Roczne archiwum: 2011

Sukhotai 2011

Jak na stolicę dawnego syjamskiego imperium Sukhotai to na prawdę mała mieścina. Dzieli się na Old Town czyli park historyczny z niewielką infrastrukturą i położony 12 km od niego New Sukhotai, które jest normalnym miastem z bazą noclegową i to właśnie do niego przyjeżdżamy. Wysiadamy na dworcu autobusowym i od razu zaczepia nas naganiacz pracujący dla jednego z hoteli, aczkolwiek na prawdę sympatyczny. Poleca nowo otwarte miejsce blisko dworca (a więc nieco dalej od centrum) z korzystnymi cenami i może zaraz nas do niego zawieźć. Pokazuje folder z okrutnie kiczowatym pokojem w kolorze kremowym z różowym łóżkiem i różową pościelą, płatkami róż i napisem „Happy honeymoon”, więc mówię, że pojedziemy tylko jeśli mi obieca, że dostaniemy dokładnie taki sam pokój, bo jeśli nie to szkoda nam czasu bo zazwyczaj wszystko co mówią ludzie jemu podobni okazuje się nieprawdą. Spodziewam się że pewnie znów stracimy trochę naszego czasu i nerwów. Manager szybko wykonuje telefon i ze smutkiem oznajmia że…pokój różowy jest zajęty i został tylko identyczny ale zielony. Z miną pokerzysty mówimy że jakoś może przeżyjemy jeśli nie będzie różowy. Na miejscu okazuje się że to cały kompleks z bungalowami i dużym drewnianym domem z pokojami, otoczony ładnym ogrodem w którym ćwierkają ptaki i nie ma spalin samochodowych. Wprawdzie obwodnicą do miasta jest dość daleko ale jest skrót prowadzący brzegiem rzeki i w centrum jesteśmy w 15-20 minut, oraz mamy możliwość nielimitowanego bezpłatnego pożyczania rowerów celem jeżdżenia po miasteczku. No to zostajemy w zielonym pokoju. Najważniejsze że mieszkamy w zupełnie normalnej części miasta a nie w dzielnicy turystycznej, obok są mieszkalne domy i w zasadzie nie mamy kontaktu z hordami turystów z Europy i wreszcie po Bangkoku i Chiang Mai możemy od tego odpocząć. Przez cały pobyt rozbijamy się po Sukhotai rowerami. Dziwnie się jeździ w ruchu lewostronnym, bo prawostronne nawyki są silne, całe szczęście że Sukhotai to prowincjonalne miasteczko więc ruch jest niewielki, bo po Bangkoku raczej nie wybrałabym się rowerem.

Do Sukhotai Historical Park dojeżdżamy songthaewem razem z dziećmi jadącymi do szkoły. Na miejscu zamiast trochę się rozejrzeć ulegamy nagabywaniom kolejnej bardzo przedsiębiorczej tajskiej kobiety, tym razem właścicielki wypożyczalni rowerów, oraz wierzymy radom z przewodnika Lonely Planet, który już wielokrotnie w Tajlandii wyprowadza nas na manowce, (bo trzeba chyba robić wszystko dokładnie odwrotnie niż w nim radzą by uniknąć robienia rzeczy bezsensownych) i pożyczamy rowery celem przejażdżki po historycznym parku. Okazuje się, że po jakiś dwóch może trzech godzinach wszystko już zobaczyliśmy a rowery były w sumie kompletnie niepotrzebne, ale skoro już je mamy opłacone z góry za cały dzień, postanawiamy przejechać się do nieco dalej położonych budowli. Tam spotykamy już tylko bardzo wytrwałych turystów a krajobraz dookoła zabytków jest mocno wiejski, biegają kury i koguty, uprawia się ryż a w jednym jedynym miejscu mały chłopiec śpiąc na hamaku sprzedaje mrożoną coca colę. Tego dnia jest strasznie gorąco i w ogóle nie ma chmur, a my nieposmarowani kremem z filtrem (bo kto codziennie by się nim smarował i kto by go ze sobą nosił) nabawiamy się poparzeń słonecznych. Nie dość że słońce na prawdę daje nam popalić jestem osłabiona trwającymi od kilku dni dolegliwościami żołądkowymi, a leki z Polski coś słabo sobie radzą. Wieczorem mam więc do zrobienia apteczne zakupy, coś na poparzenia słoneczne i jakiś mocniejszy proszek na biegunkę. Bez problemu znajdujemy aptekę z personelem mówiącym świetnie po angielsku, więc Sukhotai taką zupełną prowincją to pewnie nie jest. Za to bazar w Sukhotai jest bardzo azjatycki bo szczury przechadzające się po nim ostentacyjnie w biały dzień są na prawdę imponująco wielkie. Jest też na nim dość brudno, chyba że trafiliśmy na chwilę przez wielkim sprzątaniem.

Sam Sukhotai Historical Park to pozostałości po pierwszej stolicy Syjamu z XIII wieku. Miasto było nią przez 200 lat. Najbardziej reprezentatywna część to ogrodzony dość spory teren ze świątyniami i posągami w otoczeniu licznych drzew, bardzo zadbanych stawów (porośniętych licznymi kwiatami lotosu) i trawników. Budowle niczym szczególnym spośród innych zabytków tej części świata się nie wyróżniają. Za to w pamięci mocno utkwiły mi słynne posągi. Odznaczają się one niezwykłą gracją i są przepiękne. Ich forma jest pełna łagodnych skosów i miękkich krzywizn. Twarze mają zawsze bardzo zrelaksowane z wpół przymkniętymi oczami. Ich smukłe dłonie są ułożone w pozycjach pełnych niezwykłej dystynkcji (zazwyczaj ułożone są w pozycji różnych mudr). Wzorcem do tworzenia posągów były odniesienia zwierzęce. Ideał miał mieć ramiona szerokie niczym trąba słonia, pierś jak u lwa, smukłą talię a nos jak dziób papugi. Widoczne są silne inspiracje lankijskie, ale kroczący budda to oryginalne przedstawienie tajskie, które nie zostało skopiowane z Indii. Uważa się nawet, że nikomu i nigdzie wcześniej ani później nie udało się lepiej przedstawić buddyjskiego ideału uduchowionego piękna tak jak artystom z epoki Sukhotai.

tai_sukhotai_wat-mahathat_002

Najokazalsza świątynia Wat Mahathat.

tai_sukhotai_wat-mahathat_004

Piękny posąg buddy w pozostałościach świątyni Wat Mahathat.

tai_sukhotai_wat-chana-songkram_001

Stupa swiatyni Wat Chana Songkram. Stupy epoki Sukhotai były bardzo wysmukłe, lekkie i delikatne.

tai_sukhotai_kroczacy-budda_001

Ten kroczący budda to ponoć największe osiągnięcie sztuki rzeźbiarskiej Sukhotai.

tai_sukhotai_posag-buddy_002

Wszystkie posągi z Sukhotai mają niezwykle harmonijne rysy. Ich ciała wydają się być niezależne od prawa grawitacji.

