Roczne archiwum: 2007

Stambuł 2007

Dlaczego warto pojechać do Stambułu?

Bo to jedno z największych miast świata, gdzie na każdym kroku można dosłownie potykać się o ponadtysiącletnią historię. Jest ogromnym miastem i ma niesamowitą energię. Znajdziemy tam wszystko. Nie wiem ile dni, tygodni miesięcy trzeba przeznaczyć żeby dobrze go poznać, jedno jest pewne – na pewno nie zrobimy tego podczas objazdowej wycieczki, wpadając na parę godzin na Sultanahmet. Stambuł na pewno wart jest tego by poświęcić mu znacznie więcej czasu. Jest tak złożony, że nie daje się w prosty sposób zaszufladkować. Nie możemy o nim na przykład powiedzieć, że jest miejscem całkowicie zdominowanym przez przemysł turystyczny, ani też że jest miejscem zupełnie niekomercyjnym, albo że jest miastem ultranowoczesnym, lub prowincjonalnym z maleńkimi na wpół zawalonymi domami gdzie ludzie znają się od pokoleń, liberalnym, europejskim i pro zachodnim czy konserwatywnym, ortodoksyjnie muzułmańskim i zorientowanym na wschód, pięknym, perfekcyjnym, starannie zaplanowanym, dopieszczonym w każdym szczególe i chaotycznym bezładnym, brudnym i głośnym, bo wszystkie te stwierdzenia będą prawdziwe. Możemy przez tydzień codziennie wybierać się do innej jego części za każdym razem nasze wrażenia będą zupełnie niepodobne do tych z dnia poprzedniego. Możemy zetknąć się w nim zarówno z typowymi dla miejsc turystycznych oszustami usiłującymi zwyczajnie wyłudzić od nas pieniądze, jak i posiedzieć kilka godzin na ciekawej rozmowie z jakimś nowo poznanym człowiekiem pijąc herbatkę na obrzeżach turystycznego lunaparku.

4 rano nad Bosforem wreszcie jest cicho i spokojnie.

4 rano nad Bosforem wreszcie jest cicho i spokojnie.

Między 5 a 6 rano wschodzi słońce i startuje ruch uliczny.

Między 5 a 6 rano wschodzi słońce i startuje ruch uliczny.

Ludzi zaczyna stopniowo przybywać.

Ludzi zaczyna stopniowo przybywać.

tur_stambul_taksim_002tur_stambul_galata_001tur_stambul_sirkeci_002tur_stambul_taksim_001
Rybacy na moście Galata zadowalają się nawet kilkucentymetrowymi rybkami, które pilnie zbierają do wiaderek.

Rybacy na moście Galata zadowalają się nawet kilkucentymetrowymi rybkami, które pilnie zbierają do wiaderek.

tur_stambul_galata_003
Bazar Egipski (Misir Carsisi).

Bazar Egipski (Misir Carsisi).

tur_stambul_misir-carsisi_002 tur_stambul_meczet-sulejmana_001
Wnętrze meczetu Sulejmana.

Wnętrze meczetu Sulejmana.

Dziewczynki w hidżabach na dziedzińcu Meczetu Sulejmana.

Dziewczynki w hidżabach na dziedzińcu Meczetu Sulejmana.

tur_stambul_koran_001
Rosyjska dzielnica Aksaray pełna sklepów z tekstyliami, hoteli i/lub burdeli.

Rosyjska dzielnica Aksaray pełna sklepów z tekstyliami, hoteli i/lub burdeli.

tur_stambul_misir-carsisi-lampiony_001 tur_stambul_zachod-slonca_002 tur_stambul_haydarpasa_001 tur_stambul_aksaray_002
Błękitny Meczet tym razem czerwony.

Błękitny Meczet tym razem czerwony.

tur_stambul_laleli_001
Nawet grubo po północy w okolicach mostu Galata nadal jest bardzo tłoczno.

Nawet grubo po północy w okolicach mostu Galata nadal jest bardzo tłoczno.

Pierwszy nocleg zarezerwowany mamy w turystycznej dzielnicy Sultanahmet. Na szczęście tylko jeden, bo jest po prostu koszmarny. Przez internet zarezerwowałam łóżka na dachowym tarasie (w cenę wliczone jest śniadanie). Okazuje się że jest ich tam na oko ze trzydzieści, cały czas ktoś wchodzi i wychodzi, trudno w tym wszystkim się połapać. Właściciele przybytku nie mają nad tym żadnej kontroli, gdy przez chwilę nie korzystam z mojego łóżka dokwaterowują kolejną osobę i ktoś mi je zajmuje. Śniadanie jest mikroskopijne i okropne, jak w typowym hostelu dla europejczyków. Dużo lepsze znajdziemy w pierwszej lepszej przydrożnej jadłodajni dla śpieszących się do pracy Turków. Spać też niezbyt się da bo w sumie trochę strach zostawić cały dobytek bez opieki, skoro tylu ludzi się przez to miejsce przewija (oczywiście szafek na cenne rzeczy nie ma). Rano przeprowadzamy się więc na Sirkeci, które wtedy jest jeszcze zupełnie nieopanowane przez hostele i restauracje dla turystów. Takie rozwiązanie jak spanie na dachu dobre jest dla osób które absolutnie niczego cennego z sobą nie wożą. Dzisiaj na pewno nie zdecydowałabym się na coś takiego, wożąc ze sobą dużo droższy niż wtedy sprzęt fotograficzny którym czasem zarabiam na życie. Na Sirkeci jest całkowicie normalnie, oprócz małego kwartału z knajpami dla turystów gdzie przechodzimy kilkanaście razy dziennie i za każdym razem, niemal za rękę próbują nas tam wciągnąć kelnerzy. Później nas rozpoznają i wypominają, że ani razu do nich nie weszliśmy, ale ceny jedzenia mają ekstremalnie zawyżone. Oprócz tego można znaleźć parę normalnych jadłodajni dla Turków, bo Sirkeci to bardzo ważne miejsce przesiadkowe oraz okolice dworca kolejowego o tej samej nazwie, przez co możemy znaleźć tam tanie hotele dla przyjezdnych z prowincji. Dzięki temu jest to też dobra baza wypadowa ponieważ jest nieźle skomunikowana z resztą miasta.

Myślę że na pierwszy raz optymalną ilością czasu, jaką można z przyjemnością spędzić w Stambule i nie zmęczyć się tłumami ludzi, korkami i wielkomiejskim hałasem jest mniej więcej tydzień. Taka ilość czasu wystarczy jeśli będziemy chcieli odwiedzić kilka bazarów także takie w dalej położonych dzielnicach,  zrobić zakupy (bo Grand Bazaar można i trzeba obejrzeć, ale nie nadaje się do kupowania czegokolwiek) poznać najważniejsze w miarę blisko położone dzielnice mieszkalne, popatrzeć na codzienne życie i wreszcie zwiedzić kilka zabytków, spędzając pół dnia na Sultanahmet. Takie stambulskie minimum i to przy opcji, że mamy z niego samolot powrotny i wracając też do niego zajrzymy i spędzimy nieco czasu. Jeśli jesteśmy na przykład w podróży dookoła świata i wiemy, że nieprędko do Stambułu wrócimy, myślę że warto zostać w nim przynajmniej dwa, trzy tygodnie.

Bukareszt 2007

Stolica Rumunii nie jest miejscem w którym łatwo się zakochać i do niego wiele razy wracać. Na pewno trzeba o niej powiedzieć że jest w pewien sposób fascynująca, a jednocześnie męcząca bo to na pewno najbardziej odhumanizowane miasto w tym kraju. Szczelnie wybetonowane centrum, dzika plątanina przewodów elektrycznych, monstrualne socrealistyczne pałace, z jednym wyjątkiem wszystkie w stanie mniejszej lub większej ruiny. Ślady absurdalnych eksperymentów „geniusza Karpat” na organizmie miasta widać na każdym kroku.  W zamierzeniu dyktatora, swoją świetnością miało przyćmić co najmniej  Paryż. Podobnej mu socrealistycznej megalomanii próżno szukać w okolicznych stolicach. Mimo kapitalistycznej fasady billboardów i supermarketów, miasto jeszcze nie wyleczyło się z traumy i  pewnie szybko się z niej nie wyleczy.  Zostało w tak okaleczonym stanie, że nie wiadomo do końca co z nim teraz zrobić. Obecnie nikt nie ma śmiałości ingerować w nie po raz kolejny, bo nie wiadomo czy w ogóle da się mu jakoś pomóc.

Trafiamy do niego akurat podczas weekendu i wszędzie jesteśmy praktycznie sami, bo każdy kto mógł wyjechał z tej nagrzanej słońcem betonowej dżungli do jakiegoś przyjemniejszego miejsca lub przynajmniej spędza czas w jednym z nielicznych zacienionych miejskich parków.  W centrum trudno spotkać ludzi, bo chodzenie po tak mocno nagrzanym betonie to nie lada wyzwanie.  Jedynie Rumuńskim Cyganom, koczującym na spalonych słońcem miejskich skwerach, rekordowy upał jak i jakiekolwiek inne przeciwności w zupełności nie przeszkadzają i w trakcie weekendu wydawać się może, że całe miasto należy do nich. Dobrze przystosowali się do życia w tak dziwnym miejscu i nie wahają się nawet w sposób praktyczny z niego korzystać. W nikomu już dzisiaj niepotrzebnych gigantycznych fontannach na Piata Unirii – kąpią się pod kaskadami wody i robią pranie. Wieczorem swoją część przestrzeni miasta zajmują dla siebie liczne półdzikie psy, które w dzień leżą gdzieś w cieniu zmożone upałem.  Trzeba sporo pochodzić żeby znaleźć  inny, wcześniejszy, prowincjonalny obraz Bukaresztu, wąskie uliczki i niewielkie cerkwie, które jakimś cudem uległy przeoczeniu podczas zbiorowego szaleństwa, lub właśnie zostały odbudowane i teraz próbują wyglądać jak prawdziwe enklawy normalnego miejskiego życia.

rum_bukareszt_unirea_001rum_bukareszt_006 rum_bukareszt_005rum_bukareszt_002 rum_bukareszt_billboard_001rum_bukareszt_parlament_001
rum_bukareszt_dacia_001rum_bukareszt_luk-triumfalny_001
rum_bukareszt_001rum_bukareszt_004 rum_bukareszt_kwiaciarnia_001
rum_bukareszt_cerkiew_002rum_bukareszt_cerkiew_001

Lwów 2007

Na początek może zacznę od tego, gdzie warto się we Lwowie zatrzymać (przy pewnej dozie tolerancji). Może w tej chwili nie jest to tak istotne, bo przy okazji Euro 2012 we Lwowie powstało mnóstwo odremontowanych prywatnych kwater za w miarę niewielkie pieniądze i z ciepłą wodą, ale jeszcze kilka lat temu rozsądnych opcji noclegowych nie było za wiele. Najlepszym wyborem był wtedy legendarny hotel Arena, przeznaczony dla artystów występujących w pobliskim cyrku. Jedyną jego wadą był system rezerwacji a w zasadzie jego brak tak, że nigdy nie było wiadomo czy znajdzie się wolny pokój, a bardzo ważne panie w recepcji, w komunistycznych podomkach i kapciach, tajemniczo kazały pytać później. Położony w podziemiach prysznic wyglądał dość mrocznie, ponuro i niepokojąco, ale przynajmniej nigdy nie spotkałam w nim żadnego wielonożnego i szybko biegającego, ani futerkowego zwierzęcia, więc tak całkiem źle z nim nie było. Za to miał gorącą wodę przez całą dobę – w tym mieście prawdziwy ewenement, którego chociażby w o wiele droższym hotelu „Lwów” na pewno nie uświadczymy. Żadnej fauny i flory nie spotkałam też nigdy w pokojach. Może wyglądały na komunistycznie sfatygowane, ale przynajmniej w miarę czyste. Nie wiem czy w zimie archaiczne okna dobrze by się sprawdziły, ale w lecie hotel całkowicie dawał radę. Niestety był masowo wykorzystywany w weekendy chociażby przez studentów, więc największy problem był z miejscem. Wbrew pozorom mimo takiego zatłoczenia zawsze było w nim bardzo spokojnie, bo korytarzu na każdym piętrze pilnował zespół pań w podomkach. Niestety tego samego nie da się powiedzieć o hotelu Lwów, który mimo że był znacznie droższy to czasem z powodu imprez w ogóle nie dało się w nim spać.

ukr_lwow_hotel-arena-plakat_001.jpg

Wystrój ścian w hotelu Arena zapewniają plakaty cyrkowe.

ukr_lwow_hotel-arena-plakat_002.jpg

W które z wirtuozerią poutykano gniazdka elektryczne.

Jeśli już udało nam się zdobyć jakiś przyjemny i w miarę tani nocleg, pozostaje się zastanowić co ciekawego można w mieście robić, oprócz pójścia na stare miasto i odwiedzenia tam dużej ilości zabytków i świątyń? Na pewno warto pokręcić się po dzielnicach położonych nieco dalej od centrum takich jak Łyczaków, Pohulanka, Stryj, czy Zamarstynów. Tam gdzie jest to możliwe odwiedzić dzielnicowy bazar. Udać się na dwa najwyższe wzgórza we Lwowie (Górę Piaskową i kopiec Unii Lubelskiej) i spojrzeć na miasto z innej perspektywy (widać wtedy jak dużo jest tutaj także szpetnych blokowisk). Powłóczyć się po knajpach i obskurnych barach. Odwiedzić muzea i operę. Spokojnie byłoby tu co robić przez co najmniej dziesięć dni. Najlepiej spędzać każdy dzień w tym mieście w innej jego części i poznawać dobrze każdą kolejną z jego starych dzielnic. Każda ma swój niepowtarzalny urok i czymś innym się wyróżnia.

Dlatego też pomijając ten przydługawy wstęp, pragnę tym razem skupić się właśnie na jednej dzielnicy – Łyczakowie i jej okolicach. Dzielnica rozciąga się wzdłuż ulicy Łyczakowskiej zaczynającej się niemal w centrum, a kończącej się niegdyś na obrzeżach miasta. Jej okolica pełna jest parków i terenów zielonych. Na terenie Łyczakowa mieści się także jedna z najsłynniejszych nekropolii tej części Europy. Ulicy Łyczakowska była ważną arterią miasta, uważaną za najdłuższą w przedwojennym Lwowie. Już w 1894 roku po ulicy kursował tramwaj elektryczny, który następnie przedłużono aż do zapomnianego obecnie dworca kolejowego „Łyczaków”. Ulica najpierw nazywała się Gliniana, natępnie Łyczakowska, za niemieckiej okupacji – Wschodnia, w czasach ZSRR – Lenina, a od 1990 roku ponownie nosi nazwę Łyczakowska. Zaczyna się w ścisłym centrum przy Placu Mytnym (Celnym, dawnym Placu Bandurskiego) a kończy na zielonych terenach Pohulanki (obecnie jest wylotówką na wschód). Uważana była za najbardziej lwowską z lwowskich dzielnic. To właśnie tutaj mieszkali słynni batiarzy i piaskarze. Dzięki temu dzielnica tętniła życiem, humorem i temperamentem jak żadna inna.  Na ulicy Łyczakowskiej mieszkało i urodziło się wiele słynnych osobistości na przykład Zbigniew Herbert, Adam Hollanek, Stanisław Akielaszek, Witold Szolginia, Stanisław Wasylewski, Johann Schimser. Na Łyczakowskiej znajduje się kilka klasztorów, kościołów i cerkwi, szkół i szpitali. Prawie przez całą jej długość znajdziemy przepiękne podniszczone secesyjne i klasycystyczne kamienice, które kryją interesujące i zaniedbane podwórka silnie naznaczone zapachem i obecnością kotów. Najlepiej wybrać się na całodzienną wycieczkę po tej ulicy przechodząc pieszo całą trasę z centrum miasta na Cmentarz Łyczakowski. Jeśli będziemy chcieli po drodze zaliczyć na przykład Muzeum Architektury Ludowej, czy Pohulankę, myślę że na dokładne poznanie Łyczakowa i jego sąsiednich okolic możemy przeznaczyć dwa, a może nawet trzy dni. Lepiej zobaczyć dokładnie jeden kawałek miasta, a jego inne części zostawić sobie na następny raz, niż szaleńczo jeździć z miejsca na miejsce, zwłaszcza że znajdziemy tu wszystko co potrzebne do życia. Z głodu na ulicy Łyczakowskiej na pewno nie umrzemy za sprawą licznych całkiem nie najgorzej wyglądających restauracji czy barów oraz sklepów spożywczych. Jedynie okolica cmentarza nie wygląda na szczególnie bogatą w takie miejsca, ale to także się zmienia i w 2013 roku, kiedy ostatnio tam byłam, w okolicy przycmentarnego parkingu otworzyło się kilka niewielkich sklepików.

Skansen

Niedaleko Łyczakowskiej znajduje się skansen – Muzeum Architektury i Obyczajowości Ludowej, który powstał w 1930 roku. Warto się do niego przejść, gdyż jest położony na bardzo rozległym obszarze parku zwanego kiedyś Kaizerwaldem a obecnie Gajem Szewczenki i jest to jeden z największych skansenów w Europie. Przedstawia życie grup etnicznych Zachodniej Ukrainy: Bojków, Łemków, mieszkańców Huculszczyzny, Wołynia i okolic Lwowa. Jest bardzo dobrze odizolowany od miejskiego terenu, mimo tego że znajduje się niemal w ścisłym jego centrum. Skansen wygląda bardzo realistycznie, jakbyśmy w kilka minut przenieśli się na obrzeża miasta. Nie ma tu spalin, hałasu i samochodów, za to jest dużo drzew i cienia. Najlepiej pójść do niego w bardzo upalny dzień,  gdy w mieście topi się asfalt i trudno wytrzymać z gorąca – bo jest to znakomita odskocznia od upału. Najciekawszymi obiektami w skansenie są drewniane cerkwie z XVIII i XIX wieku. Niedaleko skansenu znajduje się także jedno z wejść na Kopiec Unii Lubelskiej.

ukr_lwow_muzeum-architektury-ludowej_003.jpgukr_lwow_muzeum-architektury-ludowej_001.jpgukr_lwow_muzeum-architektury-ludowej_004.jpgukr_lwow_muzeum-architektury-ludowej_002.jpg

Dzielnicowy bazar

Zdecydowanie warto udać się na „Vinnikivskiy Rynok”, czyli na lokalny bazar, gdzie w spokoju można pooglądać targowe życie, a gdy zgłodniejemy nieopodal bazaru znajduje się sporo miejsc w których można nie najgorzej zjeść. Rynek przypomina nasze bazary przed kilkunastoma laty. Nikt nie stara się tu zbytnio by prezentowane na straganach jedzenie wyglądało pięknie a zarazem sztucznie, jak w supermarkecie i czy nam się to podoba czy nie, zderzymy się tutaj z jedzeniową rzeczywistością (mnie oczywiście to się podoba). Takie same widoki zobaczymy chociażby w Azji, zresztą u nas jeszcze nie tak dawno właśnie tak sprzedawano żywność. Przynajmniej nie produkuje się przy tym mnóstwa opakowań, które po chwili lądują na wysypisku śmieci. W dodatku jesteśmy bardziej świadomi tego co kupujemy. Chociażby mięso przestaje być dla nas anonimową zafoliowaną tacką. Po wycieczce na bazar można dość do wniosku, że to nie tutaj przy okazji kupna jedzenia mamy okazję zetknąć się z czymś szokującym czy nieapetycznym, tylko u  nas z tymi wszystkimi normami, przepisami, zakazami i nakazami. Tutaj na pewno nie kupimy żadnego spleśniałego w wyniku opakowania w folię warzywa, bo nikomu nie przychodzi jeszcze do głowy by tak je pakować. Także mięso musimy kupić świeże bo już wieczorem nie będzie nadawało się do jedzenia. Dzięki temu nie kupimy podejrzanego produktu sprzed kilku dni.

ukr_lwow_lyczakowski-rynek_wejscie_001

Wejście na łyczakowski rynek.

ukr_lwow_lyczakowski-rynek_glowa-swini_001.jpg

A w środku można spotkać takie obrazki. Jedynym mankamentem takiej prezentacji towaru są muchy.

