Wat Si Sawat zbudowana w stylu khmerskim.

tai_sukhotai_drzewa_001

Zieleń na terenie historycznego parku jest bardzo zadbana miejscami można poczuć się prawie jak w jakimś europejskim ogrodzie botanicznym.

tai_sukhotai_palmy_001

Poza ogrodzonym terenem parku ruiny świątyń nie są tak bardzo zadbane, często stoją na skraju czyjegoś pola uprawnego, albo zarastają je dość gęste chaszcze. Z powodu zmęczenia gorącem urządzamy sobie postój pod świętym drzewem wokół którego stoi mnóstwo dziwnych figurek, których przeznaczenia nie rozumiem i nie było nikogo kogo można by o to spytać. W korzeniach drzewa znajdowała się twarz buddy i cała rzesza mniejszych figurek. W powiększeniu wyglądały niepokojąco.

tai_sukhotai_swiete-drzewo_001 tai_sukhotai_swiete-drzewo_003 tai_sukhotai_swiete-drzewo_002 tai_sukhotai_swiete-drzewo_004

Czasami droga wiodła przez czyjeś pola uprawne, sady – ogólnie można było nasycić sobie oczy soczystą zielenią i pooddychać świeżym chociaż gorącym i wilgotnym powietrzem.

tai_sukhotai_drzewa_002 tai_sukhotai_pejzaz_001

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *