Świątynie, forty i jedzenie Tainanu

Całkowicie spontanicznie korzystając z promocji lotniczej wybraliśmy się na Tajwan i był to strzał w dziesiątkę. Jeśli chodzi o zabytki to jak dla mnie creme de la creme całego wyjazdu był Tainan. To pierwsza stolica i najstarsze miasto Tajwanu. Chętnie przyrównuje się je do japońskiego Kioto. Włóczyliśmy się tu po licznych świątyniach. W mieście jest ich ponad 300 (!) i gdzie tylko byśmy nie poszli, to wszędzie się na jakąś napatoczymy.  Tainan  posiada swoistą patynę, właściwą dla byłych stolic państwa (lub prowincji) i jest artystycznym oraz intelektualnym centrum kraju, trochę jak Kraków, albo Yogyakarta. Jadąc do Tainanu możemy bardzo interesująco dosłownie zanurzyć się w historii. To zupełnie inne Chiny, nie przeorane przez Rewolucję Kulturalną,  więc całkowicie różne pod względem społecznym czy też ekonomicznym od kontynentu.

Co ciekawe, zapoznani wcześniej w górach mieszkańcy Tainanu, mówili o swoim mieście że brudne, duszne, gorące i zadymione, oraz pytali czy my na sero chcemy tam jechać. Dla nich za to największą atrakcją było moknięcie co weekend w lodowatym deszczu w górach, gdzie wreszcie, ich zdaniem, można było pooddychać pełną piersią. A ja znowuż specjalnie jadę do kraju takiego jak Tajwan, by było mi ciepło przez cały czas. Co do zadymienia trochę racji mieli, jednak tutaj samochody są bardziej nowoczesne niż w Polsce, więc problem smrodu spalin jest jak na mój gust i tak mniejszy niż u mnie w kraju, gdzie wielu ludzi jeździ kilkunastoletnimi rzęchami (a o zimowym smogu nawet nie wspomnę).

Niemniej jednak jeżdżąc po niekończących się i wyglądających cały czas identycznie przedmieściach Tainanu można nabrać odrobinę przygnębiającego wrażenia, lecz centrum miasta skutecznie nam to rekompensuje. Przedmieść Tainanu zwiedziliśmy z okien samochodu sporo, gdyż razem z nowo poznanymi znajomymi jeździliśmy w nocy po ich pracy, po znanych tylko wśród lokalnych mieszkańców kultowych restauracjach i barach serwujących słynne lokalne potrawy. Wieczorową porą wszyscy przemieszczają się w celu zjedzenia czegoś ciekawego, lub po zjedzeniu tego czegoś wracają do domu. W środku dnia jest zbyt gorąco żeby jeść. Było nam przy tym trochę  głupio, bo na Tajwanie punktem honoru jest ugoszczenie kogoś w taki sposób, by za nic nie płacił, więc musieliśmy uskuteczniać niezłe przepychanki (z pewnością niezgodne z chińską etykietą) by nie czuć się jak totalny pasożyt. Jednak nie udało nam się w tej sprawie w żaden sposób normalnie dogadać, więc do końca nie wiemy czy popełniliśmy ogromne gafy towarzyskie, czy tylko niewielkie. Warto jednak czasem mieć przy sobie coś fajnego do zostawienia „na wymianę”, tylko my nigdy niczego takiego nie mamy, bo nie chce nam się dźwigać nadprogramowych rzeczy, oraz kompletnie nie mam pomysłu co takiego miałoby to być bo rozdawanie komukolwiek jakichś turystycznych gadżetów (na przykład z wizerunkiem Polski) totalnie kłóci się z moją wizją jeżdżenia gdziekolwiek.

Następnie odwiedzaliśmy codziennie inny nocny bazar, gdyż po skończonym posiłku nasi znajomi podrzucali nas do miejsca gdzie akurat takowy się odbywał (codziennie gdzieś indziej), po czym GPS zaprowadzał nas do hotelu w środku nocy. Warto zresztą napisać coś także na temat noclegów, gdyż nocowaliśmy tu najtaniej na całej wyspie, w dodatku w najlepszych warunkach. Noclegów na pęczki jest w okolicach dworca kolejowego i są one skierowane raczej do przedsiębiorców niż plecakowych turystów. Dodatkową zaletą mieszkania w pobliżu dworca jest bliskość dzielnicy indonezyjskiej w której można zakupić i zjeść indonezyjskie specjały, które bardzo ciężko jest dostać poza Indonezją (żeby do niej dotrzeć, trzeba kierować się w prawo stojąc plecami do głównego wejścia na dworzec kolejowy). Jest ona położona dość blisko – i składa się na nią 2-3 ulice na których mieści się sporo sklepów z indonezyjskimi dobrami, firm kurierskich i cargo specjalizujących się w wysyłkach do Indonezji, oraz lokali gastronomicznych (warungów).