tai_sukhotai_posag-buddy_003

tai_sukhotai_posag-buddy_001tai_sukhotai_stupa_001

tai_sukhotai_wat-mahathat_001tai_sukhotai_kroczacy-budda_002

tai_sukhotai_wat-si-sawai_001

Wat Si Sawat zbudowana w stylu khmerskim.

tai_sukhotai_drzewa_001

Zieleń na terenie historycznego parku jest bardzo zadbana miejscami można poczuć się prawie jak w jakimś europejskim ogrodzie botanicznym.

tai_sukhotai_palmy_001

Poza ogrodzonym terenem parku ruiny świątyń nie są tak bardzo zadbane, często stoją na skraju czyjegoś pola uprawnego, albo zarastają je dość gęste chaszcze. Z powodu zmęczenia gorącem urządzamy sobie postój pod świętym drzewem wokół którego stoi mnóstwo dziwnych figurek, których przeznaczenia nie rozumiem i nie było nikogo kogo można by o to spytać. W korzeniach drzewa znajdowała się twarz buddy i cała rzesza mniejszych figurek. W powiększeniu wyglądały niepokojąco.

tai_sukhotai_swiete-drzewo_001 tai_sukhotai_swiete-drzewo_003 tai_sukhotai_swiete-drzewo_002 tai_sukhotai_swiete-drzewo_004

Czasami droga wiodła przez czyjeś pola uprawne, sady – ogólnie można było nasycić sobie oczy soczystą zielenią i pooddychać świeżym chociaż gorącym i wilgotnym powietrzem.

tai_sukhotai_drzewa_002 tai_sukhotai_pejzaz_001

okolice Chiang Mai 2011

Pobyt w Chiang Mai zapamiętam pod wieloma względami. Między innymi dlatego, że byłam tam na pierwszej w swoim życiu zorganizowanej wycieczce fakultatywnej jakich w Tajlandii jest pełno, oferują je hotele w których się zatrzymujemy i rozmaite agencje turystyczne. Non stop jesteśmy bombardowani rozmaitymi propozycjami. Teraz wiem na sto procent,  że więcej tego nie zrobię, chyba że będę całkowicie pewna że impreza w której biorę udział nie budzi moich żadnych etycznych wątpliwości, oraz nie zakłóca mojego poczucia dobrego smaku. Jest więc to bardzo mało prawdopodobne. To że mój wyimaginowany obraz Tajlandii mocno różni się  od tego co zastałam na miejscu okazało się już podczas pierwszych dni pobytu w Bangkoku. Po tajskich wycieczkach  zorganizowanych mimo wszystko spodziewałam się nieco innego poziomu, a okazało się że była to rozrywka iście na miarę krajów trzeciego świata. Jeśli wpiszemy w google „chiang mai trips” ilość wycieczek na która nam się wyświetli jest wprost niewiarygodna. Tajlandia jest turystyczną potęgą i oferta wyjazdów i usług z których turyści mogą skorzystać jest bardzo rozbudowana. Przypomina to turystyczny supermarket, w którym za pewną ilość pieniędzy możemy wybrać sobie atrakcje w których chcemy wziąć udział oraz przeżycia które chcemy zaliczyć. Niestety w  tych ekscytujących dla nas atrakcjach i przeżyciach może z wyjątkiem skoku na bungee nie weźmiemy udziału sami, dość często biorą w nich udział ludzie albo zwierzęta, którzy naszej ekscytacji zazwyczaj nie podzielają ponieważ są wykorzystywani i często cierpią.

Nie mając zbytnio rozeznania jakiego typu będzie to rozrywka i ulegając nagabywaniom niezwykle przedsiębiorczej właścicielki naszego hotelu, postanowiliśmy zapoznać się z jego ofertą wycieczkową. Dostajemy więc katalog z wydrukowanymi propozycjami pół, jedno oraz kilkudniowych wycieczek na które z Chiang Mai można pojechać. Wszystkie opatrzone stockowymi fotografiami, mają jawić się jako niezapomniana przygoda. Część z nich, jak oglądanie tygrysów będących pod wpływem środków odurzających, czy kobiet z nienaturalnie długimi szyjami, które dla pieniędzy są do tego przymuszane od wczesnej młodości i potem nie są w stanie normalnie funkcjonować, od razu odrzucamy, ponieważ nie pragniemy by za naszą sprawą ten biznes przynosił komuś jeszcze lepsze dochody. Planowany wcześniej wyjazd do przytuliska dla słoni gdzie żyją one w dobrych warunkach i próbuje się odbudować ich niszczejącą populację okazuje się dla nas stanowczo za drogi bo za koszt spędzenia 1 dnia tam (4000 albo 5000 bathów za 2 osoby!), przeżywamy w tym kraju pewnie z 10 dni, w dodatku przemieszczając się dość intensywnie i moim zdaniem jest to kwota zdecydowanie zbyt wysoka jak na tajskie warunki. Pomimo szacunku dla ludzi którzy próbują robić coś sensownego w sprawie tajskich słoni, nie pragnę aż tyle płacić by móc to oglądać.  Więc trochę z ciekawości a trochę z głupoty, wybieramy całodzienną wycieczkę typu „wszystko po trochu” ma być przejażdżka na słoniu, spacer z przewodnikiem po dżungli do wiosek (zwany dumnie trekingiem), oraz spływ drewnianą tratwą po rzece.