Cmentarz Łyczakowski

W najbardziej odległym od centrum fragmencie historycznej ulicy zaczynają się kolejne miejskie tereny zielone – Park Łyczakowski i Pochulanka z ogrodem botanicznym. Terenów zielonych jest tu tyle że nie wiadomo co wybrać najpierw. Ten kawałek miasta wygląda bardzo pozytywnie, niemal jak kawałek XIX wiecznego uzdrowiska, a tego obrazka dopełniają przepiękne podniszczone wille w niedalekiej okolicy. Tyle zieleni nie spotkamy w żadnej innej części miasta. Na koniec dochodzimy do celu naszej wycieczki czyli Cmentarza Łyczakowskiego wraz z Cmentarzem Orląt. Jest to miejsce unikatowe w skali Europy – jedna z najstarszych nekropolii posiadająca bardzo ciekawe zabytki sztuki kamieniarskiej z okresu klasycyzmu i secesji. Tak jest zawsze, że specyfikę danego miasta można poznać najlepiej udając się na cmentarz. Dzięki temu można ocenić na jakim poziomie materialnym i intelektualnym była ówczesna społeczność.  Po wizycie na Cmentarzu Łyczakowskim od razu można zdać  sobie sprawę z tego jak ważnym miastem musiał kiedyś być Lwów. Bardzo wartościowych pod względem artystycznym nagrobków jest mnóstwo. Dodatkowego klimatu temu miejscu nadaje jego zapuszczony charakter. W niektórych miejscach trzeba wręcz przedzierać się przez zarośla w których ukrywają się roje komarów, dlatego planując wizytę na Cmentarzu Łyczakowskim lepiej nie ubierać się w krótkie ubrania, bo komary zjedzą nas w całości. Cmentarz jest naprawdę olbrzymi. Za jednym podejściem z pewnością nie zdołamy obejść go w całości. Jest to miejsce do którego można wracać przy każdej okazji gdy zostanie nam pół dnia wolnego we Lwowie. Znajdziemy tu bardzo stare XVIII i  XIX wieczne klasycystyczne nagrobki autorstwa najwybitniejszych kamieniarzy tego okresu. Polskie nagrobki z początków XX wieku znanych lwowskich osobistości z medalionami nagrobnymi najczęściej zniszczonymi i porozbijanymi przez Ukraińców. Oprócz tego znajduje się tu mnóstwo grobów ukraińskich z XX wieku, także takich wykonanych z lastryko, z czasów gdy Cmentarz Łyczakowski był cmentarzem komunalnym i chowano na nim zwykłych obywateli, najczęściej chaotycznie i gdzie popadnie między starszymi grobowcami.  Dlatego teraz groby są ze sobą mocno przemieszane. Dzięki temu widać jak degradująco na sztukę kamieniarską wpłynął ustrój komunistyczny a następnie współczesne czasy. Wcześniejsze groby to nieraz prawdziwe arcydzieła, obok których poutykano masowo produkowane  w kilku dostępnych wzorach identycznie wyglądające kwadraty i prostokąty. Nawet fotografie na medalionach straszliwie różnią się od siebie. Te przedwojenne, których nie uszkodzili Ukraińcy w pierwszych latach po przejęciu cmentarza, mają się świetnie i czas w ogóle im nie szkodzi. Te z dwudziestego wieku znikają i niszczeją.

Główne wejście na cmentarz znajduje się na ulicy Miecznikowa. Tam od turystów pobierane są opłaty za wstęp, gdyż cmentarz posiada obecnie status muzeum na wolnym powietrzu (oczywiście jeśli ktoś zakwalifikuje nas jako turystów). Oprócz tego na cmentarz jest jeszcze kilka innych wejść, których nikt nie pilnuje.

ukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_007.jpg

Tak właśnie wygląda typowy fragment tego cmentarza. Groby z różnych epok są ze sobą przemieszane i powciskane jeden na drugim. To wszystko malowniczo zarośnięte jest chaszczami.

ukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_003.jpgukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_006.jpg
ukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_008.jpgukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_004.jpg
ukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_005.jpgukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_002.jpg

Do Lwowa szkoda jechać tylko na weekend, zważywszy na fakt, że na powrót do Polski, mimo tak niewielkiej odległości od mojego domu (niecałe 200 km), trzeba nieraz przeznaczyć cały dzień. Nigdy nie wiadomo jak wiele oklejających się taśmą klejącą kobiet będzie chciało przekroczyć granicę razem z nami i czy tym razem uda im się ją przekroczyć bez większych strat, czy też nasz autobus zostanie zatrzymany i w miarę gruntownie wyczyszczony z papierosów, co trwać może nawet i kilka godzin. Dlatego nieraz lepszą opcją jest przekroczenie granicy pieszo. Przynajmniej jesteśmy stosunkowo niezależni.

Odessa

Odessę trudno pokochać od pierwszego wejrzenia, a nawet od drugiego i trzeciego. Jak przystało na miasto portowe szwęda się po nim mnóstwo dziwnych ludzi,  meneli, bezdomnych dzieci. Dla kontrastu  noworuskie bogactwo aż kłuje po oczach dzięki licznym świątyniom uciech i hazardu przed którymi parkują terenówki z przyciemnianymi szybami.  Wszyscy mówią tu wyłącznie po rosyjsku, język ukraiński mając w głębokiej pogardzie.

W przepłaconym hotelu z bardzo obrażoną panią na recepcji panuje permanentny brak ciepłej wody, a w najbardziej reprezentacyjnym miejscu miasta beztrosko kopulują parchate psy.  Podczas przechadzki po mieście mijamy całe kwartały fantastycznych starych, bardzo zmęczonych nieodnowionych, bogato zdobionych kamienic. Ulice zacienione są platanami. Można czasami poczuć się jak w carskiej Rosji. Rzeźby i stiuki sypią się przechodniom na głowy. Za to nadmorska dzielnica zwana Arkadią przenosi nas wiele lat do przodu, bo to miejscowa imprezownia. Mechaniczna muzyka łupie tam od samego rana gdzieniegdzie poniewierają się wczorajsi imprezowicze. Plaża jest skrupulatnie wybetonowana, tak że nie sposób przejść dłuższego odcinka wzdłuż wybrzeża. Ci od terenówek z przyciemnianymi szybami wybudowali sobie rezydencje i odgrodzili zasiekami części plaży. Na nieogrodzonych odcinkach z morza wystają resztki pomostów, przystani, zbrojeń i betonu. Na brzegu zaś  karuzele i inne podejrzane metalowe konstrukcje – atrapy wesołego miasteczka z okresu głębokiej komuny powoli zamieniają się w rudę i wracają do natury.

Trafiamy do Odessy, kiedy na Ukrainie jest prazdnik czyli święto, kilka dni wolnego.  W centrum miasta z niezwykłą regularnością co kilka metrów kwadratowych na skwerach, chodnikach i ulicach ktoś leży. Leżą dzieci, młodzież, ludzie w kwiecie wieku i ci starsi (których jest najwięcej), wszyscy  w oparach alkoholu, a czasami kleju. Nikt ich nie ratuje, reanimuje, nie wzywa karetek pogotowia, ani radiowozów by zabrały ich do szpitala lub jakiejś wytrzeźwiałki. Przechodnie starannie i ze zrozumieniem omijają leżących starając się na nich  nie nadepnąć i nie popsuć im świętowania. W tramwaju dwójka pijanych nastolatków z dobrego domu w śnieżnobiałych butach i koszulkach wyciera kapiącą krew, właśnie stoczyli jedną z pierwszych ważniejszych bitew w swoim życiu.  Na drugi dzień w powietrzu w tramwajach, autobusach, sklepach i urzędach dominuje kwaśny odór kaca.

ukr_odessa_dworzec_001ukr_odessa_pasaz_002ukr_odessa_kamienice_002ukr_odessa_kamienice_001
ukr_odessa_kon_001ukr_odessa_wystawa_002
ukr_odessa_port_001ukr_odessa_psy_001 ukr_odessa_pasaz_001 ukr_odessa_pasaz_003 ukr_odessa_molo_001ukr_odessa_bazar_001 ukr_odessa_kwiaciarki_001
ukr_odessa_pustostan_001 ukr_odessa_plaza_002
ukr_odessa_arkadia_001 ukr_odessa_wesole-miasteczko_001 ukr_odessa_czapka-kapitanska_001 ukr_odessa_molo_004 ukr_odessa_molo_003

Kijów 2007

Myśląc o stolicy Ukrainy, jakoś zawsze nasuwają mi się porównania z Warszawą, której ciągle nie udaje mi się polubić, mimo że starałam się wielokrotnie, bo jak dla mnie jest zbyt nijaka. W tym zestawieniu moim zdaniem Kijów bije naszą stolicę na głowę. Wszystko co się w nim znajduje jest dość podobne (dużo bloków i sporo socrealizmu), ale zrobione z większym rozmachem, bardziej barwne, wyraziste i interesujące. No może tylko Pałac Kultury, którego jestem wierną fanką (i nie rozumiem dlaczego chcą go zasłonić jakimiś marnymi wieżowcami o niezbyt ponadczasowej i gustownej architekturze) bardziej się Warszawie udał.  Warto odwiedzić Kijów bo ma kilka bardzo ciekawych miejsc. Jednym z nich jest Ławra Peczerska, niesamowite miejsce kultu religijnego z rewelacyjnymi podziemiami – kryptami, po których można błądzić ze świecą w ręku (niestety zostały doświetlone elektrycznie i efekt z pewnością nie jest taki jak kiedyś) w których leżą zmumifikowani prawosławni święci i inne zasłużone osoby, owinięte przepięknymi kapiącymi od złota tkaninami, oddzielone od pątników i wiernych jedynie szybą. Taka ukraińska Częstochowa, miasto w mieście, w którym jeśli jesteśmy fanami świętych miejsc, można spokojnie spędzić niemal cały dzień. I jeszcze ogromną rzekę po której czasami kursują nawet prawdziwe radzieckie lodołamacze, socrealistyczny pomnik Matki Ojczyzny usadowiony w dużym równie socrealistycznym parku, który pewnie miał za zadanie przyćmić złote kopuły Ławry Peczerskiej. O Kijowie mówi się, że to miasto złotych kopuł, faktycznie jest ich sporo. Trzeba jednak mieć świadomość że część soborów i monastyrów to rekonstrukcje, gdyż w latach 30 sporo z nich wysadzono w powietrze.

Mieszkańcy Kijowa lubią swoje miasto – centrum zarówno w tygodniu jak i w weekendy jest pełne ludzi, którym niestraszne jest zimno, bo na każdym rogu można kupić jakiś mniej lub bardziej alkoholowy rozgrzewacz. Są nawet specjalne kioski, które zamiast sprzedawać na przykład bilety na metro trudnią się tylko i wyłącznie sprzedażą napojów wyskokowych odmierzanych na porcje w plastikowych kubeczkach, które kosztują tyle co nic. Kobiety mimo mrozu chodzą w bardzo wysokich butach i w bardzo krótkich spódnicach. Mimo że nic szczególnego się nie dzieje, to w porównaniu z Polską panuje niemal świąteczna atmosfera, nikt nie siedzi w domu wszyscy są na zewnątrz lub w knajpach, może dlatego że ceny są w nich tak przystępne, że aż chce się weń spędzać czas. Nawet parki są pełne ludzi, mimo że wszędzie leży na wpół roztopiony lub zamarznięty śnieg. Nie rozumiem w czym tkwi różnica ale na Ukrainie tak jest zawsze. Ludzie chyba lubią z sobą przebywać.

ukr_kijow_lawra-peczerska_001ukr_kijow_matrioszki_001 ukr_kijow_park_001 ukr_kijow_portret-na-zyczenie_001ukr_kijow_chreszczatyk_001

ukr_kijow_monastyr-o-zlotych-kopolach_001 ukr_kijow_pomnik-ojczyzny_004
ukr_kijow_pomnik-ojczyzny_001 ukr_kijow_pomnik-ojczyzny_002 ukr_kijow_pomnik-ojczyzny_003 ukr_kijow_ulica-nadberezna_001ukr_kijow_dworzec-rzeczny-na-dnieprze_001 ukr_kijow_dworzec-rzeczny-na-dnieprze_004 ukr_kijow_dworzec-rzeczny-na-dnieprze_002 ukr_kijow_dworzec-rzeczny-na-dnieprze_003 ukr_kijow_dworzec-rzeczny-na-dnieprze_005 ukr_kijow_budowa_001