Świątynie Tainanu

Posiadam w tym temacie zdecydowany niedosyt. Po pierwsze Tajwańczycy rewelacyjnie edukują przyjezdnych na temat swoich świątyń. W wielu z nich można otrzymać broszury, czasem w formie pokaźnej książki, gdzie dowiemy się nie tylko o historii miejsca, ale niemal o każdej postaci i wizerunku przedstawionym w świątyni. Po drugie, poruszając się w sposób zdecydowanie chaotyczny 😉 można trafić na mniej znane lecz także absolutnie rewelacyjne małe świątynie stojące sobie między domami mieszkalnymi i odpocząć na zacienionych dziedzińcach. Albo szukając jednej znanej i słynnej zgubić się zupełnie i trafić do kilku tak ładnych, że w międzyczasie zapominamy o celu w jakim się tu znaleźliśmy. Taki tryb odwiedzania świątyń najbardziej mi się podoba i koniecznie muszę tu wrócić by dokończyć dzieła, bo Tainan świetnie nadaje się do chodzenia gdzie tylko nas oczy poniosą. Ogromna szkoda że do Tainanu dotarliśmy pod koniec wyjazdu, bo chętnie uskuteczniłabym kilkudniową włóczęgę wyłącznie po świątyniach, a  niestety dość szybko musieliśmy opuścić miasto.

Najbardziej znanymi świątyniami są (oczywiście) Mazu Temple (Ma-Tsu Temple) czyli świątynie poświęcona bogini morza Matsu – jest ich w mieście kilka – byliśmy w dwóch, Świątynia Konfucjusza, Guan Gong Temple – czyli świątynia boga wojny, Tian Gong Temple (Tiantan) – najstarsza świątynia w mieście oraz na Tajwanie, oraz City God Temple, czyli świątynia poświęcona lokalnemu bóstwu – kiedyś każde miasto w Chinach posiadało lokalne bóstwo opiekuńcze, zajmujące się na wzór władz miejskich porządkiem i zarządzaniem miastem, wyłącznie w zakresie jego zmarłych mieszkańców.

Tianhou Temple

Tianhou Temple czyli świątynia poświęcona bogini morza Mazu (Ma-tsu), znajdująca się w dzielnicy Anping, (o której dowiecie się za chwilę) jest datowana na rok 1668 więc jest to jedna z najstarszych chińskich świątyń na Tajwanie i najstarsza świątynia poświęcona tej bogini. Jej figura została przywieziona z prowincji Fujian w 1661 roku. Według legendy, kiedy podczas przewożenia figury doszło do pogorszenia się warunków morskiej żeglugi, bogini ukazała się żeglarzom i zapewniła bezpieczne dotarcie statku na wyspę. Od tej pory społeczność Tajwanu oddaje jej szczególną cześć by zapewnić sobie bezpieczną żeglugę po niespokojnym morzu. Świątynia została znacznie zniszczona przez Japończyków podczas wojny w 1985 roku i odbudowywać zaczęto ją dopiero po II wojnie światowej. W 1990 roku pożar poważnie uszkodził świątynię jednak wizerunek bogini pozostał nietknięty.

Takie rzeźbione w drewnie niesamowite kopuły znajdziemy w wielu świątyniach w Tainanie.

A to mniejsze figurki bóstw w świątyni Mazu.

Confucius temple

Teraz zobaczycie świątynię Konfucjusza, wzniesioną w roku 1665 przez Zheng Jinga z dynastii Koxinga. Służyła ona jako pierwsza szkoła, oraz instytucja skupiająca ludzi oddanych nauce i edukacji na wyspie. Zbudowano ją by przyciągnąć tutaj intelektualistów z Chin by mieli oni na wyspie swoje miejsce. Na terenie świątyni  poświęconej Konfucjuszowi zwyczajowo mieściła się także szkoła oraz znajdowały się też kwatery mieszkalne dla nauczycieli i wykładowców. Na wewnętrznych dziedzińcach możemy zobaczyć hall upamiętniający Konfucjusza oraz jego przodków z tabliczką z jego imieniem. Świątynie Konfucjusza zawsze posiadały rolę centrum kulturalnego i naukowego, cementujące społeczność i skupiające ludzi zajmujących się nauką i pracą umysłową. Obecnie świątynia spełnia rolę miejskiego parku i miejsca spotkań, ludzie przychodzą tu odpocząć od gorąca, poplotkować i pogimnastykować się. Wejście na wewnętrzny dziedziniec – okrążony podcieniami Dacheng Hall jest biletowane, można też obejrzeć wystawę chińskich instrumentów muzycznych używanych w obrzędach religijnych i o nich poczytać, ale niestety nie da się posłuchać jak brzmią.