W dzień wycieczki około ósmej rano pakujemy się do minivana i jedziemy razem z parą Chińczyków w pobliskie góry, gdzie wszystkie te atrakcje mają mieć miejsce. Wita nas nasz opiekun czy też przewodnik – młody chłopak, który mówi do nas łamaną angielszczyzną. Potem okazuje się że jest on po prostu byłym mieszkańcem dżungli i analfabetą którego sytuacja życiowa zmusiła do przyjazdu do pracy do Chiang Mai. Był na tyle bystry by nauczyć się ze słuchu nieco angielskiego i móc zacząć pracę w branży turystycznej. Dzięki temu mógł nosić długie paznokcie będące wyznacznikiem tego że nie musi pracować fizycznie. Niektóre z nich miał nawet pociągnięte kolorowymi lakierami do paznokci. Chińczycy którzy wykupili tą samą wycieczkę co my, będą towarzyszyli nam przez cały dzień a ich reakcje na przeżywane doświadczenia będą całkowicie odmienne od naszych. Filigranowa i przez cały czas jednocześnie zestresowana i podekscytowana kobieta, która świetnie włada angielskim, mówi że pracuje w korporacji i jest jej tam tak ciężko, że nie chce rozmawiać o pracy na urlopie. Ma wraz z mężem tydzień na „poznanie całej Tajlandii” i tydzień leżenia na plaży na Phi Phi, po czym wraca do swojej korporacji. Jej mąż nie znający ani słowa po angielsku przypomina wielkie dziecko, nosi ogromnie ciężki złoty łańcuch i wiele złotych sygnetów i ma trzy telefony komórkowe przez które bez przerwy rozmawia po chińsku. Parę chwil po wyjeździe z Chiang Mai zaczynają się drogowe serpentyny, a kierowca rozpoczyna prawie pustym busem jazdę iście szaleńczą. Na szczęście droga jest równa i dobra, więc mój poziom zagrożenia nie jest specjalnie wysoki, za to Chinka jest spanikowana i prosi by zwolnił. Dojeżdżamy do pierwszej atrakcji – przejażdżki na słoniu. „Farma słoni” to po prostu gospodarstwo rolnicze w którym pracują słonie i to chyba w nie za ciekawych warunkach, co widać gołym i zupełnie nie wprawnym okiem. Słonie mają mocno poranione czoła zabezpieczone przez zakażeniem fioletowym mazidłem – gencjaną? oraz poszarpane ale zagojone uszy. Te które mają wozić turystów noszą ciężkie metalowe konstrukcje podścielone jakąś derką – wszystko wygląda dość niewesoło. Robię im zdjęcia co jest przyjmowane przez osoby pracujące na farmie z lekkim niepokojem, a może tylko tak mi się wydaje. Okazuje się że bardzo się śpieszymy i musimy jechać dalej i nie ma na zdjęcia zbyt wiele czasu. Przejażdżka to klasyczna pętelka po gospodarstwie tudzież rejonach do niego przylegających w dwu miejscach możemy „kupić dla słonia” mocno przepłacone banany, oraz zostać sfotografowanym  na słoniu z możliwością wykupienia swojej fotografii. Słonie są cały czas poganiane przez swoich opiekunów metalowym prętem, który na dodatek jest im wtykany w pomalowane mazidłem rany. Całość jest na tyle obrzydliwa że mam ochotę szybko stamtąd uciekać. Nasi Chińczycy zachowują się zgodnie z oczekiwaniami ponieważ kupują zarówno banany jak i fotografię i są zachwyceni atrakcją. Pół godziny później przywiezieni zostają kolejni ludzie z Europy, którzy na widok słoni również mają niewyraźne miny a na ich pytanie co stało się z tym i tamtym słoniem padają jakieś bezsensowne wymijające odpowiedzi. Słonie są fascynujące i przyciągają ludzi jak magnes dlatego myślę, że wyjątkowo trudno jest oprzeć się pokusie bliższego z nimi kontaktu. Niestety musimy zdać sobie sprawę że nasza chęć kontaktu jest okupiona wieloletnim cierpieniem tego słonia. I oczywiście jest to tylko kontakt pozorny, szybka transakcja odarta z jakiejkolwiek możliwości faktycznego poznania czegokolwiek. Ostatnio coraz więcej o tym się pisze. Na przykład tutu i tu. Można też obejrzeć film. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek będę jeździć na słoniu będzie miało to miejsce wyłącznie podczas zwiedzania jakiegoś azjatyckiego parku narodowego. W takim na przykład Nepalu można na plecach słonia zwiedzać park Chitwan. Wydaje mi się to sensowniejsze niż rozjeżdżanie go terenówkami. Podobne opcje są dostępne w Indiach. No bo z drugiej strony słonie wykorzystuje się w Azji od tysięcy lat tak jak konie, krowy czy świnie.

tai_okolice-chiang-mai_przejazdzka-na-sloniu_003 tai_okolice-chiang-mai_przejazdzka-na-sloniu_001 tai_okolice-chiang-mai_przejazdzka-na-sloniu_002

Wracamy jednak do naszej nieszczęsnej wycieczki. „Treking po dżungli” okazuje się kilkoma półgodzinnymi przechadzkami od atrakcji do atrakcji po nieasfaltowej drodze wzdłuż której rosną drzewa i faktycznie jest las. Nasz „jungle boy”  (tak o sobie mówi) opowiada nam mocno łamaną angielszczyzną kilka ciekawych rzeczy o roślinach, łapie i pokazuje nam pająka, jest w miarę sympatycznie, ale trekingiem oczywiście w żadnym wypadku bym tego nie nazwała. Dochodzimy też nad wodospad gdzie mamy niezły ubaw z par mieszanych z krajów arabskich. Szczelnie okryte kobiety z gołymi dłońmi i stopami odpoczywają ciężko dysząc w cieniu, a ich mężczyźni niezwykle pilnie zwiedzają okolice wodospadu gdzie Australijki lub Brytyjki kąpią się w strojach kąpielowych. Ich telefony także nie próżnują rejestrując te piękne okoliczności przyrody ile sił w baterii i miejsca na karcie.

tai_okolice-chiang-mai_przewodnik-z-pajakiem_001 tai_okolice-chiang-mai_przewodnik-z-pajakiem_002 tai_okolice-chiang-mai_wodospad_001

Odwiedzone przez nas dwie „wioski mniejszości narodowych” (miały być rzekomo ludności zamieszkującej tereny Birmy oraz Hanów – mniejszości którą spotkamy chociażby w chińskim Dali) były atrapą stworzona wyłącznie dla turystów. Wiodła do nich oprócz naszej leśnej także asfaltowa droga, a ich mieszkańcy do pracy przyjeżdżali terenówkami zaparkowanymi obok wiosek. Znajdowały się w nich puste i nieużywane domostwa w których siedziały i nudziły się kobiety. W niektórych rozłożono narzędzia tkackie. Można było kupić utkane szaliki „made in India”. Cała wizyta trwała może pół godziny i polegała na sprzedaży szalików i innych pamiątek (takich standardowych które kupimy też na nieszczęsnym Khaosanie). Po odmowie zakupienia pamiątek „mieszkańcy wiosek” tracili jakiekolwiek zainteresowanie przyjezdnymi. W sumie lepiej że tak się to odbywa – przecież przyjście do prawdziwej zamieszkanej wioski i oglądanie jej mieszkańców przez pół godziny jak w cyrku byłoby czymś jeszcze gorszym, na pewno byłoby dla nich przeżyciem mocno rujnującym, a tak była to normalna transakcja handlowa, oszustwo jakich wiele w turystycznym przemyśle, aczkolwiek dla obu stron dość nieszkodliwe. Nasi Chińczycy byli w każdym razie zadowoleni. Zdecydowanie bardziej wolałabym się przejść dłużej po tym lesie i być może czegoś ciekawego się dowiedzieć niż brać udział w tej szopce, aczkolwiek było to po prostu miejsce pracy jak każde inne i przynajmniej nie wchodziliśmy z butami do czyjegoś życia.

Na końcu zabrano nas na spływ bambusową tratwą i to był najsensowniejszy punkt programu naszej fakultatywnej wycieczki i tylko to w sumie mogłabym komukolwiek polecić. Tratwa jest zanurzona w wodzie mniej więcej na 10-15 centymetrów, przed wejściem na nią trzeba zostawić dokumenty, telefony oraz cały swój dobytek jeśli nie posiadamy nieprzemakalnego etui na dokumenty niestety także paszport. Ale to przynajmniej mi się podobało no i nikomu przy okazji nie szkodziło. Około godziny 15 a może 16 po tych wszystkich atrakcjach wracamy do Chiang Mai. Chińczycy są zachwyceni tak wartościowo spędzonym dniem. Żegnamy się z nimi i życzymy im powodzenia.

Piszę to wszystko po to żeby każdy kto to przeczyta i być może w przyszłości pojedzie do Tajlandii zdał sobie sprawę że tajski przemysł turystyczny pod względem etycznym jest na poziomie krajów trzeciego świata. Bazuje on na nieco absurdalnej ale bardzo silnej i trudnej do powstrzymania fascynacji ludzi zachodu egzotycznymi zwierzętami i naiwnej wierze, że mogą być one dostępne dosłownie na wyciągnięcie ręki zupełnie jak na półce w supermarkecie. Tajowie nie widzą w tym problemu – skoro przynosi to dochód to musi to być dobre. Prości niewykształceni ludzie będący trybikami w tej turystycznej machinie pewnie nawet nie do końca wiedzą że coś robią źle, ponieważ świadomość społeczna chociażby odnośnie krzywdzenia zwierząt jest znikoma. W zasadzie wszystkie atrakcje, przeżycia i doświadczenia za które płacą turyści które jawią się im jako sielankowe i piękne w rzeczywistości są prymitywne a czasem brutalne oparte na wyzyskiwaniu i cierpieniu. Nie wiem czy w ciągu najbliższych lat coś w tym temacie się zmieni. Dlatego jakoś nie chce mi się prędko to tego turystycznego raju wracać. Wydaje mi się że jest mnóstwo przyjemniejszych miejsc w Azji do których można pojechać a jeżeli już tam jedziemy nie dajmy się zwieść instynktom stadnym i nie myślmy, że skoro wszyscy dookoła nas wykupują wycieczki na przykład do świątyni tygrysów czy na kurs tresury słoni to my też powinniśmy bo na pewno nie ma w tym niczego złego.

Chiang Mai 2011

Do Chiang Mai jedziemy pociągiem z Bangkoku między innymi dlatego, że jest tam mnóstwo ciekawych świątyń,  (wszystkich w mieście jest ponad 300). Są faktycznie warte odwiedzenia a w ich pobliżu, nie czają się naciągacze jak w Bangkoku i tylko raz, ponieważ nasza czujność zawodzi, tracimy przez kogoś takiego czas i dobry humor. Sytuacja jest wprost kuriozalna i w jej wyniku bezsensownie błądzimy chyba ze dwie godziny w poszukiwaniu rzekomo rządowego Biura Informacji Turystycznej które okazuje się być oczywiście prywatnym biurem oferującym standardowe wycieczki, ale nasz rozmówca naprawdę sprytnie nas zamotał. W świątyniach Chiang Mai podobnie jak w tych w Bangkoku nie czuć tak mistycznej atmosfery jak w świątyniach chińskich. Tu także bardziej liczą się chyba dobra doczesne. Oczywiście ich wnętrza są bardzo bogato zdobione, ale traktowani jesteśmy w nich z całkowitą obojętnością, czasem jak zło konieczne a czasem lekko interesownie. Niemniej jednak ilość ozdób, złoceń, detali sprawia że jest na co popatrzeć, chociaż szczególnego klimatu w normalny nie będący świętem dzień nie mają (przynajmniej te które odwiedziliśmy). Niektóre z nich są bardzo stare.

tai_chiang-mai_wat-phan-on_002

Świątynia Wat Phan On z 1501 roku.

tai_chiang-mai_wat-buppharam_001

Wat Buppharam.

tai_chiang-mai_wat-pan-tao_001

Wat Pan Tao z XIV wieku wykonana z drewna tekowego.

tai_chiang-mai_wat-saen-fang_001

Wieczorna modlitwa w Wat Saen Fang.

tai_chiang-mai_wat-buppharam_002

Wat Buppharam.

tai_chiang-mai_wat-pan-tao_002

Brama świątyni Wat Pan Tao.

tai_chiang-mai_wat-pan-tao_004

Zwierzęta chińskiego zodiaku w Wat Pan Tao.

tai_chiang-mai_wat-pan-tao_003

Wat Pan Tao.

tai_chiang-mai_wat-phan-on_001

Wat Phan On.

tai_chiang-mai_wat-chiang-man_001

Wat Chiang Man najstarsza świątynia w mieście z 1207 roku.

W Chiang Mai ludzie robią bardzo ciekawe i wartościowe rękodzieło, zarówno to tradycyjne jak i nowoczesne, oraz przedmioty produkowane fabrycznie na niewielką skalę. Można tu kupić rewelacyjne tkaniny, ubrania, przedmioty użytkowe, ozdoby, gadżety, biżuterię czy breloczki które nie tylko dobrze wpasowują się w istniejące trendy, ale nieraz same je wytyczają. Ludzie mają tu do tego talent. Myślę że nawet Japończycy nie powstydzili by się takich pięknych przedmiotów, zresztą część lokalnych wyrobów wygląda tak świeżo i estetycznie jakby pochodziły z Tokio, Hongkongu, Singapuru lub innego miejsca które wytycza aktualne azjatyckie trendy.  Ceny rękodzieła są ponoć najniższe w Tajlandii. Koniecznie trzeba wybrać się na nocny market zwłaszcza ten niedzielny. Pooglądać niewielkie rodzinne firmy, które tworzą na prawdę unikatowe rzeczy codziennego użytku oraz ubrania, jakich nigdzie poza Chiang Mai nie spotkamy, produkują one bowiem niewiele w sam raz na lokalny rynek i odwiedzających miasto turystów. Nie szukają rynków zbytu poza swoim miastem. Nie mam oczywiście na myśli jakiejś cepelii tylko rzeczy całkowicie współczesne, funkcjonalne i użyteczne przy tym bardzo estetyczne no i przede wszystkim bardzo oryginalne, nie kupimy takich w odzieżowej lub wnętrzarskiej sieciówce. Na bazarach spotkamy także starsze kobiety, produkujące rękodzieło tradycyjne. Ceny wszystkich  wyrobów pozostają do negocjacji, ale są rozsądne. Kto wie, może kiedyś pojadę do Chiang Mai specjalnie po to, żeby rozejrzeć się w lokalnych małych firemkach i nieco zainspirować się tym co robią, bo w sumie nie miałam czasu by przejrzeć to wszystko metodycznie i za porządkiem, czego bardzo żałuję. Niestety tak wyszło, że nie mam zdjęć z wizyt na bazarze, za bardzo byłam zaabsorbowana przedmiotami które tam sprzedają i za duży był tam tłum by robić zdjęcia. Warto przyjeżdżając do Chiang Mai chociaż dzień lub dwa przeznaczyć na zakupy i eksplorację małych lokalnych sklepików jeśli zainteresowani jesteśmy współczesnymi przedmiotami, tkaninami, odzieżą. Niezmiernie warto. Firmą która wybiła się spośród lokalnych producentów odzieży z Chiang Mai, rozrosła się i robi już trochę światową karierę jest Sure, której produkty możemy nabyć na bazarach w Chiang Mai bo ma tam swoje stałe stoiska. Być może rozmawialiśmy też z właścicielem tej firmy (albo z kimś kto się za niego podawał). Takich lokalnych wytwórców interesującej odzieży jest jednak dużo więcej.

W sumie byliśmy tam trochę krócej niż planowaliśmy za sprawą pogody. Niby w maju nie powinno tam jeszcze dużo padać. Codziennie jednak raz lub parę razy miała miejsce potężna ulewa po której wody w całym mieście przez godzinę dwie było czasami nawet po kolana. Jednego dnia siedzieliśmy na przykład w garkuchni położonej w blaszanym garażu przez dłuższy czas unieruchomieni ulewą i integrowaliśmy się z Tajskimi emerytami, którzy usilnie konferowali z nami po tajsku mimo całkowitego braku zrozumienia z naszej strony i oglądaliśmy z nimi okropnie kiczowate i bezsensowne telewizyjne programy. Gdy wyszliśmy na zewnątrz wszystkimi ulicami płynęła rzeka. Parę chwil później staliśmy pewnie z godzinę czasu pod daszkiem jakiegoś opuszczonego budynku i czuliśmy się prawie jak na bezludnej wyspie a wody dookoła tylko przybywało. I tak wracaliśmy stopniowo do naszego hotelu z kilkoma jeszcze dłuższymi przystankami. Samo chodzenie po kolana w brudnej i nieprzejrzystej wodzie również nie jest za bezpieczne i przyjemne, bo nie widać po czym się chodzi a woda jest zimna. Ciężko tak chodzić na dłuższe dystanse.

tai_chiang-mai_po-deszczu_001 tai_chiang-mai_po-deszczu_002

Bangkok 2011

Wyjazd do Tajlandii zdecydowanie różnił się od wszystkich moich azjatyckich wyjazdów do tej pory. W sumie to chyba najmniej przyjemnie spędziłam tu czas, a pojechałam przecież do słynnej „krainy uśmiechu” a nie do „szalonych i dzikich” w powszechnej opinii Indii, gdzie ponoć na każdym kroku wszyscy próbują oszukać lub okraść niedoświadczonych przyjezdnych. Podczas kilku tygodni spędzonych w Tajlandii, nie udało nam się chyba dłużej porozmawiać z nikim, kto nie próbowałby wynieść z tego jakiś korzyści. W sumie to po w ogóle chyba  jeżdżę do Azji – żeby sobie z kimś normalnie pogadać i dzięki temu zapoznać się z innym modelem pojmowania świata niż nasz jedyny i słuszny, zjeść coś co zmieni moje podejście do jedzenia i czasem zobaczyć jakieś słynne ruiny. Niestety mieszkańcy Tajlandii po tym wyjeździe pozostali dla nas jak nieprzenikniony mur. Mój pobyt w tym kraju to chyba lekkie nieporozumienie, albo pojechałam do niego kilkadziesiąt lat za późno. Dla porównania podczas miesiąca spędzonego w Chinach jedynie dwa razy ktoś próbował nas oszukać. Mnóstwo ludzi próbowało się z nami kontaktować problemem była bariera językowa, bo nie znaliśmy chińskiego a chociaż odrobinę po angielsku  potrafił mówić mało kto. Mieliśmy za to chińskie rozmówki przy pomocy których (pokazując sobie chińskie znaki) rozmawialiśmy z Chińczykami i przynajmniej na podstawowe tematy szło nam jakoś. Widać było że mają straszny ubaw, że mogą porozmawiać z niedostępnymi cudzoziemcami. Mam je do dziś lekko wymięte i wypaprane dużą ilością niezbyt czystych rąk. W Tajlandii po angielsku podstawowe słowa znali prawie wszyscy ludzie z którymi się zetknęliśmy. Ilość przekrętów w jakich mogliśmy wziąć udział trudno zliczyć. Czytając przed wyjazdem o świetnej opiece medycznej i bezpieczeństwie w Tajlandii nie spodziewałam się, że ludziom żyje się tutaj na tyle źle i biednie a prawo jest tak nieudolne, że masowo próbują przy pomocy licznych kantów i oszustw sięgać do kieszeni obcokrajowców. Czytałam o rozmaitych przekrętach, ale nie o tym że każdy kto będzie próbował z nami rozmawiać, będzie usiłował też nas oszukać. Dziś z perspektywy czasu już wiem że normalny kontakt z miejscowymi można mieć w sąsiedniej o wiele mniej popularnej kontynentalnej Malezji, natomiast w Tajlandii nierówności społeczne są na tyle duże, że jego głównym celem jest mniejsza lub większa korzyść, którą potencjalny rozmówca chce uzyskać. Spodziewałam się oczywiście komercji bo trudno się jej nie spodziewać po najbardziej turystycznym kraju w regionie, ale nie spodziewałam się że ta komercja będzie tak brutalna i bardziej przypominająca kraje trzeciego świata, niż dostatni kraj za jaki uważałam Tajlandię.

tai_bangkok_ulica-motocykle_001

Nowsza część Bangkoku to co najmniej sześciopasmowe ulice, wszechobecne motory, spory chaos komunikacyjny, wynikający z tego że poszczególne środki transportu niezbyt się ze sobą łączą.

tai_bangkok_victory-monument_001

Victory Monument upamiętniający zwycięstwo nad Francją. Tajlandia nigdy nie była niczyją kolonią.

tai_bangkok_ulica-korki_001

W Bangkoku mamy okazję pooglądać nigdy nie kończące się korki.

tai_bangkok_ulica-sky-train_001

Nasz wyjazd rozpoczyna się w Bangkoku. Trafiamy w okolice przyczyny wszystkich nieszczęść czyli słynnej ulicy Khaosan Road. Nocleg znajdujemy w sporej odległości od tej „backpackerskiej mekki”, po czym idziemy pokręcić się trochę po dzielnicy. Rozmaitych interesantów i naciągaczy jest dosłownie na pęczki. Działają bardzo szybko widząc nowe twarze, niezbyt opalone więc zapewne świeżo po przyjeździe. Zazwyczaj niczego dobrego nie należy się spodziewać po podchodzącym do nas taksówkarzu albo kierowcy tuk-tuka z mapą w ręku, ale chcąc poznać lokalny repertuar, z ciekawości słuchamy co ma nam do powiedzenia. Pyta skąd jesteśmy i kiedy przyjechaliśmy (odpowiadamy mu zgodnie z prawdą bo co nam zależy) po czym „wita nas w Tajlandii” i szybko przechodzi do konkretów. Co dziś robimy, bo jeśli planujemy coś zwiedzać to się nie da bo dziś jest „buddhist holy day” i wszystko zamknięte, ale on zabierze nas na wycieczkę po mieście za 30 bathów czyli 3 złote. Tanio – prawda? Zwłaszcza jak dopiero się przyjechało i nie zna się cen. Więc najprawdopodobniej sklep z na przykład biżuterią lub zegarkami oczywiście w okazyjnych cenach już czeka na nas gdzieś z dala od ludzkich oczu. Dziękujemy panu za informacje, idziemy, jest strasznie natarczywy bo myśli, że wahamy się czy skorzystać z oferty, więc stara się wywrzeć na nas presję i nas trochę zamotać więc idzie za nami spory kawał. Zaczynamy kompletnie go ignorować więc na pożegnanie mówi nam „fuck you” bo zmarnował na nas 10 minut swojego cennego czasu i mógł przegapić inną turystyczną zwierzynę. Pierwsze spotkanie z krainą uśmiechu zaliczone. W ten sam dzień po południu dochodzimy do buddyjskiej świątyni, którą zamierzamy odwiedzić, będąc już od turystycznej mekki dość daleko. Zaczepia nas „nauczyciel angielskiego”, który mówi że świątynia jest oczywiście nieczynna i żebyśmy nawet nie szli.  W kółko powtarza że jest nauczycielem i że wie iż tutaj jest masa naciągaczy ale jemu możemy wierzyć. Jest bardzo mało przekonujący i coraz bardziej zły więc nawet go już nie słuchamy i także zaczynamy ignorować. Idziemy do kasy i kupujemy bilety do świątyni (swoją drogą sprzedawanie biletów za wstęp do normalnej działającej świątyni też jest lekko chore) a nasz „nauczyciel” żegna nas mamrocząc wściekle brzydkie słowa. I tak jest na każdym kroku, po kilka razy dziennie, oczywiście znając temat nie wdajemy się już w dłuższe rozmowy. W dodatku po nieudanym kancie człowiek, który wchodzi z nami w interakcję przeważnie nie jest zawstydzony, tylko sfrustrowany i zły. Kto wie, może więc niedługo zacznie dochodzić do rękoczynów, jeśli spragnionych łatwych pieniędzy jeszcze przybędzie, w wyniku czego skuteczność przekrętów zmaleje, a ich sprawcy nadal będą pozostawać bezkarni. Chyba wszyscy pracujący w branży turystycznej w tym kraju są dość paskudnie zdeprawowani a ci na posadach państwowych skorumpowani i działają osobno bądź też w zespołach mających na celu wyciąganie kasy od niezbyt się tego spodziewających ludzi, którzy przecież cieszą się że przyjechali do tego „raju na ziemi” i niczego podejrzewają lub nie chcą tego robić by nie popsuć sobie wymarzonego urlopu. Podejrzewam że raczej ta druga sytuacja częściej ma miejsce, bo żeby tego nie widzieć trzeba albo być kompletnie ślepym albo mieć poczucie winy wynikające z faktu bycia członkiem narodowości, która ma na swoim koncie grzechy kolonializmu. Być może winę ponosi nadmiar telewizji. Pamiętam te programy National Geographic o buddyjskiej krainie łagodnych i uśmiechniętych ludzi. Być może kiedyś tak było. Teraz została tylko sprawna maszynka do wyciągania pieniędzy całkowicie odarta z jakiegokolwiek indywidualizmu a nawet poczucia przyzwoitości.

Przyjezdni są też po trosze sami sobie winni, niektórzy niemal cały czas przebywają w mocno odmiennym stanie świadomości, praktycznie nie trzeźwiejąc bo wybór rozmaitych używek jest przeogromny, są więc bardziej podatni na różnego typu przekręty. Przodują w tym Rosjanie i Australijczycy i to właśnie te dwie nacje będą nam towarzyszyć przez cały wyjazd. Czasami kanty i oszustwa przybierają na prawdę dość odhumanizowane formy, ktoś celowo podaje złą drogę, lub udziela nieprawdziwych informacji przez co bezsensownie tracimy czas (który w normalniejszych krajach zużywamy na przykład na rozmowy z ludźmi)oraz czasami nerwy co sprawia, że na powtarzające się codziennie wiele razy pytanie „Where are you going?” zamiast ignorowania, zaczynam reagować dość nerwowo i patrzę na rozmówcę spode łba. Tajowie nie związani z przemysłem turystycznym kompletnie nie interesują się przyjezdnymi i nie nawiązują z nimi żadnego kontaktu. Może inaczej jest na głębokiej prowincji, my jednak byliśmy w bardzo popularnych miejscach. Jedynym wyjątkiem była mocno prowincjonalna mało znana i niezbyt przebojowa wyspa Ko Sichang (nie mylić z Ko Si Chang), gdzie nie czuliśmy presji ze strony rozmaitych naciągaczy bo ich tam po prostu nie było, gdyż chyba umarliby z głodu. Tam po prostu nikt się nami specjalnie nie interesował. I nawet jedyne dwa razy podczas całego pobytu w Tajlandii jeździliśmy tuk tukiem, gdyż normalnie szkoda nam tracić nerwy i wspomagać naciągaczy.

Z tego typu zachowaniem w turystycznych miejscach chcąc nie chcąc spotkamy się na pewno i to pewnie wszędzie. Atrakcje zawsze przyciągają amatorów łatwego niekoniecznie uczciwego zarobku. Nie trzeba jeździć daleko, wystarczy udać się do mojego „ulubionego” Zakopanego by poczuć się identycznie jak w Bangkoku, może nawet bardziej niemiło i niebezpiecznie. W innych krajach Azji te przykrości są jednak wynagradzane wspaniałym zachowaniem pozostałych ludzi, którzy sprawiają że bariera językowa i cywilizacyjna na chwilę znika i możemy ze sobą dłużej lub krócej pobyć, mimo że wszystko nas dzieli. Niestety nie w Tajlandii, istnieje oczywiście taka możliwość że miałam wyjątkowego pecha, ale jest to mało prawdopodobne.

Moim zdaniem żeby przeżyć wizytę w Bangkoku bez konieczności ciągłego oglądania hord pijanych i naćpanych przybyszów z Europy i Australii i całego szemranego przemysłu który się wokół nich kręci, trzeba zatrzymać się gdzieś indziej niż w okolicach Khaosan Road a możliwości jest sporo. Myślę że jeśli kiedykolwiek tam wrócę (na pewno, bo jeśli chciałabym dostać się chociażby do Laosu pewnie trzeba będzie polecieć do Bangkoku) to jako miejsce pobytu wybiorę sobie na przykład chińską dzielnicę Yaowaratt i będę czuć się jak w przeciętnym azjatyckim dużym mieście. W dodatku jest ona nieźle skomunikowana z innymi dzielnicami i blisko z niej do kolejowego dworca. Aczkolwiek w przeciętnym azjatyckim mieście występuje takie coś jak tereny zielone. Liczyć na to, że w Bangkoku będziemy mieszkać w spokoju w otoczeniu zieleni w obu przypadkach nie należy. Stara część  Bangkoku jest bardzo chaotyczna i skrupulatnie wybetonowana. Całymi kwartałami ciągną się wyłącznie ulice, sklepy, warsztaty. Nie ma żadnych przestrzeni rekreacyjnych jakiegokolwiek azylu od spalin i miejskiej dżungli. To bardzo dziwi, zwłaszcza w kontekście lektury wspomnień na przykład Tiziano Terzaniego lub innych osób, które mieszkały w Bangkoku kilkadziesiąt lat temu i opisują go jako miasto które wręcz tonęło w zieleni. W tej chwili nieco zieleni zostało jeszcze tylko w Dusit, Lumpini, oraz w kilku małych parkach w okolicy Wat Pho i pałacu królewskiego. Jeśli już jesteśmy przy tej świątyni to przypomina mi się jeszcze jedna historia świadcząca o kondycji części tajskiego społeczeństwa związanego z przemysłem turystycznym. Do dachu świątyni Wat Pho przyczepiony jest wielki baner na którym widnieje napis po angielsku żeby nie wierzyć nikomu kto twierdzi że w świątyni jest remont i jest zamknięte, że witają oraz zapraszają wszystkich chcących ich odwiedzić.

Z drugiej strony mieszkanie w turystycznej dzielnicy to możliwość pewnego uczestnictwa w kulturze i dziedzictwie tego kraju. Możemy wybrać się na lekcje tajskiego boksu, zrobić sobie masaż albo tatuaż, skorzystać z lekcji gotowania czy masażu. Tylko czy faktycznie nauczymy się tam czegoś przydatnego czy będzie to tylko wielki turystyczny supermarket w którym poznamy bezpieczną spłyconą namiastkę zagadnień które chcemy poznać? Czy można nauczyć się boksu/masażu/gotowania podczas kilkugodzinnego przepłaconego kursu? A może lepiej na przykład w przypadku gotowania wybrać się na kilka bazarów, przejrzeć stragany a potem pozaglądać ludziom do garów? Z ciekawości przeglądałam tego typu oferty i wszystkie podejrzewałam o to samo – ślizganie się po temacie  i mocno pobieżne przekazywanie wiedzy. Tak ekstremalnie turystyczne miejsca raczej nie powinny być obietnicą że nauczymy się w nich czegokolwiek.

tai_bangkok_park-lumpini_001

Jeden z nielicznych terenów zielonych w mieście Park Lumpini.

tai_bangkok_park-lumpini_002

Chwilę po tym jak usiedliśmy sobie w cieniu z wody wylazło takie coś – długie na półtora metra. Miejscowi jakoś nie mieli ochoty na konfrontację i sobie poszli no to my także. Trzeba było uczyć się w liceum biologii, żeby wiedzieć co to i czy żywi się ludźmi ;-), jednak na pewno nikt nie uczył o jaszczurach zamieszkujących wodne zbiorniki Tajlandii tylko o rozmnażaniu się leśnego mchu.

tai_bangkok_wat-suthat_005

Świątynia Wat Suthat.

tai_bangkok_wat-suthat_004

Ważniejsze świątynie Bangkoku otoczone są podcieniami w kształcie prostokąta w których znajdują się rzędy posągów.

tai_bangkok_wat-suthat_003

Przepiękne drzwi w świątyni Wat Suthat.

tai_bangkok_wat-arun_003

A te drzwi można zobaczyć w świątyni Wat Arun.

tai_bangkok_wat-pho-reclining-buddha_001

Leżący budda w Wat Pho długi na 43 metry.

tai_bangkok_wat-suthat_001

Wat Suthat. Dzięki składanym w ofierze kwiatom tajskie świątynie pięknie pachną.

tai_bangkok_wat-suthat_002
tai_bangkok_wat-arun_001

Świątynia Wat Arun o zmierzchu, na drugą stronę kursują łodzie.

tai_bangkok_wat-pho_001

Wat Pho

Wat Ratchanatdaram

Niemniej jednak oprócz ludzi, którzy nie są zbyt sympatyczni, pozostają miejsca. Świątyń i innych miejsc do pooglądania i powłóczenia się jest sporo. Kilka miejsc utkwiło mi szczególnie w pamięci. Na przykład świątynia Wat Ratchanatdaram znana też jako Loha Prasat. W jej obrębie znajduje się absolutnie rewelacyjny targ współczesnych świętych figur i akcesoriów do wyposażania świątyń, klasztorów, kapliczek. Wykonuje się je na miejscu,  a odlewy ręcznie maluje, tandetnie pozłaca, przyozdabia sztucznymi kwiatami, brokatem i tkaninami, przy użyciu pistoletów klejowych. Ludzie są tak zajęci, że nie mają czasu sprzedawać. Wszędzie piętrzą się stosy sztucznych kwiatów i niedokończonych figur. Kwintesencja tajskiego poczucia piękna. Ich namiętności do ogromu błyskotek, różu, sztucznych plastikowych bardzo błyszczących materiałów. Buddyjscy mnisi oraz osoby świeckie, oglądają te cuda, podliczają zakupy na kalkulatorach, zmieniają konfigurację swojego ołtarzyka bądź kapliczki i targują się. Niektórzy kupują figury wielkości człowieka lub większe, są one na bieżąco pakowane i zabezpieczane, dużo się dzieje. Ja też nie mogę się powstrzymać i kupuję jeszcze ciepły, po tajsku kiczowaty pachnący silikonem posążek Ganeshy.

tai_bangkok_loha-prasat_001

Wat Ratchanatdaram znana też jako Loha Prasat. Na jej tyłach znajduje się świetny targ współczesnych dewocjonaliów dla konsumentów religijnej popkultury.

Yaowaratt

Kolejnym bardzo interesującym miejscem jest chińska dzielnica Yaowaratt i kompletnie szalony bazar który jest do niej przyczepiony. Ma niezwykle ciasne uliczki i jak labirynt rozciąga się na dużym obszarze. Nigdy nie wiadomo gdzie się wyjdzie, uliczki przecinają się pod kątem prostym i są tak wąskie że tłum ludzi raczej w nich stoi niż idzie a dwa motory ledwo mogą się minąć. Można nabyć wszelkiego rodzaju azjatycką tandetę i zjeść bardzo dobre bazarowe jedzenie w niezliczonej ilości jadłodajni. Tym możemy posilić się w dzień. Nocą na Yaowaratt rozkładają się chińskie uliczne garkuchnie, niektóre bardzo słynne, znane i wielokrotnie opisane, cieszące się bardzo dużą estymą. Ustawiają się do nich kolejki a na miejsce przy stoliku na plastikowym taboreciku czeka się  jak w kolejce do renomowanej restauracji. Spokojnie można by było spędzić tydzień na eksplorowaniu gastronomicznego zagłębia Yaowaratt, zwłaszcza że spora część takich stanowisk z dumą prezentuje fotografie Gordona Ramsaya, Jamiego Oliviera i innych gwiazd kulinarnej popkultury które też kiedyś tu jadły. Udajemy się na przykład w poszukiwaniu mężczyzny w żółtej czapce z daszkiem który ponoć robi najlepsze w Bangkoku sataye z kurczaka i udaje nam się nawet go znaleźć. Od jedzeniowego zgiełku możemy odpocząć w chińskiej herbaciarni wraz z chińskimi emerytami (oczywiście po przystępnych cenach możemy też dokonać zakupu chińskiej oraz tajskiej herbaty). Yaowaratt przyciągał nas jak magnes, gdziekolwiek byśmy nie poszli i tak na koniec lądowaliśmy zawsze w jego obrębie i nie byliśmy w stanie temu zapobiec. Zgubiliśmy się tam tyle razy, że nieraz wracaliśmy z niego na nasz turystyczny kwartał w środku nocy.

tai_bangkok_yaowaratt-kot-maneki-neko_001

Kot Maneki Neko pochodzi z Japonii jego obecność w domu zapewnia bogactwo i powodzenie w interesach jak wizerunek Żyda w polskich domach. Jest strasznie popularny wśród Chińczyków. Można go kupić oczywiście w chińskiej dzielnicy Bangkoku.

tai_bangkok_golden-mount_003

Za drobną opłatą, dobrą karmę i powodzenie można zapewnić sobie także na górze Golden Mount ozłacając posąg buddy.

tai_bangkok_yaowaratt_001

Ulica Yaowaratt biegnąca przez środek chińskiej dzielnicy o tej samej nazwie. Tajowie ćwiczą lokalną dyscyplinę sportową – przebieganie przez ulicę.

Wat Arun

W miarę sympatycznie było też w świątyni Wat Arun gdzie zostaliśmy bezinteresownie pobłogosławieni, oraz pokropieni przez jakiegoś bardzo ważnego starszego mnicha, który akurat siedział na podwyższeniu i udzielał błogosławieństw. Wszyscy podchodzili do niego i nam też polecono to zrobić, więc skorzystaliśmy, bo szczęścia jak wiadomo nigdy za wiele. Ta świątynia jest bardzo ładnie położona nad brzegiem rzeki Chao Praya, nieco na uboczu, przez co panuje w niej bardzo fajny klimat. Znajdują się w niej przepiękne wyłożone porcelaną tak kiczowate że aż nierzeczywiste stupy. Co prawda żeby zobaczyć tajskie stupy warto też udać się do Wat Pho ja jednak wolę klimat świątyni Wat Arun bo mniej w niej ludzi i ma przepiękne położenie.

tai_bangkok_wat-arun_005

Fragment stupy w świątyni Wat Arun.

Zresztą sami mnisi w Tajlandii miejscami dość mocno przypominali mi polskich duchownych w swoim obnoszeniu się z rozmaitymi drogimi gadżetami na przykład elektroniką, czy sytuacji bycia uprzywilejowanymi zawsze i wszędzie.  Widok staruszków albo kobiet ustępujących miejsca w komunikacji publicznej dwudziestoparoletnim mężczyznom odzianym w pomarańczowe szaty, wygląda dość dziwnie i szokująco. Tak chyba już musi być w krajach jednolitych wyznaniowo, w Chinach wyglądało to zupełnie inaczej. Buddyzm w wydaniu chińskim przekonuje mnie o wiele bardziej niż buddyzm w wydaniu tajskim.

tai_bangkok_golden-mount-detal_001

Tajska świątynia w detalach. Już wiadomo od kogo twórcy bazyliki w Licheniu ściągali najbardziej.

tai_bangkok_wat-arun_004 tai_bangkok_wat-arun_002

Tajskie świątynie nie mają według mnie tak mistycznego klimatu jak niektóre świątynie chińskie, zwłaszcza te mniej popularne. Ale pięknie pachnie w nich jaśminem, za sprawą kwiatowych girland, które co rano w wielu dzielnicach miasta robi się ręcznie na ulicy cierpliwie nawlekając mikroskopijne kwiaty na nitkę. Warto czasem wcześnie wstać i to pooglądać, w południe robi się za gorąco, więc mniej więcej do godziny 10-11 wszystko musi być już wyprzedane i na miejscu producentów kwiatowych ozdób rozstawiają się właściciele garkuchni. Byliśmy też na kwietnym targu, który znajduje się dość niedaleko od Wat Pho i pałacu królewskiego, bardzo go polecam, ze względu na to że nikt się tam przyjezdnymi nie interesuje i można fajnie pooglądać sobie targowe życie.

tai_chiang-mai_kwiaty_002 tai_chiang-mai_kwiaty_001

Piechotą chodzi się po tym mieście dość ciężko, ale korzystać z transportu innego niż publiczny wyjątkowo bardzo nie mamy ochoty. Pływamy więc bardzo często łodziami po rzece Chao Praya oraz jeździmy metrem. Resztę miasta przechodzimy na piechotę, niestety nie ma zieleni, parków i miejsc gdzie można sobie posiedzieć więc chłodzenie i odpoczynek odbywają się głównie w sklepach Seven Eleven w dodatku na stojąco. Przechodzenie pięciopasmowych ulic gdzie między pasami dodatkowo śmigają motory, również nie należy do specjalnie przyjemnych. Usiąść gdzieś i porozmawiać można chyba tylko z Chińczykami, których liczna diaspora opanowała miasto. W okolicach ważniejszych zabytków, nawet jeśli położone są gdzieś w głębi miasta z dala od dzielnicy dla turystów z Europy, stoją rozmaici naciągacze i zagadują po angielsku. Trzeba więc być w miarę pewnym tego dokąd się idzie bo bardzo będą oni chcieli nam „pomóc” i łatwo się od nas nie odczepią. Miasto zdecydowanie trzeba odwiedzić chociażby ze względu na świątynie. Nie jest ono jednak miejscem do którego jakoś szczególnie i szybko chcę wrócić, a  jeśli już, to na nieszczęsny Khaosan i okolice wybrać się tylko na szybkie zakupy, bo moja noga raczej tam dłużej nie postanie.

tai_bangkok_golden-mount_001

Golden Mount sztucznie wzniesiona góra na szczycie której znajduje się buddyjska świątynia. Do lat sześćdziesiątych XX wieku była to najwyższa budowla Bangkoku.

tai_bangkok_golden-mount_002

Teraz panorama Bangkoku to liczne czasem dość bezładnie stawiane wieżowce. Czasami między nimi przyczepione są osiedla domków z blachy falistej ale z góry tego nie widać.

tai_bangkok_chao-praya_001

Rzeka Chao Praya.

tai_bangkok_noca_001
tai_bangkok_wat-pho_002

Świątynię Wat Pho wolę chyba w wydaniu czarno-białym.

tai_bangkok_wat-pho_003 tai_bangkok_wat-pho_004 tai_bangkok_wat-pho_005 tai_bangkok_selfie_001