 

Zazwyczaj w świątyniach konfucjańskich nie znajdziemy wizerunków postaci historycznych, a jedynie tabliczki z ich imionami. Tutaj jednak zrobiono wyjątek dla genialnego generała z epoki Trzech Królestw.

Tablica poświęcona Konfucjuszowi.

Jeden z dziedzińców świątyni.

Świątynia Konfucjusza ma mocno rozpoznawalny kolor murów.

War temple

Kolejną świątynią jest świątynia wojny, w której wizerunki bóstw wyglądają odrobinę przerażająco. W jej kolorystyce dominuje kolor czerwony. Świątynia ma bardzo wysokie i pomalowane na czerwono progi. W dawnych czasach uniemożliwiało to kobietom dostanie się do środka (zwłaszcza na połamanych stopach – w Chinach kobietom z wyższych sfer łamano stopy i podwijano palce). Świątynia wzniesiona na cześć Guan Di będącego patronem żołnierzy oraz braterstwa. Odbywają się tutaj również ważne państwowe rytuały. Guan Di to postać znana  z epoki Trzech Królestw. Jest on czczony zarówno przez chiński buddyzm jak i przez taoizm. Jest to postać historyczna jednak jego historia jest w dużej mierze zaciemniona przez legendy i literacką fikcję. W taoizmie to ważny obrońca ludzi przed groźnymi demonami. Jest to jedna z najstarszych i najbardziej unikatowych świątyń w kraju – jest piękna oraz odrobinę przerażająca. Dla równowagi cały kompleks świątynny składa się z wielu mniejszych pięknych i spokojnych pawilonów i dziedzińców z nieodłącznym basenem z rybkami oraz 300 letnią śliwą. Ludzie przesiadują na nich godzinami i delektują się spokojem, modląc się, medytując, czytając poezję.

Tiantan czyli ołtarz nefrytowego cesarza

Kolejną którą odwiedziliśmy to świątynia Tian Gong zwana także Tiantan (Ołtarz Nefrytowego Cesarza) – przepiękna i bardzo bogato zdobiona. Nefrytowy cesarz to chyba najważniejsze bóstwo taoizmu – jest uznawany na stwórcę świata jaki znamy oraz twórcę chińskiego zodiaku. Cesarz, który nigdy nie był na ziemi był bardzo ciekawy jak wyglądają ziemskie zwierzęta, jednak na jego wezwanie przyszło ich tylko 12 – to postaci znane z chińskiego kalendarza. Nefrytowy cesarz to bóstwo szczególnie czczone w chiński nowy rok. Mieszka w niebiańskim pałacu otoczony liczną świtą i rodziną. O świątyni mówi się nawet że to duchowe centrum Tajwanu, więc chyba nie trzeba lepszej rekomendacji by odwiedzić to miejsce.  Odwiedza je mnóstwo ludzi do późnego wieczora – na przykład po to by po pracy sobie pomedytować. Koniecznie warto ją odwiedzić. Raz w tygodniu odbywają się w niej także koncerty klasycznej muzyki chińskiej. Trafiliśmy akurat na próbę.

Fragment rzeźbionego drewnianego sufitu.

Oprócz tego byliśmy w wielu małych, rodzinnych i czasem zupełnie niemożliwych do rozszyfrowania przez osoby nie znające chińskiego, za to przepięknych jak bombonierka świątyniach. Wydaje mi się że spokojnie można by było pochodzić sobie wyłącznie po nich przez minimum 2-3 dni, tyle ich jest. Czasem są tak ukryte pomiędzy domami, że trudno uwierzyć, że oto nagle z typowej azjatyckiej spokojnej uliczki przenosimy się w tak odjechane estetycznie miejsce pełne smoków demonów i przepięknych sylwetek bogów i bogiń. Świątyń w sumie odwiedziliśmy kilkanaście więc jest to zaledwie kropla w morzu potrzeb 😉

Nadmorska dzielnica Anping

Dawniej nazywała się Tayouan od nazwy plemienia tajwańskich aborygenów, którzy mieszkali w pobliżu tego miejsca. W XVII wieku Holendrzy postawili tutaj  Fort Zeelandia i zapoczątkowali osadnictwo na tym terenie. Dynastia Koxinga odzyskała Tayouan oblegając fort w latach 1661-62. Stopniowo nadmorska osada została wchłonięta przez Tainan i teraz są całkowicie zrośnięte. Anping to prawdziwy turystyczny hicior. Oczywiście mówimy tu o tłumach lokalnych a nie europejskich turystów, więc spokojnie, to nie Bangkok. Z centrum Tainanu jedzie się tu dosyć długo. Przyjechać jednak warto, chociażby po to by najeść się ostryg.

Omlet spring rolle i zupa z ostrygami.

Zjemy je tu w rewelacyjnych cenach, jakie trudno spotkać nawet w Azji, nie mówiąc już o Europie. Na ulicach Anpingu siedzi mnóstwo osób, głównie kobiet i je obiera. Ostrygi zbiera się do ogromnych koszy, a w powietrzu unosi się dość solidny zapach ryby. Oprócz ostryg, można tutaj zakupić suszone ryby, krewetki i inne morskie stworzenia, z których robi się przyprawy do zup i smażonego ryżu. Niektórzy wytwórcy takich suszonych mieszanek prowadzą swoje biznesy od dobrych kilkudziesięciu lat, co można przeczytać na szyldach sklepów. Robi się też tutaj krakersy krewetkowe oraz moje ulubione chipsy z tapioki w różnych smakach.

Suszone cuda do zupy. Zakupiłam, zużyłam, warto było.

Pani pakuje krakersy krewetkowe.

A to smażone w głębokim tłuszczu chipsy z tapioki o smaku rybno-krewetkowym zapewne (ale w Indonezji są lepsze).

Z rzeczy „do zwiedzania” można wybrać się na fort Zeelandia,  chociaż nie ma tam za bardzo czego oglądać oprócz ścian ładnie porośniętych roślinami, oraz koniecznie trzeba do leżącej nieopodal fortu świątyni Mazu, którą opisałam Wam na początku – jest przepiękna i bardzo duża.

Fragment muru fortu Zeelandia. Pogoda była akurat nie do zniesienia – totalna patelnia, chyba największa podczas całego wyjazdu. Uwielbiam upały, ale tam można było się dosłownie stopić.

Warto natomiast odwiedzić (zwiedzić) Tree house, by zobaczyć jak bardzo dobry Tajwańczycy mają gust. Tree House to po prostu porzucony dawno temu magazyn w ruinie, bardzo malowniczo porośnięty przez pnące drzewa banianu. Wyglądem trochę przypomina Angkor. Dla mnie jednak rewelacją jest sposób wyeksponowania tej „atrakcji”. Dyskretne i pasujące barierki, sensowne oświetlenie – współczesne elementy rewelacyjnie dopełniające to miejsce i tworzące nową jakość.  Nie wiem czy Tajwańczycy swój gust zawdzięczają temu, że byli okupowani przez Japonię przez co siłą rzeczy przejęli trochę nawyków kulinarnych czy właśnie estetycznych, czy też temu, że po prostu nie doświadczyli szarzyzny komunizmu. Jednak ich podejście do przestrzeni miejskiej jest wspaniałe. Wysyłałabym tam na obozy szkoleniowe twardogłowych miejskich urzędników z Polski którzy tylko betonują miasta i wykładają je kostką brukową oraz styropianem z jadowitą elewacją. Wschodnia Europa to nadal dramat pod względem miejskiej estetyki, oczywiście wszędzie zdarzają się perełki, ale mówię o ogóle.

Już widzę co z takim fajną atrakcją turystyczną zrobiliby polscy urzędnicy.

Pewnie pragnęliby wyłożyć wszystko kostką brukową i zabudować barierkami w odcinającym się kolorze.

A przetarg na rewitalizację „atrakcji” wygrałaby jakaś „mocno zaprzyjaźniona” z władzami firma, która po roku zakończyłaby działalność, zostawiając na lodzie właścicieli miejsca z psującymi się i rozpadającymi elementami rewitalizacji 😉

Fajnie byłoby zamieszkać w Anping chociażby ze względu na spokój i tamtejsze jedzenie. Dlatego dla mnie idealne byłoby dwu lub trzydniowe oglądanie świątyń, połączone z jedzeniem licznych interesujących potraw w starszej części miasta, oraz odwiedzeniem nocnych bazarów, kolejne dwa dni na inne miejskie atrakcje do których nie zdążyliśmy dotrzeć z totalnego braku czasu, oraz minimum dwa pełne dni na Anping. Jak by nie liczyć wychodzi tydzień ale jeśli chcemy załapać klimat starej stolicy, to szybciej się nie da. Mam ogromny niedosyt ale tak zawsze jest z miejscami odwiedzanymi na samym końcu wyjazdu. Dla miłośników zabytków i jedzenia to wręcz idealna miejscówka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *