Wszystkie wpisy, których autorem jest Dominika

Majówka w Kijowie 2018

Po ponad dziesięciu latach przerwy postanowiliśmy zajrzeć do Kijowa podczas długiego weekendu majowego. Wycieczkę uważam za bardzo udaną. Wy także gorąco chcecie pojechać tam na majówkę, tylko o tym jeszcze nie wiecie. Kijów posiada bardzo duży potencjał – nie męczy nawet podczas upalnej pogody jaką mieliśmy – to tak dla równowagi, bo w 2007 roku non stop albo padał śnieg z deszczem, albo sam deszcz. W Kijowie czas przecieka przez palce, miasto jest bardzo rozległe, do wielu miejsc dojazd jest skomplikowany, na samo przemieszczanie się schodzi mnóstwo czasu, bo metro nie wszędzie dojeżdża. Oczywiście jeśli chcemy zaliczyć wszystkie najbardziej główne atrakcje to bez problemu dostaniemy się do nich metrem lub pieszo, jednak tym razem byliśmy w tych mniej oczywistych, a atmosfera majowej kanikuły sprawiała, że nie chciało nam się gonić do kolejnych.

Bazary spożywcze, na przykład Rynek Żytni (Житній ринок)

To pierwsze miejsce do którego tym razem rzucił nas los, a nogi same poniosły. Lepiej zacząć zwiedzanie od jedzenia, targowe jadłodajnie są bardzo egalitarne i zdecydowanie nie snobistyczne.  Hale targowe Kijowa trzeba odwiedzać często i koniecznie bo można zaopatrzyć się na nich w dobra spożywcze ze wszystkich prawie republik radzieckich. Gruzińskie pieczywo (chaczapuri na każdym rogu) i przystawki, suszone ryby (oczywiście), granaty, rodzynki, daktyle, uzbeckie przyprawy. Mięso, które można sobie dokładnie wymacać przed kupnem (jak ktoś lubi). Jedynym niechlubnym wyjątkiem jest położony na słynnym Chreszczatyku Rynek Bessarabski (Бессарабський ринок) zwany też Besarabką, na którym na przykład można wypić rozliczne rzemieślnicze piwa. Na temat cen i jakości produktów na tym rynku lokalni ludzie rzucają bardzo złośliwe żarty. Ten rynek dotknęło pewnie to co spotkało już większość hal targowych w centrach miast zaatakowanych przez masową turystykę takich jak Budapeszt czy Lizbona – przestał służyć lokalnym ludziom a zaczął turystom. Żytny Rynek jest po drodze do wielu słynnych zabytków, dlatego o nim wspominam, a teraz możecie zobaczyć dobra które da się na takich rynkach kupić.

Rodzynki – na każdym szanującym się rynku (także we Lwowie) kupimy przynajmniej 5-7 rodzajów rodzynek większych i bardzo malutkich żółtych niebieskawych i prawie czarnych, suchych i mokrych. Polska to rodzynkowa pustynia, koszmarna rodzynkowa monotonia. Zawsze wracam z Ukrainy z workami rodzynek.

 

Można też nabyć worek smardzów (niedrogo całkiem).

Granaty z Kaukazu.

A to typowe gruzińskie orzechowe roladki z bakłażanem, ale akurat kiepskie bo prawie bez przypraw.

Suszone ryby i jakieś zapewne krabie odnóża.

A to Żytny Rynek widziany z góry.

Kawa w papierowym kubku

Chyba najbardziej charakterystycznym widokiem Kijowa jest człowiek pijący kawę z papierowego kubka. Na dosłownie każdym rogu nawet na zupełnych rubieżach miasta znajdują się kioski i budy, w których jeszcze dziesięć lat temu znajdowały się rozliczne butelki z mocnym alkoholem sprzedawanym na porcje, a teraz ich miejsce zajęły wypasione ekspresy. Wiem, że działalność tego typu kiosków z alkoholem została zakazana, nie wiem jednak czy decyzja wydana została odgórnie dla całej Ukrainy, czy też leży w gestii lokalnych samorządów. W każdym razie efekt jest taki, że każda (dawniej alkoholowa) buda oferuje  obecnie przynajmniej kilkanaście różnych sposobów wypicia kawy zamiast kilkudziesięciu wódek. Tam gdzie bud nie ma, pojawiają się kawiarnie mobilne. Raz wybraliśmy się metrem na jakąś bardzo odległą stację, bo w międzyczasie dobudowano spory kawałek linii i chcieliśmy zobaczyć co tam jest. Na powierzchni okazało się (jak zresztą wszędzie), że właśnie stawiano ogromne  szpetne jak maszkaron blokowisko, przyozdobione po bokach motywem monstrualnej na kilka pięter ukraińskiej wyszywanki. Bloki były położone na środku absolutnie niczego, chyba jeszcze nie do końca zamieszkałe, za to tuż obok nich na nieutwardzonym placu stał dzielny wiekowy samochód dostawczy marki ZAZ Tavria z zamontowanym z tyłu wypasionym ekspresem. Myślałam że odlecę jak to zobaczyłam, starałam się dyskretnie zrobić zdjęcie tej cudnej konstrukcji ale mi nie wyszło :). Miejscowi żartują, że teraz miasto na serio zabrało się do pracy i przeciętnemu kijowianinowi nie w głowie już rozpoczynanie dnia kubkiem gorzałki z kiosku, dlatego wszyscy przerzucili się na kawę. Istnieją też lokalne kawowe sieciówki, które toczą między sobą zażarte wojny o klientów, rozdają karty lojalnościowe oferują skomplikowane programy i rabaty. Pałętając się tydzień po Kijowie można nazbierać ich kilka. Niestety efektem ubocznym kawowego rozbudzenia jest to, że miasto produkuje miliony sztuk śmieci na dobę w postaci papierowych kubków, a gdy w jednej sieciówce dopominam się o kawę w szklanym kubku (lub filiżance) to patrzą na mnie dosyć dziwnie bo siedzący przy stołach ludzie także piją z jednorazówek.

Kulinarne odkrycia

Jeśli już jesteśmy przy temacie jedzenia, to od razu może przeskoczymy na temat knajp. Z kuchni zagranicznych oprócz nieśmiertelnych włoskich restauracji i pizzerii, (które omijamy), w Kijowie niemal na każdym rogu znajdziemy knajpy z kuchnią krajów Kaukazu. Ilość gruzińskiego fast foodu – piekarni oferujących chaczapuri niemal przy każdym wyjściu i wejściu do metra, oraz knajpek z chinkali i gruzińskimi przystawkami, azerskimi kebabami, mięsnymi zupami z kolendrą, przyprawia o zawrót głowy. Ich jakość jest przeróżna. Od bardzo przyzwoicie smakujących, po biedny i bardzo niskobudżetowy fast food nie mający za wiele wspólnego z oryginałem. Najlepiej patrzeć na oceny i opinie o poszczególnych lokalach, lokalni ludzie dodają je zresztą bardzo chętnie na google lub trip advisorze, bo w tej chwili panuje na te potrawy ogromna moda i możemy wybierać i przebierać w ofertach. Jest tego tak dużo, że nie sposób spamiętać, gdzie warto zjeść, zwłaszcza że chyba ani razu nie wróciliśmy do tego samego miejsca, oprócz pewnej osiedlowej całkiem stylowej budy z chaczapuri, która była nam po drodze i całkiem przyzwoicie karmiła – przynajmniej działając na sensownych składnikach, a nie podróbach, więc przeważnie posiadała puste półki. Jeśli chcemy poznać podstawowe dania kuchni kaukaskich wystarczy być głodnym w Kijowie i zaraz się coś znajdzie.

Drugim odkryciem jest Musafir. Założony przez tatarskich uchodźców z Krymu, obecnie daje pracę dużej ilości osób i cementuje lokalną  społeczność Tatarów. Wyobraźcie sobie niemal najbardziej prestiżową lokalizację w mieście, dosłownie rzut beretem od Majdanu Niepodległości 20 metrów w bocznej uliczce Chreszczatyku w bramie obok budy serwującej ponoć najbardziej kultowe buły z parówką – perepiczki. Zazwyczaj w tak bardzo w ścisłym centrum położonych miejscach nie jem niczego, bo ceny są zawrotne, a wszędzie roi się od turystów, i jest to zazwyczaj miejsce do szpanowania, a nie do szukania prawdziwego jedzenia. Zazwyczaj parę ulic dalej zaczyna się normalne życie w normalnych cenach. Wyobraźcie sobie jednak, że w takim bardzo mocno obleganym miejscu jedzenie jest absolutnie idealne – kompletnie do niczego nie można się przyczepić, każde danie jest perfekcyjnie zrobione, a na koniec dodam jeszcze że cenowo lokal zupełnie się nie wyróżnia jakby był niedrogą jadłodajnią. Obsługa za każdym razem była przemiła, mimo tłumu ludzi i wielgachnej powierzchni było sympatycznie jak w domu. To wszystko sprawia, że mimo ogromnych mocy przerobowych i kilku sal, nigdy nie ma pewności że w Musafirze da się usiąść i coś zjeść. Pierwszym razem udało nam się wejść i od razu mieć stolik, za drugim razem kazano nam przyjść za 3 godziny i stolik się znalazł. W międzyczasie też raz chcieliśmy tam coś zjeść i niczego nie dało się zrobić. A kolejny dzień z powodu pierwszego maja mieli zamknięte. Dowiedziałam się także, że Musafir jest niemal miejscem urzędowania krymskiego rządu na uchodźstwie, niemal na co dzień przesiadują w nim najbardziej nobilitowani członkowie tatarskich organizacji właśnie w tym lokalu odbywają swoje liczne spotkania. Lokal wzmógł modę na kuchnię tatarską w tym mieście i obecnie posiada drugą siedzibę (to ta w której byliśmy). Kijowianie uważają, że Musafir padł trochę ofiarą własnej popularności i nie da się w nim spokojnie posiedzieć ze względu na nieustanne i nieprzebrane tłumy ludzi, więc niemal od razu w Kijowie otworzyły się inne bardziej kameralne i spokojne lokale tatarskie które cieszą się większym uznaniem miejscowych i są mniej słynne, więc da się w nich spokojnie posiedzieć.

To idealne krymskie czebureki z idealnym sosem pomidorowym i zsiadłym mlekiem.

 

A to manty (takie duże pierogi) z baraniną, również idealne, tak samo jak wszystkie inne spróbowane dania, to normalnie się nie zdarza. Musafir to miazga.

Ponoć te i inne dania kuchni tatarskiej można napotkać w okolicy kijowskiego meczetu Al-Rahma, gdzie w każdy piątek rozkładają się tradycyjne jadłodajnie z muzułmańskich byłych republik związku radzieckiego – na przykład z ogromnymi garami płowu. Niestety zanim się o tym dowiedzieliśmy piątek już minął, a w kolejny piątek mieliśmy być już na południu Ukrainy, więc nie udało nam się tam wpaść.

Ogród botaniczny

Jako że maj i kanikuła, to udaliśmy się do imponujących rozmiarów Narodowego Ogrodu Botanicznego, który jest tak duży że jeśli chcecie obejść cały to spokojnie spędzicie w nim większość dnia. Na pomysł majówki w ogrodzie botanicznym wpadło oprócz nas pół Kijowa, więc były długie kolejki do kasy biletowej czy do toalet, oraz tłumy ludzi na ścieżkach.  W ogrodzie możemy zobaczyć 13000 gatunków roślin. Znajdziemy tu duże i klimatyczne szklarnie (ale niestety zatłoczone) z roślinami tropikalnymi, ogród japoński, koreańską pagodę ufundowaną przez ambasadę Korei, niektóre fragmenty ogrodu są dzikie i zapuszczone i trzeba się przez nie przedzierać, a do niektórych nie ma dostępu bo trwają prace konserwacyjne – widać że ogród dźwiga się z marazmu i odnawia co tylko się da. Miejsce jest bardzo po drodze, jeśli więc jesteśmy szybcy to w ten sam dzień możemy też obskoczyć Ławrę Peczerską i pomnik Matki Ojczyzny. Tylko czy warto aż tak się śpieszyć? – oczywiście że nie. Ogród botaniczny rozciąga się na obszarze 120 hektarów więc to porządne płuca miasta (zresztą podobnych wielkościowo innych zielonych płuc Kijów ma jeszcze sporo i to chyba największy plus tego miasta), przy tym większość parków w polskich miastach wygląda jak znaczki pocztowe. No i maj to świetna pora do odwiedzenia zarówno ogrodu botanicznego jak i skansenu, o którym przeczytacie poniżej jak i mnóstwa innych parków bo wtedy wszystkie drzewa kwitną i miasto wygląda super pozytywnie. Ogród botaniczny, plus własny prowiant to świetny sposób na przykład na upalną leniwą niedzielę w Kijowie. Na miejscu ciężko o dobre jedzenie. Na terenie ogrodu znajduje się także przepiękny Monaster św. Michała Archanioła, popularnie określany jako Monaster Wydubicki (Видубицький монастир) z XI wieku – jeden z najstarszych monastyrów w Kijowie. Wygląda jakbyśmy teleportowali się w czasie i przestrzeni gdzieś sto lat temu i w głąb Rosji. Koniecznie musicie go zobaczyć, kupiłam tam świetną ziołową fermentowaną herbatę z płatkami różnych kwiatów.

Ruch jak w centrum miasta albo nawet gorzej.

Skansen

Jeśli jeszcze za mało się zrelaksowaliście, można także pojechać do Skansenu ale to już trochę dalsza wyprawa, bo metrem tam nie zajedziemy. Dojechaliśmy do skansenu jakimś dziwnym trolejbusem, który raz jeździ a raz nie 🙂 – to bardzo skomplikowane. Nie dość że tylko w weekendy damy radę dostać się tam inaczej niż taksówką, bo trolejbus regularnie kursuje na krótszej trasie, a do skansenu jeździ sporadycznie i głównie w weekendy, to jeszcze i tak trzeba przejść spory kawałek na nogach. Skansen znajduje się w dzielnicy Pyrohiv (Пирогі́в) która była kiedyś podkijowską wsią. Muzeum jest naprawdę rozległe, to kolejne ponad 130 hektarów do obskoczenia. Możemy zobaczyć architekturę drewnianą z wszystkich regionów Ukrainy, a także, co ciekawe architekturę wiejską z czasów ZSRR, tego ostatniego nie widziałam bo dotarliśmy tam na końcu, kiedy chyba udało się nam złapać lekki udar słoneczny. Znowu razem z nami skansen zwiedzały majówkowe dzikie tłumy, ale wiele osób zwiedza bardziej stacjonarnie siedząc na kocu jedząc i pijąc piwo. Okazuje się że zwiedzając skansen w tak upalną pogodę można z niego wyjść będąc nieźle „porobionym”, kilku panów (głów rodziny) ledwie było w stanie doturlać się do wyjścia. W weekend w skansenie opcji do zjedzenia czegoś jest sporo, ale: do ślicznej, usytuowanej w jednej z chałup z kwitnącym sadem owocowym drogawej restauracji, stoi długa kolejka chętnych na stolik, a skansenowe zagłębie punktów gastro wygląda dość tragicznie – sterta zwęglonych nie wiadomo kiedy i nieco zasuszonych ochłapów mięsa, marnych kiełbas i szaszłyków w gablotach na słońcu pod gołym niebem i kapiący tłuszcz. Zero barszczów i pierogów, a od zapachu spalonego tłuszczu robi mi się niedobrze. Tak więc w sumie to nie udało mi się tam niczego zjeść, bo nagromadzenie tak szpetnych i nie wiadomo ile leżących produktów zdecydowanie nie budziło zaufania. I znowu: maj to świetna pora na ten skansen bo wszystkie drzewa owocowe kwitną i jest super ślicznie, a wcale nie musiało by tak być, bo teren skansenu jest nie w każdym miejscu tak samo oporządzony i w bardziej odległych miejscach są tylko chaszcze i rozpad (a do toalety wszyscy chodzą w straszliwie wyglądające krzaki). Jedna jedyna na całym ogromnym areale toaleta jest w stanie zdezelowania z pewnością nie ogarnianego od czasów Sojuza. Zaufanie społeczne do zwiedzających jest znikome – każdy otwarty dom/osada jest pilnowana przez osobnego pracownika. Przerost zatrudnienia i brak funduszy niestety bardzo widać (mimo to skansen miał w przeszłości problemy z kradzieżami czy wręcz zagrabieniem zbiorów). Genialnie wyglądają skansenowe cerkwie, szczególnie zaskakującą konstrukcją jest ta ze wsi Zarubińce (Зарубинці) w obwodzie czerkaskim o bardzo nietypowej konstrukcji. Świątynię ufundowała Urszula Franciszka Radziwiłł.

Cerkiew z Zarubińców w Kijowskim skansenie.

Pochodzi z XVIII wieku.

 

Ławra Peczerska

To takie trochę miasto w mieście. Jak prawosławny Watykan (z tym że ja zdecydowanie wolę go od oryginału). Ogromny kompleks religijny, w dawnych czasach niezwykle ważny ośrodek kultury, sztuki i nauki. Tu powstawały ważne dzieła artystyczne, literackie i naukowe. Jest to też siedziba siedziba metropolity ukraińskiej cerkwi prawosławnej. Nie da się świadomie obejrzeć całości w jeden dzień – nie ma szans, jest tego wszystkiego zbyt dużo. Dziesiątki cerkwi, muzea, katakumby, święte źródła. Lepiej wpadać do niej po drodze rozbijając sobie jej zwiedzanie na kilka dni. Klimat części dostępnej dla wszystkich jest rewelacyjny i nie pożałujecie tej decyzji. Byliśmy tam kilka razy o różnych porach dnia i nocy.

Idziemy tam bo kolejny raz chcemy odwiedzić podziemia z których chowano (czasem także żywcem) prawosławnych świętych. Dziesięć lat temu w wyniku niedoinformowania byliśmy tylko w jednej pieczarze. To zdecydowanie najbardziej intensywne przeżycie – także ze względu na ciasnotę, tłum ludzi i gorąco.

Pieczar ze świętymi jest dwie dalsze i bliższe, są one bardzo ciasne i nieoświetlone. Dostaje się do ręki świeczkę i to jedyne źródło światła. Można też iść bez i korzystać z tego, że poświecą nam inny ludzie.  Jest tak ciasno, że z łatwością damy radę tak się przemieszczać, bo trochę ciężko operować w tłoku z zapaloną świecą. Trzeba mieć odpowiedni ubiór (spodnie i krótka spódnica odpadają), można go też na miejscu wypożyczyć. Ludzi wewnątrz jest praktycznie zawsze dużo, tworzą się zatory, całe szczęście, że robienie zdjęć jest zakazane bo chyba często dochodziło by do podpaleń przez nieuwagę. W ogóle bardzo podoba mi się koncepcja braku jakiegokolwiek elektrycznego oświetlenia, oraz niemożliwości robienia zdjęć, klimat tego miejsca jest niezwykły i powinien taki zostać, są to po prostu prawdziwe katakumby. Podziemne cerkwie wyglądają niesamowicie w migotliwym świetle. Ludzie reagują bardzo emocjonalnie, co chwilę kolejka się zatrzymuje i można przeczytać (w cyrylicy) życiorysy co ważniejszych świętych. W sumie to najbardziej szokuje mnie „łatwość” zostania świętym w powiedzmy XI czy XII wieku – otóż „wystarczyło” dać się zamurować żywcem pod ziemią w jednej z pieczar i przez jakiś czas przyjmować jedzenie i picie przez maleńki otwór, a następnie przestać – i w panteonie przybywał nowy święty. Niektórzy wybierali taką opcję w całkiem młodym wieku. Jeśli zamurowana osoba przestawała odbierać jedzenie, to po jakimś czasie otwór zamurowywano. Mnie najbardziej interesuje jaki musiał być stan ducha i umysłu takiej osoby, co nią kierowało żeby wybrać taki sposób i dlaczego ludzie się na coś takiego decydowali? I czy ktoś kiedykolwiek rozmyślił się w połowie drogi.

Górna Ławra i najpiękniejszy sobór Zaśnięcia Bogurodzicy z 1078 r., wybudowany przez architektów z Konstantynopola są płatne i dominują tam głównie turyści, ale też warto tam się udać. Warto też obejrzeć sobie Ławrę z innych kijowskich wzgórz. gigantyczne nagromadzenie złotych kopuł robi ogromne wrażenie. Właśnie po to by spróbować ją przyćmić, zbudowano kolejny kompleks którego także nie potrafiliśmy sobie odmówić – Monument Matki Ojczyzny.

Matka Ojczyzna

Ostatnio byliśmy tu kiedy lał marznący deszcz i okropnie wiało więc dosłownie przebiegliśmy przez cały zespół budowli i pomników ślizgając się w pośniegowym błocie. Ta część miasta słynie zresztą z silnego wiatru, przez to nawet Matka Ojczyzna ma taki krótki miecz – wcześniejsze modele miecza ulegały zniszczeniu, a Kijowianie złośliwie żartują że to nie miecz, a scyzoryk. Ambiwalentne odczucia kijowian co do tego pomnika w 2007 roku widać było na każdym kroku – został wybudowany przez komunistyczne władze ZSRR, zresztą nadal widnieją na nim symbole sierpa i młota. Dopiero niedawno cały kompleks został, że tak powiem, bardziej zaadaptowany do potrzeb lokalnych. Obecnie mieści się tu również muzeum Ukrainy podczas II wojny światowej oraz kolekcja sprzętu wojennego (czołgi, pojazdy, działa, samoloty) odbite z rąk Rosjan podczas niedawnej i ciągle trwającej zresztą wojny.

Nieuleczalnie kocham socrealizm, co jakiś czas potrzebuję jego dawki dlatego kocham Europę Wschodnią. Zawsze odczuwam ogromne wzruszenie i wielką fascynację na widok tych wszystkich topornych i masywnych figur żołnierzy napuszonej powagi i naiwności, zawsze niezmordowanych i niezłomnych robotników. Nigdy żadnego miejsca na jakąkolwiek ironię, albo zwyczajne zwątpienie. Wszystko zawsze z ton stali i betonu i w mocno przerysowanej skali, za duże i nie mieszczące się, zdecydowanie i brutalnie dominujące nad otoczeniem. Ogromnie wzrusza mnie też jak taki socrealizm się sypie i wielkie betonowe place stopniowo zarastają krzaki i zielsko, a dumne pomniki są coraz bardziej obsrane przez gołębie, albo złośliwie pobazgrane sprayem. W kijowskim pomniku Matki Ojczyzny socrealizmu można przedawkować – jest go tu trochę za dużo i jest za mocny. Absurdalność tego miejsca jest tak wielka, że ciarki przechodzą. Cały kompleks jest mroczny i sprawia opresyjne wrażenie. Kobiety trzymające w matczynym geście bomby na rękach. Armie żołnierzy splecione w dziwnych ekspresyjnych układach zażarcie atakujące powietrze. Mroczne postacie piętrzące się złowrogo w betonowym tunelu. Całe morze stali i betonu by móc gloryfikować nowy porządek społeczny, by obywatele mogli poczuć i zobaczyć siłę przed którą nie ma ucieczki – w sumie jak w jakiejś średniowiecznej katedrze. Wszystkie postaci są zdecydowanie nadnaturalnej wielkości by zwykły obywatel poczuł się malutki i nieważny. A ukoronowaniem tego schizofrenicznego otoczenia jest nieczynny wieczny ogień, wyglądający w nocy jak spodek kosmiczny, którym wszyscy towarzysze mogliby chyba odlecieć do swojego skansenu założonego na jakiejś odległej planecie. Nie wiem czy można gdzieś lepiej odczuć socrealizm i jego ogromną absurdalność.

Stacje metra

Jeśli już jesteśmy w wojennym klimacie to warto zwiedzić najstarsze stacje metra. Niektóre zostały wybudowane ponad 100 metrów pod ziemią, ponieważ miały być schronami na wypadek ataku atomowego. Najbardziej charakterystycznym widokiem kijowskiego metra są szalenie szybko zjeżdżające pod ziemię, bardzo długie, przedpotopowe schody. Do najgłębszych stacji takich jak Arsenalna, trzeba pokonać aż trzy takie zjazdy.

Hydropark

Jeśli jesteśmy już w odmętach minionej epoki, warto również wspomnieć o jakiś bardziej pozytywnych przykładach. Może nim być Hidropark, położony na naturalnej wyspie na Dnieprze z piaszczystymi plażami i kąpieliskiem. Można do niego dojechać metrem. Wygląda jak kolejny skansen z czasów komuny – to rozległy park pełen dziwnych konstrukcji, rzeźb i pomników w którym odbywają się na przykład gigantyczne potańcówki dla emerytów, którzy ubierają stroje z okresu swojej młodości i możemy czuć się jakbyśmy żywcem przenieśli się do czasów sojuza. Akurat tego dnia nie chciało mi się nosić aparatu, więc nie mam stąd żadnych zdjęć jednak bardzo polecam Wam tę atrakcję. Młodsi przyjeżdżają zazwyczaj samochodami i rozkładają się z grillem i alkoholem, a starannie odprasowani emeryci, czasem również z orderami na piersi, spacerują po parku i biorą udział w różnych zajęciach na otartym powietrzu – zupełnie jak w Chinach. Oprócz tego jest tam wiele dzikich ścieżek do chodzenia i bardzo liczne tabliczki ostrzegające przed  kleszczami, które chyba czają się w krzakach. Spora część Hidroparku to dudniące elektroniczną muzyką knajpy, liczne budy z fast foodem i wszystko czego tylko można potrzebować do nocnej rozrywki.

Na wyspie na Dnieprze stawiane są także liczne budynki mieszkaniowe.

Kijów jest jak worek bez dna. Jedne odkryte miejsca prowadzą do kolejnych miasto jest bardzo rozległe a interesujące tematy rozwijają się wielowątkowo. Najpierw myślałam że to jakaś głupota spędzać tydzień w mieście, a potem miałam tylko ogromny niedosyt i z pewnością jeszcze tam wrócę.

Kijów rozwija abstrakcyjne myślenie i zmusza do refleksji.

Busójárás 2018

W Mohaczu byłam przejazdem na jednych wakacjach, gdyż nocowaliśmy nieopodal. We wszystkich informacjach turystycznych i przewodnikach twierdzono, że to interesujące miejsce i że należy koniecznie wybrać się do muzeum Busójárás czyli lokalnego karnawału, więc stwierdziliśmy, że warto skorzystać.  Okazało się że dość słono, jak na zupełną węgierską prowincję, zapłaciliśmy za bilety, a muzeum okazało się totalną porażką. Ekspozycja drewnianych masek była mikroskopijna, a informacje w językach innych niż węgierski były nieliczne, powierzchowne i mocno lakoniczne. Do tego można było pooglądać kilka makiet z poruszanymi elektrycznie kukłami naturalnej wielkości. Na zewnątrz było upiornie gorąco i gdyby nie skuteczna klimatyzacja, to wyszlibyśmy stamtąd chyba po 10 minutach. Pamiętam że byłam zupełnie zdegustowana. Dlatego jeśli jesteście w Mohaczu w żadnym wypadku nie róbcie tego co ja i nie idźcie do muzeum Buso, bo tylko będzie Wam smutno i się poirytujecie, a za te pieniądze lepiej już zjeść obiad (albo przehulać je na przykład w Villanyi). Oprócz tego miasteczko wyglądało na trochę podniszczone, smutne i opustoszałe, a rozliczne dosyć megalomańskie pomniki przedstawiające tragiczną historię bohaterskiego węgierskiego narodu, oraz meczet na głównym placu jakoś tak niezbyt zgrabnie przebudowany na katolicką bazylikę w trzydziestokilkustopniowym upale sprawiały trochę szalone wrażenie.  Po tym wszystkim nie mieliśmy już zupełnie siły jechać oglądać memoriału w szczerym polu upamiętniającego słynną przegraną bitwę.

Dlatego nie sądziłam że tak szybko ponownie znajdę się w Mohaczu. W międzyczasie jednak zapałaliśmy wielką miłością do wschodnioeuropejskich karnawałów. Strasznie fajny mają tutaj karnawał. Doceniło go także UNESCO, wpisując go w 2009 roku na Listę Niematerialnego Dziedzictwa. Miejscowi mają na jego punkcie obsesję. To tutaj kulminacja całego roku, do której przez jego pozostałą część się przygotowują. Podoba mi się idea przykładania dużej wagi do czegoś tak mało praktycznego przez cały rok, po to by potem tak po prostu dziko pobawić się przez kilka dni, a następnie wszystko puścić z dymem 🙂 po czym cierpliwie czekać na kolejną taką możliwość. Z drugiej strony może te przygotowania nie są tak mało praktyczne jak się wydaje – karnawał zwłaszcza w niedzielę, przyciąga naprawdę dzikie tłumy i miasto ma na czym budować turystykę przez okrągły rok. Sprzedaż gadżetów około karnawałowych to pewnie także niezłe źródło dochodu, zwłaszcza że to wyroby rękodzielnicze okolicznych mieszkańców a nie chińska tandeta. Nie będę jednak wrzucać Wam dużej ilości zdjęć tego co tam można kupić bo zdjęć w tym poście jest i tak zdecydowanie za dużo! Szalona ilość ludzi w jednym miejscu musi posiadać ogromną siłę nabywczą i pozwala wyżyć lokalnym twórcom.

Na przykład prześliczne ręcznie zdobione pierniki z motywem maski buso.

Niezliczone ilości glinianych kubeczków na grzane wino – każdy stragan ma inne.

W niedzielę ludzi jest tyle, że ciężko cokolwiek zobaczyć. W kolejce po kawę, czy do toalety trzeba czekać co najmniej kilkanaście minut, a do lepszych punktów gastronomicznych ustawiają się kilkudziesięcioosobowe kolejki. Dlatego oprócz niedzieli, która jest kulminacją całego karnawału – wtedy odbywa się spławienie w Dunaju trumny, z kukłą która symbolizuje zimę, oraz palenie wielkiego ogniska na placu Szechenyi, warto być tam również w jakiś inny dzień gdy tłum jest mniejszy, bo niedzielna bieganina i przedzieranie się przez tłum jest odrobinę męczące. Na znalezienie w Mohaczu noclegu w terminie karnawału nie ma co liczyć – są zajęte co najmniej rok do przodu. Na szczęście miasto leży tuż przy autostradzie i można nocować na przykład w Harkany albo Villanyi – z obu miejscowości dojedziemy tu w niecałą godzinę. Busójárás to karnawał bardzo mocno nastawiony na interakcję  i nie sposób tylko mu się przyglądać i nie wziąć w nim udziału. Odbywa się tu jedna parada po ulicach miasta i kilka obrzędów, o których dowiecie się później, a tak to przez cały czas po całym mieście włóczą się różnego rodzaju przebierańcy. Wszyscy zajmują się głównie zaczepianiem ludzi, szczególnie tych płci przeciwnej, co często kończy się obsypywaniem ich różnymi substancjami najchętniej pierzem, albo mąką. Jako że ja również chętnie wchodzę w interakcje z ludźmi, oraz nie lubię czaić się z teleobiektywem, na moich ubraniach (i aparacie fotograficznym) jeszcze przez co najmniej tydzień, mimo czyszczenia co chwilę wyłaziły skądś resztki mąki lub piór.

Interakcja – to słowo chyba najlepiej opisuje karnawał w Mohaczu.

Bardzo miłe i fajne jest to, że jakimś cudem Węgrom udało się nie zrobić ze swojego karnawału prostej maszynki do zarabiania pieniędzy. Mimo totalnego szaleństwa jest zadziwiająco normalnie. Nikt nie domaga się pieniędzy za pozowanie do zdjęcia, a ceny w knajpach jakoś nie skaczą trzykrotnie. Nikt nie próbuje na czymkolwiek oszukiwać, korzystając z tego, że niektórzy karnawałowicze są chwilowo odrobinę zmęczeni przez napoje wyskokowe. Nikt nie czepia się o parkowanie, a policjanci nie domagają się łapówek. Miejscowi mają niesamowicie gościnne podejście i nie traktują tego jako okazji do zarobienia, ponieważ wolą skupić się na zabawie. W porównaniu z taką na przykład Gucą gdzie by nie zostać oszukanym trzeba albo mieć oczy dookoła głowy, albo machnąć ręką, Mohacz zdecydowanie nie wpisuje się w dzikie tendencje panujące w Europie Wschodniej.

Karnawałowe przebrania

Może najpierw dowiecie się głównych przebraniach jakie występują na tutejszym karnawale. Najważniejsi są buso albo busos – to od nich wywodzi się tutejszy karnawał i tylko w Mohaczu ich spotkamy. Mogą być nimi tylko mężczyźni. Przebranie składa się z płóciennych białych szerokich spodni do połowy łydki (często wypchanych od środka gąbką lub materiałem), owczej skóry, baranich rogów i drewnianej maski oraz damskich pończoch ubranych na spodnie. Karnawał jest także po to by chwilowo zacierała się odrębność płci i damskie pończochy w przebraniu busos są tego symbolem. W Mohaczu możemy spotkać mnóstwo mężczyzn przebranych za kobiety znacznie bardziej.

Na czas karnawału można zostać matką.

Uczestnicy Busojaras (zwłaszcza kobiety) mają też zapewnioną opiekę duszpasterską.

Nikomu jednak to nie przeszkadzało.

Każda maska buso jest inna. W okolicy jest wielu tradycyjnych wytwórców masek, którzy uczą się tej sztuki z pokolenia na pokolenie. Maskę dla konkretnego buso wykonują biorąc pod uwagę cechy wyglądu osoby kto będzie ją nosiła i dokładnie dopasowując ją do kształtu twarzy właściciela. Maska jest więc wysoce spersonalizowana i dana osoba używa zawsze tej samej maski, Jak to zwykle w tradycji szamanistycznej bywa przebranie zmienia nie tylko aparycję osoby, lecz także przejmuje kontrolę nad jego zachowaniem. Przebieramy się nie po to by nikt nas nie rozpoznał, lecz po to by posiąść cechy konkretnego stworzenia, którym na chwilę się stajemy.

Tradycja przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Postać buso łączy w sobie cechy człowieka i zwierzęcia (oraz łączy pierwiastek męski i kobiecy).

Dzięki takiemu przebraniu buso wydają się znacznie więksi i wyżsi niż w rzeczywistości. Kilka razy byłam mocno zdziwiona, gdy po zdjęciu maski pojawiał się dość filigranowy człowiek mojego wzrostu. Kiedyś na przebranie się za buso mogli pozwolić sobie tylko najbogatsi, których stać było na posiadanie zwierząt, albo nabycie owczej skóry i wystruganie maski u lokalnego rzeźbiarza. Pozostali biedniejsi mieszkańcy oraz dzieci przebierali się za jankieli, albo jankielów. Miejscowi próbowali tłumaczyć nam skąd wzięła się ta nazwa – a wzięła się ona od mieszkającego w Mohaczu starego wiedeńskiego żyda Jankiela Grüna właściciela sklepu, który  dziwnie się ubierał w mocno znoszone ubrania i okoliczne dzieci, którym niezbyt się powodziło miały do niego dość prześmiewczy stosunek. W zasadzie każdy może przebrać się za jankiela. Wystarczy kilka zupełnie niedopasowanych do siebie ubrań oraz zasłona na twarz z wyciętymi otworami na oczy. W przebraniu występuje połączenie biedy z nonszalancją typową dla skrajnego hipstera, albo pokazu mody jakiegoś nieskończenie awangardowego projektanta haute coutureTen typ przebierańców zajmuje się głównie płataniem mniej lub bardziej przyjemnych figli nieprzebranym osobom, a więc bicie ich różnymi rzeczami, zabieranie czapek i innych nakryć głowy oraz obsypywanie ubrań i włosów mąką i pierzem.

Chodzi o to by wyglądać dziwnie i odrobinę niepokojąco.

Natomiast mieszkanki Mohacza przebierają się tradycyjnie za ottomańskie kobiety, więc na twarzy noszą maski będące połączeniem eleganckiej karnawałowej maski i kawałka firanki. Do tego dodać należy bardzo szeroką spódnicę rodem z ludowego stroju, oraz charakterystyczne wełniane pończochy z wypustkami. Wiele kobiet przebranych też jest za czarownice i wiedźmy.

Historia Busójáras

Busójárás trwa tydzień i kończy się ostatniego dnia przed Środą Popielcową. Zaczyna się rekonstrukcją historii powstania tego karnawału, czyli przepłynięciem przez rzekę około pięciuset busos w drewnianych łodziach z wiosłami. Według legendy,  (która zresztą przewija się w wielu regionach Europy Wschodniej w lekko różnych wersjach) historia powstania karnawału sięga czasów tureckich. Kiedy Turcy zajęli Mohacz, mieszkańcy skryli się na okolicznych bagnach. Pewnej nocy wśród uciekinierów pojawił się starszy mężczyzna z chorwackiej społeczności Šokci. Kazał im wystrugać z drewna maski demonów, oraz przygotować sobie ubrania ze skóry, a także drewnianą broń i kołatki robiące dużo hałasu i czekać na wskazany moment, kiedy będą mogli wrócić do miasta. Pewnego dnia podczas nocnej burzy z piorunami pojawiła się tajemnicza anonimowa postać, lub w innej wersji rycerz, który powiedział, że oto nastał moment odzyskania miasta. Kilkuset mężczyzn w maskach i skórach z dzwonkami i kołatkami wystraszyło Turków, którzy uciekli w popłochu i bez walki, bo myśleli że napadła ich armia demonów. Zamieszkująca południowo zachodnie tereny Węgier chorwacka mniejszość Šokci, pierwsza zaczęła upamiętniać w Mohaczu Busójárás czyli przemarsz Buso, a do nich dołączyli stopniowo inni mieszkańcy. Pierwsza notatka na temat tego wydarzenia pochodzi z 1783 roku. Karnawał w Mohaczu jest więc pewnego rodzaju świętowaniem zwycięstwa nad Turkami, mimo że miasto przez resztę roku miasto kojarzy się właśnie z największą narodową porażką – bitwą w której zginął „kwiat węgierskiego rycerstwa”. Obchody karnawału są swoistym odreagowaniem tej gromkiej porażki i zaprzeczeniem tego z czym Mohacz kojarzy się przez całą resztę roku.

A ten pan przebrany jest za Turka.

W każdym karnawale chodzi o coś jeszcze. Druga przyczyna dla której należy w tym okresie roku ubierać się w maski, wyglądać przerażająco i robić dużo hałasu, to próba dominacji nad żywiołem zimy oraz wszystkich związanych z nią złych sił oraz demonów. Z zimą w dawnych czasach, gdy głód był zjawiskiem powszechnym,  nie było żartów. Dlatego wszyscy chcieli by trwała ona jak najkrócej bo zwiększało to po prostu szanse przeżycia, stąd całe mnóstwo obrzędów związanych z zimą. Na Busójárás znajdziemy liczne motywy typowe dla szamanizmu oraz związane z kultem odradzającego się życia i płodności. Tutaj można nieco poczytać o szamanistycznych zwyczajach jednak mnie przede wszystkim bawi tytuł rodem z prawdziwego tabloidu – w dzisiejszych czasach, żeby coś się sprzedało musi szokować.

Karnawał w średniowiecznej Europie

W czasach średniowiecznej chrześcijańskiej Europy karnawał był jednym z nielicznych wentyli bezpieczeństwa, który na krótko umożliwiał wyrwanie się ze sztywnego moralnego gorsetu. Dzięki temu można było na tydzień zapomnieć o wszystkich nakazach i zakazach i robić dokładnie to czego w zwykłym czasie zdecydowanie robić nie wolno. Maski i przebrania gwarantowały pewną anonimowość i umożliwiały przekroczenie codziennych ról i granic społecznych. Ludzie, którzy normalnie nie mieliby żadnej szansy się spotkać ze względu na różny status społeczny w tym czasie mieli szansę się  z sobą mieszać. Dlatego nawet w czasach mocno opresyjnej władzy politycznej i religijnej nikt nie odważył się zabronić ludziom by chociaż na chwilę dali upust swoim emocjom (i frustracjom). Karnawały zapobiegły pewnie wielu buntom i krwawym rozruchom.

Lokalna specyfika

Karnawał w Mohaczu jest mocno rozrywkowy i elementy związane z odradzaniem się życia, płodnością i witalnością są w nim wyjątkowo mocno zaakcentowane. Wielu busos nosi z sobą różne przedmioty albo tylko symbolizujące fallusa, albo będące jego dokładnymi przedstawieniami. Niektórzy mają w pasie na strategicznej wysokości zawieszoną tykwę (która jest męskim symbolem płodności), albo sporych rozmiarów dzwon. Inni mają olbrzymie wystrugane z drewna często czerwone fallusy,  jakby inspirację zaczerpnęli w japońskiej świątyni shintoistycznej, albo z tantry (występuje też wersja wyplatana), którymi zaczepiają kobiety.  W zależności od tego czy robią to w miarę elegancko czy też nie, spotykają się ze zdecydowanym odwetem lub są odbierani z dozą sympatii. Generalnie chodzi o to, że wszyscy bez przerwy zaczepiają lub są zaczepiani. Mimo wszystko  jest raczej sympatycznie, to w końcu święto wiosny i płodności, jak na normalny karnawał przystało, więc nie może być bezpłciowe jak nasz nieszczęsny Orszak Trzech Króli. Większość busos niemal przez cały czas pije umiarkowane ilości alkoholu, mając w zanadrzu (lub w pojeździe) palinkę lub lokalne wino. Robią to na zasadzie utrzymywania stałego poziomu procentów we krwi, ale co ważne, nikt nie przegina. Nie spotkaliśmy się z agresywnymi zachowaniami, ani też nikt nie był mocno pijany jak to bywa grubo po północy na przeciętnym podkarpackim weselu, kiedy z niektórych weselników wychodzą prawdziwe demony.

Z kultem płodności wygląda to na przykład tak. Pleciony kij u środkowego buso także symbolizuje fallusa.

A tutaj wersja pleciona w akcji.

Można też mieć w strategicznym miejscu przyczepioną tykwę.

Albo duży dzwonek, a przy okazji obsypywać ludzi suszoną trawą.

Porwana kobieta.

I kolejna – wystarczy na chwilę się zagapić i można zostać porwanym.

Albo mieć taką niespodziankę pozując do zdjęcia.

Oprócz obnoszenia się z symbolami płodności, zarówno busos jak i kobiety w maskach porywają (i podrywają) osoby płci przeciwnej. Technik porywania jest całe mnóstwo. Każda okoliczna miejscowość i społeczność ma inną i w niej się specjalizuje. Można robić to za pomocą liny – kilku busos znienacka oplątuje linę wokół upatrzonej kobiety i ją porywa. Można robić to przy pomocy siatki do łowienia ryb, dziurawego kosza, albo płóciennego worka. Kobiety często noszą z sobą laski które zahaczają o nogę upatrzonego mężczyzny, który by wykupić się musi z nimi tańczyć.

Karnawał w Mohaczu jest też wyjątkowy ze względu na to że każda biorąca udział w karnawale społeczność przygotowuje swój własny środek transportu, którym zajeżdża na paradę. Są to przeróżne konstrukcje od całkowicie ekologicznych – na przykład ozdobionego trzciną wozu ciągniętego przez konie, poprzez różnego rodzaju pojazdy mechaniczne przerobione ciągniki i maszyny rolnicze przez co czasem można poczuć się jak na dożynkach, aż po samochody osobowe, najlepiej trabanty ciągnące przyczepy na których siedzą przebierańcy. Zasada jest jedna: pojazd ma wyglądać odlotowo (często bardzo ponowocześnie rodem z amerykańskich filmów o przyszłości przedstawiających upadek cywilizacji) i robić bardzo dużo hałasu. Pojazdy więc trąbią, świecą i migają albo wręcz prawie nie mają tłumika. Mają też wyglądać przerażająco więc często zdobią je zwierzęce skóry i czaszki pomalowane na czerwono.

Niektóre pojazdy są bardzo ekologiczne.

Inne zaś wyglądają mocno ponowocześnie.

Świecą i migają albo mają dziury w tłumiku.

Głównym elementem wystroju jest słoma i zwierzęce skóry.

A temu panu to nie wiem o co się rozchodziło z powodu bariery językowej.

Czasem można poczuć się jak na dożynkach tę skomplikowaną konstrukcję ciągnął traktor.

Wozy służą też do magazynowania na nich napojów wyskokowych.

A tutaj postawa bardziej ekologiczna.

Tu zaś całego trabanta obklejono zwierzęcymi skórami.

Na większości karnawałów chodzi bowiem o robienie dużej ilości hałasu by wypłoszyć zimę, zło, wszystkie zaszłości i dzięki temu rozpocząć nowy rok z czystym rachunkiem. Dlatego też oprócz porywania kobiet, niektórzy buso zajmują się robieniem hałasu – niektórzy zamiast fallusów noszą rogi myśliwskie, czasem nawet po dwa, lub mają poprzypinane liczne dzwonki, których hałas ma odstraszać złe moce (podobnie zresztą jak dziurawy tłumik w samochodzie). Nieodłącznym atrybutem zwłaszcza dzieci przebranych za busos są drewniane kołatki. Niektóre są tak ogromne i ciężkie, że przypominają śmigło helikoptera i podczas ich używania trzeba mocno stać na nogach, żeby za nią nie polecieć. Wielu z nich nosi także miotły i inne przedmioty służące do przeganiania złych mocy i symbolizujące przygotowywanie się na wiosnę. Do tego samego służy też wielki stos który jest odpalany w niedzielę wieczorem na głównym placu miasta. Na stosie jest palona kukła zimy, oraz wszystkie niepotrzebne przedmioty symbolizujące zimę i poprzedni rok, żeby nic już nie stało na przeszkodzie nadejściu wiosny. Motyw uprzątania wszystkiego i robienia miejsca na nadejście wiosny występuje zresztą w całej Europie.

Na wszelki wypadek zimę niszczy się także za pomocą żywiołu wody – topi się ją w Dunaju. Zima spławiana jest w trumnie z promu kursującego między dwom brzegami Dunaju. Wcześniej niesie się ją w wesołej paradzie przez całe miasto. Z trumny wystają jej ręce i nogi.

Co zjeść na Tajwanie

Kuchnia chińska, na Tajwanie dodatkowo będąca pod wpływem kuchni japońskiej, jest ekstremalnie różnorodna, więc spodziewam się że moje obserwacje na temat jedzenia na Tajwanie będą mocno wybiórcze, ale chcę po prostu zwrócić Waszą uwagę na kilka tematów.

Kuchnia uliczna wygląda bardzo często właśnie tak. Wszystko jest ładnie wysprzątane, schludne, czyste i estetyczne. Może jedynie na bardziej prowincjonalnych nocnych bazarach doświadczymy takiego samego chaosu jak w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Na zdjęciu pan sprzedaje grillowane grzyby.

Na początku kwestia jedzenia mięsa, którą zazwyczaj poruszam w postach o jedzeniu w danym kraju. W dużych miastach da się bardzo łatwo prawie całkiem nie jeść mięsa, ale zrezygnować z niego zupełnie bez znajomości lokalnego języka jest już trudniej, bo nawet jak wybierzemy danie bezmięsne, jakiś makaron z wodorostami i warzywami, to i tak może ono zostać dla poprawienia smaku posypane na przykład drobnymi kawałkami smażonego mięsa mielonego, albo suszoną rybą, niemniej jednak wegetarianie jeszcze mają tam nie najgorzej, mimo tego że w Chinach i na Tajwanie wegetariańskie jedzenie jest znacznie mniej popularne niż w krajach będących pod wpływem kultury indyjskiej. Weganom nie będzie na Tajwanie szczególnie łatwo. W większych miastach bez problemu da się znaleźć wszelkiego typu lokale z kuchnią roślinną i jeśli tylko się dało to wybieraliśmy takie opcje. Niestety na kompletnej prowincji parę razy zaliczyłam nawet dania z wieprzowiną lub kurczakiem w roli (prawie) głównej, bo jedyny lokal w miejscowości serwował dwie lub trzy potrawy, wszystkie z mięsem, albo ktoś mnie na taki posiłek zaprosił, no to przecież nie mogę go nie zjeść. Jak wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej, każda zupa jaką jemy w normalnym niewegetariańskim lokalu gotowana jest na zwierzęcych kościach. Co prawda japońskie naleciałości sprawiają, że bardzo popularna jest tutaj zupa miso, którą często dostaje się za darmo do jakiegoś treściwszego dania, jednak bulion dashi nie musi być wegetariański. Niestety o hodowli zwierząt na wysokowydajnych fermach na Tajwanie można przeczytać i zobaczyć straszne rzeczy, więc najchętniej nie jadłabym tam mięsa wcale. Kraj jest bardzo mały w dodatku, spora jego część nie nadaje się do zamieszkania  przez ludzi, ze względu na ukształtowanie terenu, a tereny zdatne do zamieszkania są przeludnione i oczywiście dominuje w nich zabudowa miejska, dlatego w hodowli zwierząt dominuje chów przemysłowy. Zasadniczo lepiej się czuję jak nie jem mięsa wcale, a tylko od czasu do czasu zjem coś z mięsem, ale podróżując do krajów w których ciężko się porozumieć, nie da się całkowicie mieć na to wpływu. Da się jednak wiele dni jeść tylko jego śladowe ilości. Tajwan jest bardzo nowoczesny i moda na niejedzenie mięsa zaczyna powoli stawać się faktem, patrząc na liczbę lokali w stolicy. W tej części Azji kwestia jedzenia lub nie jedzenia mięsa jest chyba jednak bardziej skomplikowana, gdyż je się tam prawie wszystko – stosunkowo niewielka wyspa, duża ilość ludzi i niedostatek miejsca pod uprawę roślin sprawia, że jedzenie owoców morza było koniecznością. Więc trudno porównywać jedzenie dużych zwierząt hodowlanych, z różnej maści małymi morskimi stworzeniami, które mamy szansę zjeść tutaj w normalnych cenach, gdyż tym ludzie tutaj żywią się tym od pokoleń.

Na początek jak zamawiać

Na początek zobaczycie jak zamawia się na Tajwanie jedzenie i to w lokalach z różnych półek cenowych od ulicznych garkuchni po całkiem porządne restauracje. Ano tak:

Dostaje się do ręki papierowy bloczek i czerwoną kredkę albo długopis i kreseczkami zaznaczamy ilość sztuk danej potrawy. Na szczęście przy wyjściu lub przy kasie czeka zazwyczaj kilka podklejonych i zalakierowanych lub zalaminowanych kartek z obrazkami i napisami w języku chińskim, dość często także napisami po angielsku więc zostaje tylko porównać litery z dużej kartki z tymi z małej, zakreślić odpowiednie rubryczki i zamówienie gotowe. Gorzej, gdy lokal ma nieco dłuższą kartę wtedy robi się trochę trudniej, bo można zginąć w gąszczu znaków. Na powyższym obrazku zamawiamy pierogi na sztuki.  Płaci się zazwyczaj w kasie przy wyjściu oddając kasjerowi karteczkę, czasem karteczkę zanoszą kelnerzy, czasem płacimy u nich, trzeba po prostu obserwować co robią inni. Zasadniczo jednak nikt tego za bardzo nie pilnuje i czasem trzeba szukać kogoś komu mamy zapłacić.

Jajka

Wyjazd na Tajwan (i do Chin z pewnością także) pozwala znacznie poszerzyć sobie horyzonty w temacie jedzenia jajek. Wydaje Wam się, że jedzenie jajek smażonych albo gotowanych na miękko i twardo to maksimum wyboru, jakie można mieć w tym temacie? Niestety  jedzenie jajek w Europie można podsumować tylko w jeden sposób: totalna nuda. Wszyscy chyba kojarzą słynne jajka herbaciane, czyli takie które najpierw gotuje się na twardo a następnie tłucze skorupkę nie obierając jej. Tak przygotowane jajka moczy się w wywarze przypraw i czarnej herbaty, by substancje aktywne mogły swobodnie wniknąć do jajek i pokolorować je w marmurkowy wzór. Te jajka jadłam już wielokrotnie, lubię je ale nie tęsknię za nimi jakoś strasznie, gdy nie ma ich pod ręką. Natomiast za jajkami z Tajwanu w przeróżnych odsłonach tęsknię ogromnie. Na Tajwanie da się zjeść jeszcze jaja przygotowane na kilka różnych sposobów jeden bardziej ciekawy od drugiego. Na szczęście, na to żeby spróbować takich jajek, wpadłam prawie na samym początku wyjazdu, kiedy to pooglądałam sobie zimne przystawki wystawione na talerzykach w pewnym drogawym, schludnym, czystym i porządnym lokalu i zobaczyłam czarne jajko z miękkim sojowym serkiem (lub wręcz sojowym jogurtem) i polane gęstym sosem sojowym (który zresztą smakuje na Tajwanie bardzo, bardzo japońsko).

Moje pierwsze jajko w mieście Jiayi, a potem się zaczęło.

Stwierdziłam że zaryzykuję i zamówię, a potem bez strachu jadłam je już w ulicznych budach. Ku mojemu zaskoczeniu czarne jajko smakowało świetnie i miało cudowną konsystencję. Od tej pory zaczęłam kosztować i kupować różne rodzaje dziwnie spreparowanych jajek i aż żal serce ściska, że nie da się w Polsce czegoś takiego zjeść. Przynajmniej mogę sobie trochę o nich poczytać w książce „Sztuka fermentacji” Sandora Ellixa Katza. To po prostu chińska metoda na konserwację większych ilości jaj i zabezpieczeniu ich na „ciężkie czasy”. Jaja wkłada się do pasty z proszku do pieczenia, tlenku wapnia, soli i popiołu z dodatkiem liści herbaty i łusek ziaren zbóż, a następnie odstawia na około 3 miesiące. Powstałe w tym procesie jaja nazywa się stuletnimi, w rzeczywistości mają około 100 dni.

Kolejnym jajecznym absolutnie genialnym wynalazkiem są iron eggs, czyli żelazne jajka wynalezione przez kucharza jednego z lokali w nadmorskiej dzielnicy Tamsui, położonej w New Taipei. Procedura ich robienia polega na dziesięcio- lub kilkunastokrotnym podgrzewaniu przez kilka minut, gwałtownym chłodzeniu i podsuszaniu uprzednio ugotowanych i obranych jaj. Gotuje się je w wodzie z przyprawami podobnymi do tych, jakich używa się do herbacianych jajek, a więc anyżu gwiazdkowego, cynamonu, kardamonu i pieprzu syczuańskiego. Metalowe jajka smakują rewelacyjnie, bo oprócz wspaniałej (zupełnie innej od stuletnich) konsystencji, mają głęboko ziołowy smak. Do robienia ich wykorzystuje się jajka kurze, gołębie i przepiórcze.

To nie oliwka tylko małe iron egg.

A to nie wiem jakie jajka, w Fenshihu koło słynnego Alishan. Nikt nie rozmawiał w żadnym znanym mi języku. Nie poszłam na żadną filologię orientalną i teraz jestem analfabetką.

A to wielopak – pamiątka z Tamsui.

Kolejnych jajecznych wariacji, ale w porównaniu do opisanych przeze mnie poprzedników znacznie mniej odjechane, możemy skosztować w uzdrowiskowej dzielnicy Taipei – Beitou. Tam z kolei je się hot spring eggs ugotowane w bogatej w siarkę i inne pierwiastki wodzie mineralnej. Jajko ugotowane w wodzie z Beitou ma właściwości lecznicze i pomaga przyswoić minerały. Woda w największym gejzerze w centrum dzielnicy, ma temperaturę ponad dziewięćdziesiąt stopni i miejscowi przychodzili, żeby ugotować sobie w nim różne produkty, które dzięki temu stawały się bardziej odżywcze ze względu na bogaty skład wody. Teraz niestety jest to zabronione, gdyż co jakiś czas różni delikwenci wpadali do wrzącej wody i gejzer musiano ogrodzić. Na pocieszenie można teraz takie jajka kupić w przeróżnych budach. Smakują w zasadzie jak gotowane jajka ze specyficznym kwaskowo-siarkowym dodatkiem. Można też kupić jajka gotowane „w koszulce” bez skorupki w formie półpłynnej z dodatkiem glonów i sosu sojowego.

Jajka na twardo.

Ogrodzone gorące źródło, w którym je się kiedyś gotowało (to dopiero musiała być frajda).

A to hot spring egg w wersji półpłynnej – przepyszne.

Agarowo-tapiokowe desery

Kolejna absolutnie cudowna rzecz, której w Polsce strasznie, ale to strasznie mi brakuje. Azjatyckie bezglutenowe i wegańskie desery w formie mniej lub bardziej luźnej galaretki oparte na soi, fasoli, migdałach z dodatkiem tapiokowych kulek i lodu. Jadłam je w Tajlandii, Malezji, Chinach, popularne są też w Japonii i niekomunistycznej Korei.  Najczęstszym bazowym produktem do ich wytworzenia jest mleko roślinne.  Substancją żelującą używaną do tych deserów jest Agar-agar wytwarzany z glonów morskich –  krasnorostów. Ważnym składnikiem są też kulki z tapioki gotowane w różnych płynach. Takie desery są przede wszystkim o wiele mniej ciężkie i słodkie, niż nasze tradycyjne desery (oparte w dużej mierze na mące pszennej, tłuszczach mlecznych i cukrze, posiadające wręcz upiorny indeks glikemiczny). Nawet jeśli zastosujemy bardziej roślinne alternatywy przy ich wytwarzaniu, to i tak nie będą nawet w połowie tak lekkie i wręcz idealne na upalną pogodę jak te azjatyckie. Uwielbiam ich mało słodki smak i luźną konsystencję, ogromnie się w nich rozsmakowałam i teraz trudno bez nich żyć. Dużo lepsze są desery tego typu jedzone w wyspecjalizowanych lokalach, niż na przykład agarowy pudding mango kupiony w sklepie. W lokalach, możemy sami wybrać sobie zazwyczaj 4-5 składników deseru lub poprosić (zazwyczaj na migi, gdyż jestem chińskojęzyczną analfabetką) o skomponowanie deseru, jednak w takim wypadku może się okazać, że na nasz talerz trafią na przykład galaretki w kolorach fluorescencyjnych, potraktowane barwnikami spożywczymi. Żeby deser był mniej płynny i bardziej treściwy, warto jako jeden z dodatków wybrać jakąś fasolę na słodko. Być może brzmi to dziwnie, ale jest cudownie pyszne. Poniżej możecie zobaczyć z czego mogą składać się takie deserowe kompozycje. Wypełniaczem miseczki jest grubo zmielony lód.

Tu możemy zobaczyć przykłady gotowych kompozycji deserowych.

A tutaj kompozycja własna, w której znalazł się także lód.

Zupełnie lokalną odmianą takiej galaretki, której nie znajdziecie poza Tajwanem, wytwarzaną z kolczastych owoców lokalnego gatunku figowca pnącego jest aiyu. Ma ona właściwości chłodzące i odświeżające. Wysuszone kolczaste owoce figowca moczone w wodzie w bawełnianym worku i  ugniatane jak przy praniu ręcznym zaczynają wydzielać substancje żelujące. Absolutne szaleństwo w temacie tychże galaretek panuje w Alishan na przykład w miejscowości Fenschihu.

Napoje z galaretką z figowca w miejscowości Fenschihu – mam stamtąd dużo zdjęć bo padał deszcz i włóczyliśmy się po sklepach.

A to półprodukt do owocowej galaretki.

 

Na ulicy deser szybko topi się w wysokiej temperaturze.

A to coś bardziej płynnego, czyli matcha bubble tea.

Bubble Tea

Pozostając w temacie deserów, (bo bardziej deserowo, niż napojowo mi się to kojarzy) pora na chyba najsławniejszy tajwański wynalazek, gastronomiczny i hit eksportowany na cały świat. Bubble tea (albo Boba tea) czyli herbata w której pływają kulki z tapioki. Na Tajwanie raczej łatwo nie znajdziemy tradycyjnych herbaciarni w Chińskim stylu, w której parzy się herbatę gong-fu cha. Zamiast nich znajdziemy nowoczesne herbaciarnie, gdzie do wyboru będziemy mieć kilkanaście lub kilkadziesiąt herbat na ciepło i zimno (oolong, sencha, zieloną, pu-erh, matcha, hibiskus czy po prostu czarnej herbaty) pakowanych do plastikowego kubka z zaspawaną na ciepło foliową przykrywką (każdy lokal posiada własną maszynę), w którą należy wbić plastikową rurkę, gdyż sposób picia herbaty z tapiokowymi kulkami wymaga użycia rurki, bo bez niej napoju wypić się nie da.  Dodatkowo kubek pakowany jest w reklamówkę z uszami, odpowiednio wąską by napój się nam nie wylał. Cała procedura pakowania uderzająco przypomina jakiegoś nieszczęsnego Mc Donalda, więc z każdą taką herbatą przyczyniamy się do produkowania morza plastiku. Dlatego na początku niezbyt chętnie patrzyłam na tego typu herbaciane napoje, w końcu zaczęłam je jednak kupować, starając się zachować nad tym zjawiskiem jakąś kontrolę, na przykład jeden duży napój dziennie, maksimum dwa. Przestaliśmy za to kupować jakiekolwiek napoje w sklepie. Na pocieszenie (niewielkie) należy dodać, że jak na bogaty kraj przystało, kranówka na Tajwanie jest zdatna do picia i nigdy nic złego mi się po niej nie działo, więc przynajmniej wody nie musieliśmy kupować. W zależności od tego jaką herbatę wybierzemy możemy uzyskać albo zupełnie niezdrowy słodki jak ulepek napój z mlekiem, bardziej przypominający chyba amerykańskiego shake’a niż herbatę, albo całkiem pijalną zimną niesłodzoną herbatę z lodem (z kulkami lub bez, nie są one bowiem obowiązkowe). Przy zamawianiu herbaty mamy do wyboru przeróżne opcje zarówno temperatury jak i zawartości cukru w naszym napoju, większość sprzedawców ma gotowe kartki z obrazkami, by pokonać barierę językową. Najdroższe są herbaty z dodatkiem matcha. Ogólnie picie tego typu rzeczy bardzo mi się podoba, dobija mnie jednak zupełnie ilość produkowanego przy tym plastiku, skoro prawie każdy przechodzień niesie z sobą kubek z takim napojem, a o wielorazowych kubkach jeszcze chyba niestety tu nie słyszano.

Herbata

O herbacianych zakupach na Tajwanie napiszę osobnego posta, bo sporo w tym temacie się tutaj dzieje, sporo też różnych herbat udało mi się kupić. Gong fu cha mieliśmy okazje pić głównie przy herbacianych zakupach i sporo w tym temacie można się tutaj dowiedzieć.

Lody

Na Tajwanie w wielu miejscach zakupimy wspaniałe wegańskie lody bez dodatku jakiejkolwiek chemii będące po prostu zamrożonym owocowym sokiem. W lepkim upale topią się w zawrotnym tempie, kosztują grosze i nie są dosładzane. Nie wiem po co u nas komplikuje się proces robienia lodów dodając do nich obrzydliwości w rodzaju mleka w proszku, tłuszczów roślinnych i morza cukru, kiedy prawdziwym lodem może być po prostu świeżo wyciśnięty i zamrożony sok z owoców.

Takie (oczywiście słynne) lody owocowe możemy kupić w publicznym kąpielisku w Beitou.

To po prostu zamrożony sok owocowy bez dodatku cukru, mleka, tłuszczu i barwników. Nie trzeba chyba dodawać że to o wiele lepszy pomysł niż nasze lodowe horrory z przeciętnego sklepu spożywczego lub dyskontu.

Pierogi

Dla jakiegoś przeciętnego Polaka jedzącego w kółko pierogi i schabowego Tajwan musi być chyba rajem na ziemi pod względem spełniania potrzeb gastronomicznych, bo takiego wyboru wszelkiej maści pierożków i pierogów chyba jeszcze nie spotkałam w żadnym kraju Azji. Jedyna różnica, to to że są one gotowane na parze. Często jest to danie ekstremalnie wręcz jak na tamtejsze warunki tanie. Jeśli chodzi o nadzienie to należy spodziewać się wszystkiego. Na szczęście bezmięsne, albo tylko z bardziej morskimi stworzeniami są także w miarę szeroko dostępne. Niestety nie ogarniam zawiłości nazewnictwa chińskich pierogów. Na Tajwanie szeroko dostępne były duże pierogi xiaolongbao z ciasta drożdżowego gotowane na parze. Oraz mniejsze z zrobione ze znacznie cieńszego, podobnego do naszego ciasta pierogowego, jiaozi. Są one również gotowane na parze a ciasto jest często tak cienkie, że widać przez nie nadzienie. Pierogi ozdobione są często pięknymi falbankami. Wszystkie one zanurza się przed zjedzeniem  w mieszance sosów, wśród których prym wiedzie sojowy. Na pierogach byliśmy kilka razy, zazwyczaj jednak na maksymalnie małej przestrzeni upchanych było mnóstwo stolików a para buchała po całym lokalu, więc nie chciało mi się niczego tam fotografować, więc mam mało zdjęć pierogów.

To również pieróg – baozi w formie bułeczki na parze, bardzo często jedzony na śniadanie.

To chyba była jakaś wersja warzywna pierogów jiaozi, które na Tajwanie mają czasem taki właśnie naleśnikowaty kształt bez falbanek.

Czasem zaś nie mają kształtnych falbanek i bardziej przypominają wyglądem wontony.

Kalmar który smakuje jak kotlet schabowy

Skoro była mowa o pierogach to jeszcze pora na kulinarny hit  położonego na północnym wybrzeżu miasta Tamsui, będącego satelickim miastem Taipei. Sprzedaje się tam smażone w głębokim tłuszczu całe kalmary w grubej bułczanej panierce, które smakują niemal zupełnie identycznie jak kotlet schabowy. Nie jestem specjalną fanką kotletów, a sama z własnej i nieprzymuszonej woli smażyłam go w domu ostatnio dobre kilkanaście lat temu, ale postanowiłam napisać może ktoś będzie potrzebował. Kalmar smakuje w zasadzie jak kotlet, tylko tłuszcz się trochę nie zgadza, usmażony jest bowiem na oleju palmowym więc ma lekko słodkawy zapach i smak. Cała reszta wygląda i smakuje identycznie. Powierzchnia i rozmiary również się zgadzają. Zgadza się także ilość tłuszczu i cholesterolu – nie wiem czy wiecie, że kalmary i wieprzowina mają wszystkie wskaźniki bardzo do siebie podobne?

Ostrygi

Tajwan to ostrygowy raj. Na ulicy w Tajpej możemy tak po prostu zjeść sobie omlet ze świeżymi ostrygami i zapłacić za niego niewiele więcej niż za normalny omlet. W nadmorskiej dzielnicy Tainanu – Anping zjemy ostrygi w najlepszej chyba możliwej cenie, ostrygi są tu po prostu czymś powszechnym, a nie żadnym ekskluzywnym dobrem. Na ulicach siedzą panie i obierają ich całe kosze bo to jedno z ostrygowych centrów wyspy (zapach ostrygowego centrum może nie jest szczególny, lecz warto się poświęcić). Okoliczne lokale serwują wszystko z ostrygami. Na szczęście już w miarę na początku wyjazdu w ulicznej garkuchni z ciekawości zamówiłam sobie taki omlet i ze zdziwieniem stwierdziłam, że ostryg było w nim zdecydowanie więcej niż jajek, a cena zupełnie na to nie wskazywała. Taka tendencja w ostrygowych posiłkach utrzymywała się przez cały czas. Rewelacyjne są też lekkie zupy z ostrygami o bardzo delikatnym smaku, do których wrzucany jest galaretowaty ślimak – konsystencja dania jest genialna bo ostrygi wrzuca się do niezbyt gorącej zupy by były wpół surowe.

Tylko ryż nie był z ostrygami.

Ramen

Tak, tak, nie zwariowałam i radzę Wam jeść ramen na Tajwanie. To nie jest tutaj zagraniczna potrawa. Wyspa była przez 50 lat okupowana przez Japończyków, co znacznie zmieniło jej kuchnię. Tajwańczycy bardzo chętnie przejęli wiele japońskich wpływów kulinarnych i jednym z nich jest właśnie powszechność ramenu. Prawie wszędzie napotkamy jakiś lokal serwujący lokalne wariacje tej słynnej i w Polsce jeszcze w tej chwili kojarzącej się z czymś bardzo ekskluzywnym zupy. Najpierw więc śpieszę poinformować niewtajemniczonych, 🙂 że przeciętny niewegetariański ramen gotuje się na wieprzowych kościach i nie ma wyproś, a jednym ze składników obowiązkowo w nim pływających są plasterki wieprzowego mięsa. Jest to szybkie danie bardziej w nurcie fast food niż coś wymagającego celebrowania. Dlatego nie mogę się nadziwić gdy obserwuję polskie, lokalne podejście do sushi i ramenu (w każdym razie ja się w coś takiego nie bawię). Morskie dodatki w postaci glonów czy owoców morza oczywiście również w nim występują jednak bazą jest właśnie wieprzowy rosół. Tajwański „uliczny” ramen jest pod względem dodatków uboższy od zupy z jakiejś w miarę porządnej japońskiej restauracji, ponieważ danie to przeszło tutaj swoistą rewolucję, przemieszało się z lokalnymi wpływami i stało się po prostu tajwańskim ramenem.

Bardzo słynne i posiadające kilkudziesięcioletnią tradycję, lokale serwujące ramen znajdują się w uzdrowiskowej dzielnicy Taipei – Beitou. Jednym z obowiązkowych punktów do odhaczenia, jest zjedzenie wspomnianego wyżej hot spring egg i właśnie ramenu. Miejsc w niewielu knajpkach jest mało i trudno się załapać w godzinach szczytu.

Inne japońskie jedzenie

Lokali serwujących japońskie jedzenie (ale znajdujące się mocno pod lokalnymi wpływami) jest na Tajwanie mnóstwo. Są one zazwyczaj droższe od tych serwujących kuchnię lokalną. Do jednego z nich zostaliśmy na przykład zabrani przez dwie przemiłe tajwańskie kobiety, z którymi spędziliśmy w sumie kilka dni. Restauracja położona była na zupełnych przedmieściach Tainanu i sami w życiu byśmy tam nie trafili. Jak na restaurację japońską posiadała bardzo racjonalne ceny, bo była przeznaczona dla okolicznych mieszkańców podmiejskiego osiedla. Trudno powiedzieć jak bardzo japońskie były nasze dania bo nie byłam w Japonii, zresztą podejrzewam że jak na kraj o tak wielu strefach klimatycznych, jedzenie musi być mocno zróżnicowane. Niestety nasza wspólna zdolność dogadania się w języku angielskim uniemożliwiała dowiedzenie się więcej na temat tego co jedliśmy.

To jakiś rodzaj japońskiego hot-pota (pod garnkiem pali się ogień), ale na temat japońskich hot potów niestety nie mam zielonego pojęcia.

Moji/Mochi

Jeśli jesteśmy w temacie Japonii pora na moji lub mochi – rodzaj malutkich kulek – pączków z nadzieniem, zrobionych z mąki ryżowej.  Tajwan to ich zagłębie. Występują w przeróżnych smakach i mają różne nadzienie ale przeważnie są mało słodkie,  lekkie i bardzo orzeźwiające. Kupiliśmy całe pudełko z ponad dwudziestoma rodzajami moji, od lokalnego wytwórcy takich słodyczy i kilka z nich smakowało wręcz rewelacyjnie. W sumie to coś pośredniego między żelką a ciastkiem. Nadzienie może być z dżemu, fasolowe do złudzenia przypominające czekoladę, oraz takie bliżej niezidentyfikowane 😉 . Mieliśmy też z moji pewną śmieszną przygodę. W Hualien tuż przy dworcach autobusowym i kolejowym, znajduje się kilka bardzo słynnych cukierni, w których nikt nie mówi po angielsku ani słowa, a wszystkie napisy są po chińsku, za to lokalni tajwańscy turyści kupują w nich słodycze jak szaleni. Przed cukierniami są wielkie billboardy z właścicielami i datą założenia, więc muszą być strasznie znane. Jako że ze słodyczami w Chinach (i na Tajwanie także) może być bardzo różnie, wolę zawsze skosztować co kupuję, bo czasem mogą być to rzeczy, delikatnie mówiąc egzotyczne w smaku. Dlatego bardzo się ucieszyliśmy gdy zobaczyliśmy że pod półką z pojedynczymi kulkami moji tłoczy się ogromna kolejka, bo to pewnie bardzo smaczne, skoro tyle osób kupuje, więc kupimy sobie jedno, dwa i w razie czego zdecydujemy się na całe opakowanie. No to kupiliśmy sobie po jednym, może nawet dostaliśmy za darmo, bo akurat był ranek, więc żeby sprzedaż danego dnia szła dobrze, warto rozdać klientom upominki za darmo – tak tutaj często bywa. Okazało się że trafiliśmy na moji zrobione z samej białej mąki ryżowej, bez jakiegokolwiek smaku z dżemem z fasoli w środku. Myślę że gdybyśmy skuli i zmielili drobniutko ścianę z odrobiną wody, to smakowałaby tak samo. W dodatku ludzie kupowali tego mnóstwo. Nie wiem czy kulki przeznaczone były do moczenia w czymś w celu nadania im jakiegoś smaku, czy to właśnie o to chodziło w tym deserze, by smaku nie posiadał żadnego. Do zrozumienia wszystkich azjatyckich deserów bardzo mi jeszcze daleko.

Te moji były przepyszne.

Matcha

Na Tajwanie bardzo popularne są desery, ciasta i napoje z dodatkiem zielonej sproszkowanej herbaty matcha. Dosypuje się ją, żeby uzyskać świeży, lekko trawiasty smak. W food courtach galerii handlowych są nawet cukiernie specjalizujące się wyłącznie w różnego typu zielonych herbacianych deserach. Trend bardzo mocno mi się udzielił i nie pamiętam ile przez cały wyjazd zjadłam zielonych lodów, są one (w wersji mlecznej) dostępne nawet w 7-eleven. To także wpływ Japonii. Do celów deserowych używa się niskiej jakości matchy, a w zasadzie często nawet jest ona identyfikowana jako „green tea powder” i stanowi mieszankę znacznie tańszej herbaty sencha z matcha. Matcha żeby osiągnąć najwyższe stężenie chlorofilu i aminokwasów (przez to znacznie zmniejsza się gorycz liści i w smaku zaczyna dominować trawiastość) musi rosnąć na dużej wysokości i na kilka tygodni przed zbiorem jest zacieniana matami. Zbiera się ręcznie tylko najmniejsze liście zazwyczaj pierwszy i drugi i natychmiast utrwala się je za pomocą pary, żeby wstrzymać proces ich oksydacji. Następnie herbata jest suszona i proszkowana. Z kupieniem dobrej matchy jest wiele problemów, jest to produkt bardzo często fałszowany. W dodatku jej kupno po awarii elektrowni atomowej w Fukushimie jest obarczone dodatkowym ryzykiem, bo tereny na których była uprawiana zostały napromieniowane, dlatego lepiej kupować matchę organic. Jeśli ktoś sprzedaje ją na wagę bez opakowania, zazwyczaj mamy do czynienia z na prawdę kiepską jakością, na przykład matchą podrabianą przez Chińczyków. Nikt nie sypie do deserów i napojów matchy przeznaczonej do zaparzania, bo jest to dość drogi produkt i szkoda zabijać jego wyrafinowany smak słodkimi dodatkami. Przeznaczona do picia matcha zawiera bardzo dużo teiny i może zastępować kawę, jednak jej działanie pobudzające jest wolniejsze i delikatniejsze, utrzymuje się też dłużej. Najwyższą jakościowo matchą jest taka przeznaczona do japońskich ceremonii parzenia herbaty – czyli matcha ceremonialna, ale takiej jeszcze nie piłam.

Pineapple cake

Ciastka ananasowe to produkt niezwykle mocno reklamowany w Taipei jako lokalny przysmak. Na każdym kroku jesteśmy nim częstowani i zachęcani do kupna. Jednak ciastko ciastku nierówne. Jednego razu kupiłam dość drogie ciastko w galerii handlowej i zdziwiłam się jak bardzo jest dobre – miało świeży maślany smak i nie było nawet upiornie słodkie. Podczas przesiadki na głębokiej tajwańskiej prowincji, gdy z powodu lenia nie chciało mi się wychodzić na upalną ulicę z chłodnego dworca kolejowego by zjeść coś niewielkiego i postanowiłam zakupić ananasowe ciastka w jednym ze sklepów – miały one jednak nieprzyjemny chemiczny smak, mimo dość sensownego napisanego po angielsku składu.

To było dobre ciastko ananasowe.

Gayke czyli ciastko w kształcie penisa z nocnego marketu

A jeśli jesteśmy już w temacie ciastek to pora na kolejną ciekawostkę, a mianowicie owocowe ciastka gayke w kształcie penisa, będące ogromną atrakcją nocnego marketu Shilin w Taipei. Ciastka są tak sławne, że nawet zaczęto produkować z nimi breloczki oraz jest na ich temat sporo filmów na youtube i artykułów na niepolskich blogach. Tajwan i jego oferta gastronomiczna czasem bywa nieco surrealistyczna. Niestety nie próbowałam, ponieważ cena była jakaś, z tego co pamiętam, absurdalna 🙂 jest to jednak turystyczny hit, który mocno rozpala wyobraźnię zagranicznych i lokalnych turystów, zwłaszcza że jego zakupienie nie jest do końca proste – trzeba pojechać na jeden konkretny nocny market i posiada je tylko kilka stoisk. Jak więc to możliwe, że trafiliśmy na nie tuż po przekroczeniu drzwi zadaszonej hali i była to pierwsza rzecz jaką napotkaliśmy? Widocznie dziwne jedzenie jest nam pisane. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z istnienia ciekawostki turystyczno-kulinarnej w postaci ciastek w kształcie penisa.

Kawa

Na Tajwanie rośnie kawa i jest bardzo dobra, a ceny ziaren gdybyśmy chcieli je kupić są dosyć wysokie. Kawa z Tajwanu kosztuje kilkakrotnie więcej niż przykładowa Lavazza. Trzeba przyznać, że kawa jest tu dużo lepszej jakości niż w okolicznych krajach, oprócz standardowych kawowych napojów z Family Mart lub 7-eleven, da się tu w wielu miejscach napić się kawy o bardzo wysokiej jakości, jednak nie jest ona narodowym napojem Tajwańczyków i ma pozycję zdecydowanie bardziej niszową.  Tajwan to dziwny kraj, w którym ostrygi są tanie, a kawa jest droga. Natomiast sposób parzenia kawy jest bardzo bardzo hipsterski dominuje bowiem kawa parzona w sposób przelewowy z drippera, a najbardziej wielbioną metodą jest ice drip coffee. Ta metoda parzenia, chociaż słowo „parzenie” nie pasuje tu zbytnio, pochodzi z Japonii. Taka kawa jest bardzo aksamitna i bardzo mocno działa na człowieka, dlatego nie da się jej dużo wypić. Na tajwańskiej prowincji taką kawę wypijemy niemal jak w cenie kawy z 7-eleven, natomiast w stolicy za kilkakrotność tej sumy.

Kawa na Tajwanie wygląda bardzo hipstersko.

Mnie najbardziej smakowała ice dripp coffee.

Taka kawa „robi się” kilka godzin.

Jest bardzo delikatna w smaku, lecz działa bardzo mocno.

Lunchbox/bento

Są zjawiskiem na Tajwanie powszechnym i znowu widać tu wyraźny wpływ Japońskiego bento. Pudełka z mięsem/rybą ryżem warzywami i piklami kupowane na wynos razem z pałeczkami zajmują ważne miejsce w tajwańskiej gastronomii. Pudełkowa mania panuje na przykład w Alishanie wzdłuż trasy przejazdu słynnej Alishan Forest Railway. Jedzenie w pudełkach to ważny temat, możecie na przykład przeczytać osobny artykuł na temat lunchboxów w tajwańskiej kolei w wikipedii.  Wytwórcy takiego jedzenia to firmy z wieloletnią tradycją produkujący to samo od kilkudziesięciu lat. Dania drożej kosztują w lokalu taniej zaś na wynos. Są one tak skomponowane, by całość wyglądała estetycznie i była mocno urozmaicona dlatego mamy w takim pudełeczku dużo różnych kolorowych rzeczy by każdy kęs smakował inaczej i byśmy mogli osobno go sobie zakomponować. Przy okazji ma to być jedzenie mało kłopotliwe, żebyśmy się nim na przykład nie pobrudzili albo nie wypaćkali otoczenia na przykład wnętrza pociągu. Widać tutaj iście japoński porządek i organizację. W Fenschihu (piszę tyle o tej miejscowości, bo akurat tam przytrafił nam się całodzienny deszcz, toteż nie mieliśmy co robić i włóczyliśmy się po sklepach i lokalach z jedzeniem) pod jedynym tu sklepem 7-eleven znajduje się lokal sprzedający lunchboxy w metalowych menażkach do tego można dostać rozgrzewającą zupę z ziół i suszonych grzybów. Nie ma wersji wegetariańskiej.

Luch box w wersji wegetariańskiej.

I wieprzowej.

Stinky tofu

A na koniec jedna jedyna rzecz, której nie daję rady spróbować, choćbym nawet chciała, mimo że miałam okazję zrobić to już w 2008 roku w Hongkongu, ale zwyczajnie nie dałam rady. Mimo tego że lubuję się w jedzeniu dziwnych rzeczy i staram się jak mogę je wynajdywać, w tym przypadku kompletnie się poddaję. Szkoda bo podobno dobre, ale zapach tak mnie miażdży, że nie jestem w stanie w żaden sposób się przemóc i chyba tak zostanie. Zresztą w ogóle nie jestem w stanie zbyt długo przebywać w pobliżu stoiska serwującego to danie, bo robi mi się bardzo źle. Tak bardzo, że nie widzę szansy by kiedykolwiek udało mi się zjeść tą potrawę. Jeśli więc na jakimś night markecie poczujecie zapach przypalonych zgniłych glonów, z solidną nutą gnojówki, jakiego nigdy jeszcze nie czuliście to wiedzcie, że to musi być to! Dla mnie jest to zapach rodem z najgorszych koszmarów, dobry do straszenia nim niegrzecznych dzieci. Na Tajwanie w wielu miejscach są lokale serwujące słynne stinky tofu, więc jeśli macie tak jak ja, to jest przed czym uciekać. Kilka razy chciałam  na jednym nocnym markecie w Taipei zjeść fajnego bananowego naleśnika, jednak kolejka po niego była zawsze ogromna, a wiatr zawiewał zapach z pobliskiego stoiska z tofu. Ani razu nie udało mi się doczekać aż nadejdzie moja kolej.

 

Jak kupować wino w Tokaju

Trudno mi policzyć ile razy byłam w Tokaju, zarówno wpadając na chwilę przejazdem po zakupy jak i specjalnie. Zdjęć stąd mam całe mnóstwo ze wszelkich możliwych lat i pór roku i mogę nimi żonglować do wyboru do koloru. Odwiedzone piwniczki, winiarnie, winoteki zlewają mi się w jeden obraz i trudno spamiętać co, gdzie i kiedy było.  Za to mimo licznych tutaj pobytów, czasem nawet wielodniowych w temacie tutejszych win nadal jestem totalnym dyletantem. To znaczy im więcej tu jeżdżę, tym mniej wiem. Za każdym razem mam jakieś własne opinie i przekonania, po czym na miejscu dowiaduję się nowych rzeczy i okazuje się, że to co wiedziałam to jednak zupełna nieprawda, a rzeczywistość jest inna :). Tokajskie wino to temat okrutnie skomplikowany. To na pewno najbardziej trudny do ogarnięcia rozumem region winiarski Węgier, bo proces powstawania tutejszych win jest wyjątkowo skomplikowany. Na przestrzeni lat, w moje ręce wpadło sporo lokalnych materiałów na temat Tokaju – Węgrzy widzą potencjał tego regionu i starają się edukować turystów, by nie zadowalali się najtańszym półsłodkim furmintem w butelce pet, lecz chcieli czegoś więcej, bo region ten zmasakrowany przez kolektywną komunistyczną gospodarkę na szczęście w dużym stopniu się już odrodził. Materiały te gromadzę u mnie pod fotelem i czasem nawet studiuję w wolnej chwili, nie mogąc w żaden sposób zabrać się za napisanie tego posta. W Tokaju przeszłam masę winnych doświadczeń. Pierwszy raz byłam tu w 2006 roku, kupując wtedy jakieś najtańsze niezbyt pijalne furminty, w międzyczasie powstało mnóstwo stron i portali na ten temat, którymi bez końca można się zaczytywać. Ja staram się zaczytywać stroną blisko Tokaju,  by przed wyjazdem wyszukać jakiegoś nowego i ciekawego sprzedawcę, którego jeszcze nie znam. Zazwyczaj jednak na miejscu jest tego wszystkiego tak dużo, że i tak trafiam gdzie indziej niż powinnam 🙂 i większość zakupów nadal dokonuję trochę partyzancko. Sporo winiarzy pracuje w dziwnych godzinach, albo ma prawie zawsze zamknięte. Cóż więc z tego, że chcę odwiedzić konkretnego winiarza, skoro na miejscu trafiam do tego, którego przedsiębiorstwo akurat jest czynne o danej porze.

Unikatowość lokalnych warunków

To co warto podkreślić w szczególności to fakt, że Tokaj i pochodzące z niego szlachetne wina są wręcz idealnym przykładem tego jak geograficzne i klimatyczne uwarunkowania wpływają na smak lokalnego produktu, przez co nie da się ich nigdzie indziej odtworzyć, ani podrobić. Na ich smak składa się bowiem cały lokalny mikrokosmos.  Dlatego niektóre rzeczy poza miejscem swojego wytwarzania smakują po prostu inaczej. Ich smak jest unikatowy i nie do podrobienia tylko dlatego, że pochodzą właśnie z jednego konkretnego miejsca i nie ma w tym żadnego snobizmu, to fakt. Tokaj ma bardzo specyficzne położenie – tuż obok znajduje się krater wygasłego wulkanu do którego można przejść się na pieszą wycieczkę w drodze do Tarcal. Cała okolica jest powulkaniczna – więc gleby są tutaj bardzo bogate w składniki mineralne, zwłaszcza żelazo i wapń. Dzięki temu smak winogron może być znacznie bardziej złożony niż gdyby rosły na normalnej glebie (tak samo jest z chińską herbatą – najlepiej udaje się na terenach bogatych w składniki mineralne). Powulkaniczna skała – tuf utrzymuje przez cały rok niemal idealnie stałą temperaturę, a jej miękkość  umożliwiała drążenie podziemnych piwnic. Aby w piwniczkach winnych mogła wyrosnąć szlachetna pleśń Cladosporium cellare musi być zapewniona duża wilgotność, którą idealnie zapewniało położenie miasteczka w widłach dwóch dużych rzek – Bodrogu i Cisy. Duża wilgotność sprawia także, że na winogronach rozwija się szlachetna pleśń Botrytis cinerea. Takie warunki stworzone przez naturę są dość trudne do uzyskania i podrobienia. Dlatego mimo tego, że tokajski region winiarski rozpościera się także na terenie Słowacji, trudno być pewnym że tamtejsze wina to dokładnie to samo. Z pewnością dobrze udają się tam te same szczepy winorośli, jednak nie jest tam aż tak wilgotno jak tuż przy dwóch dużych rzekach.

Wody zwłaszcza wiosną jest pod dostatkiem.

Bodrog i Cisa.

Krater wygasłego wulkanu, który możemy odwiedzić podczas przechadzki z Tokaju do Tarcal. Zdecydowanie warto się na nią wybrać ze względu na piękne widoki na oba miasteczka. Trasa częściowo wiedzie przez winnice.

Pleśń i skomplikowana procedura

Oprócz odpowiedniej temperatury i wilgotności, w powietrzu muszą unosić się zarodniki odpowiednich grzybów odpowiedzialnych za specyficzny proces fermentacji jaką przechodzi część tokajskich win. Czyli w zasadzie bez lokalnego powietrza i unoszących się w nim mikroskopijnych zarodników, cała procedura przebiegłaby nie tak jak powinna. Tak jak w większości slow foodowych produktów, w zasadzie całą robotę robią za nas lokalne bakterie lub drobnoustroje. Mimo tego, że tokajski region jest stosunkowo mocno wysunięty na północ i w podobnie położonych regionach w Czechach czy na Słowacji królują wina wytrawne, to tutejsze winogrona osiągają jedno z najwyższych na świecie stężeń cukru. Dzieje się tak za sprawą słynnego grzyba Botrytis cinerea, który poraża winogrona. Owoce zostawia się na krzakach bardzo długo po przymrozkach, czasem nawet do początków grudnia, aż część z nich zaczyna przypominać swoim wyglądem rodzynki, ponieważ przez uszkodzoną skórkę wyparowuje woda, zostaje zaś niemal sam cukier. Winogrona na słodkie wina zbiera się i oddziela ręcznie! W przypadku Aszu również ręcznie oddziela się i delikatnie wyciska zborytryzowane winogrona ich sok umieszcza w 25 kilogramowych wiadrach zwanych puttonami, które dodaje się do 136 litrów zwykłego winnego moszczu. W zależności od koncentracji winogron zarażonych pleśnią, robi się wina od 3 do 6 puttonowe i odpowiednią ilość lat (od 2 do 8) trzyma je w dębowych beczkach. Wino Szamorodni, zrobione jest z całych kiści winogron, bez oddzielania jednych owoców od drugich – fermentują one razem. W zależności jak wiele porażonych pleśnią winogron znajduje się na kiściach, wychodzi ono od słodkiego po wytrawne. Jest jeszcze upiornie drogie Aszu Esszencia ale jeszcze nie miałam przyjemności go próbować, składające się w większości z porażonych (zasuszonych) owoców i niemal nie zawierające alkoholu.

Następnie do gry wchodzi druga pleśń, którą w naszym życiu mieliśmy już przyjemność wielokrotnie odwiedzić podczas winnych ekskursji. To niejaka Cladosporium cellare znana z różnych piwnic winnych stworzonych z naturalnej skały tufowej. W przypadku wina tokajskiego ma ona równie kluczowe znaczenie, ponieważ sprawia że wino po leżakowaniu zawiera mniej alkoholu i jego smak staje się bardziej delikatny i aksamitny. Beczki nie są szczelnie zamykane, dzięki czemu grzyb konsumuje unoszące się w powietrzu opary. Dzięki temu wino Aszu jest przede wszystkim bardzo gładkie i aksamitne, słodkie i posiadające w swoim smaku nuty suszonych owoców oraz niektórych przypraw. Posiada mało alkoholu, a pije się go tylko w bardzo niewielkich ilościach dla smaku, czyli tak jak mnie to najbardziej interesuje.

Kłębki pleśni swoją wielkością przypominają chomika lub pół świnki morskiej.

Słynne grzyby widziane z oddali i beczki z Aszu.

Grzyby rosną wszędzie nawet na pajęczynach, więc osoby z arachnofobią czują się tu średnio.

Zwiedzamy czynną niemal całą dobę w niedziele i święta piwnicę Benko.

W takim otoczeniu odbywają się degustacje i imprezy.

Szczepy (ale o nich przeczytacie wszędzie)

Więc nie ma sensu zbytnio się o tym rozpisywać. Sadzi się tutaj wyłącznie białe odmiany. Najliczniej występujący jest Furmint, z którego produkuje się najpopularniejsze tanie wina pakowane do plastikowych butelek. Zdecydowanie nie warto kupować takich win bez ich uprzedniego skosztowania, bo można trafić na totalną porażkę i zrobić wielką krzywdę swojemu smakowi. Niestety sporo ludzi tylko z takimi niepijalnymi, ekstremalnie tanimi Furmintami kojarzy region tokajski. Natomiast (nie będzie to chyba zbytnio odkrywcze, ale doszłam do tego sama, a potem przeczytałam na branżowych stronach) zdecydowanie bardziej warto kosztować i kupować wytrawne Furminty, które schłodzone posiadać mogą bardzo miłe i przyjemne cytrusowe idealne na letnią ochłodę aromaty. Wśród wytrawnych Furmintów da się znaleźć naprawdę porządne i niezbyt drogie wina. Zamiast więc szukać słodyczy tam gdzie jej nie znajdziemy (w sensownym wydaniu), dużo lepiej przerzucić się w przypadku tego szczepu na wina wytrawne.

Dwa kolejne bardzo ważne szczepy to Sárgamuskotály i Hárslevelű czyli znana w innych regionach Europy Wschodniej Liepovina. Oba te szczepy oprócz głównego Furminta mogą być składnikami słynnych win Aszu, (najbardziej typowa jest mieszanka Furminta i Hárslevelű). Wina Aszu poznamy po tym, że sprzedaje się je w półlitrowych szklanych butelkach. Są one dosyć drogie cena wina 3 puttonowego rozpoczyna się od 2000-2500 forintów, więc żeby nieco zracjonalizować jego cenę, butelki są mniejsze.  Wino 5 puttonowe kosztuje zazwyczaj od 5-6000 wzwyż. Jest totalnie aksamitne w smaku, o dużej koncentracji słodyczy. Oprócz słodkiego smaku jego bukiet jest bardzo bogaty i znajdziemy w nim dużo innych nut – suszonych owoców, przypraw, orzechów. Węgrzy walczą o jakość win Aszu i oficjalnie nie można sprzedawać ich w innej wersji niż w szklanych butelkach (tak samo zresztą jak tokaja samorodnego), możemy też degustować go na decylitry w kieliszku. Niemniej jednak zwiedzając różne piwniczki trudno zliczyć, ile razy proponowano mi zakup win Aszu w plastikowej butelce! Co gorsza takie wino przechowuje się w dużych plastikowych kanistrach i najgorzej jak zostanie resztka wina i duża ilość powietrza. Węgrzy jednak nie mieli oporu w sprzedawaniu turystom takich resztek. Dlatego aby trochę ucywilizować produkcję tokajskich win założono różne stowarzyszenia winiarzy, którzy dbają o jakość swojej produkcji. Mamy więc stowarzyszenie Tokaji Bormívelők Társasága, czyli Stowarzyszenia Tokajskich Rzemieślników Wina, Tokaj Renaissance i Madi Kor. Strona bliskotokaju.pl podaje u siebie listę zaufanych producentów.

Oprócz Furminta i Aszu, i wina Szamorodni, możemy także tutaj zakupić wina białe z pojedynczych szczepów – czyli głównie Hárslevelű i Sárgamuskotály. Występując samodzielnie dają wina bardzo świeże i rześkie.  Będą to wina ze średniej cenowo półki, droższe od tanich Furmintów, a zdecydowanie tańsze od puttonowego Aszu. Da się znaleźć tutaj sporo świeżo i przyjemnie smakujących win, smakujących kompletnie inaczej od win produkowanych w leżących nieopodal regionach w których dominują Rieslingi, czy też gatunki uprawiane na Morawach. Tokaj zdecydowanie różni się od sąsiednich okręgów.

Parę razy byliśmy w jednej z winotek, położonej nieco na uboczu od głównej ulicy w Tokaju, której właściciel miał dwa rodzaje hobby. Pierwszym z nich było gromadzenie nietypowych, acz przyzwoicie smakujących tokajów – będących lokalnymi ciekawostkami, drugą zaś ciekawostki innego rodzaju – kupowane na całym świecie podróbki słynnych tokajskich win. Poczesne miejsce w jego kolekcji zajmowało czerwone wino „Takaji”, które miało imitować słynne węgierskie wino i zostało zakupione w Japonii! Tak więc w kwestii jakości jest chyba jeszcze sporo do zrobienia, patrząc na zdobyte przez niego „okazy”.

Osobiście jeśli miałabym wybierać, to o wiele bardziej wolę kupować wina bezpośrednio u producenta, niż w winotekach. Co prawda w sklepach z winem sprzedawcy nieraz wybierają fajne ciekawostki jednak, co mnie trochę dziwi, bardzo często musimy tutaj zupełnie zdać się na gust sprzedawcy  i kupować „w ciemno”. Ja tam wolę skosztować co kupuję, zwłaszcza że wino Aszu kosztuje swoje. Prawie zawsze skosztować kupowanego wina będziemy mogli u bezpośrednio w winiarni. Przy okazji możemy wypytać twórcę wina o wiele istotnych szczegółów. W Tokaju jest jednak ten problem że sensownych piwnic w zasięgu „nożnym” jest stosunkowo niewiele, a producenci są rozsiani po całym regionie. Dlatego ciężko odwiedzić na raz wielu z nich i przy tym jeszcze coś skosztować, bo publiczny transport pomiędzy miejscowościami jest taki sobie. Dlatego zakup wina tutaj jest odrobinę problematyczny, w samym Tokaju możemy bowiem spotkać sprzedawców i winiarzy wierzących w to, że turysta kupi wszystko, byleby tylko na butelce było napisane „Tokaj”.

Wzloty i upadki

Ten najbliższy Polakom region winiarski, swój największy rozkwit przeżywał w XVII i XVIII wieku, kiedy tereny bardziej na południu Europy znane z produkcji słodkich win były zajęte przez Turków. Wraz z upadkiem naszego kraju, oraz końcem imperiów francuskiego i habsburskiego, Tokaj zaczął powoli pogrążać się w lekkim niebycie, bo popyt na najlepsze tokajskie wina zmalał. Kolejnymi klęskami jakie dotknęły region były XIX wieczna epidemia filoksery, która zniszczyła 90% roślin, a potem ustrój komunistyczny, kiedy niemal całkowicie zaprzestano prywatnej produkcji i większość terenów obsadzono jednym wysokowydajnym gatunkiem winorośli, a do wina zaczęto nawet dosypywać cukru!  Zresztą nawet dzisiaj gdy niechcący słyszymy rozmowy przeciętnych rodaków zakupujących ośmiopak butelek pet wina Furmint po 5 zł/sztuka, wierzą oni iż kupują oni „prawdziwe wino” natomiast Aszu, nie dość że ich zdaniem irracjonalnie drogie, to jeszcze smak swój zawdzięcza właśnie cukrowi. Dlatego właśnie Węgrzy mają dużo do zrobienia w sprawie edukowania turystów w temacie wina, jak i pilnowania jakości własnej produkcji.

Co można tu robić, oprócz degustacji i zakupów

Chodzić. Warto wybrać się na pieszą wycieczkę z Tokaju do Tarcal, mijając po drodze krater wygasłego wulkanu, który ukształtował wygląd całej okolicy. Jeżeli będzie to akurat środek zimy, nie spodziewajmy się, że na końcu naszej wycieczki w Tarcal zastaniemy cokolwiek czynnego, gdzie będziemy mogli się ogrzać, czy coś zdegustować, albo przynajmniej na to nie liczmy, żeby niepotrzebnie się nie zawieść. Można wejść także na wzgórze na którym znajduje się wieża telewizyjna i rozpościera szeroki widok na okolicę. Warto też przejść się wałami Cisy wzdłuż rzeki – możemy wyjść spory kawałek poza miasteczko. Wiele hoteli i pensjonatów oferuje wycieczki kajakiem lub łodzią motorową po Bodrogu.

Panorama miasta zimą.

Tokaj widziany z góry.

Trasa częściowo wiedzie przez winnice które w kwietniu wyglądają tak.

 

Festiwal niedźwiedzi w Dărmănești

Czy wiecie o tym, że w jednym z krajów Unii Europejskiej końcem każdego roku ludzie przez wiele godzin tańczą ubrani w niedźwiedzie skóry, przez co wpadają w lekki trans? W dodatku w jednym miejscu gromadzą się ich setki. W Rumunii jak na razie kultywowane od stuleci tradycje mają się dobrze – tak bardzo, że oparły się najpierw chrześcijaństwu, a potem wyjątkowo paskudnej odmianie komunizmu, która doświadczyła ten kraj. Nie mam pojęcia co ma wpływ na ten fenomen. Oczywiście globalizacja jak wszędzie postępuje nieubłaganie, jednak jakimś cudem tutejsi ludzie z uporem maniaka kultywują dawne zwyczaje. Zimowa obrzędowość w Rumunii na pierwszy rzut oka wydaje się być okrutnie skomplikowana, a folklor i ilość tradycji przebogata. Jednak trzeba sobie uświadomić, że dawniej takie obrzędy miały miejsce w całej Europie a motywy powtarzały się wszędzie. Niestety u nas większość ludzi pozwoliła odrzeć się z tego ważnego elementu rzeczywistości, skupiając się zamiast tego na szalonej świątecznej  konsumpcji i mocno instytucjonalnych formach religijności. Zwyczaje związane z przemianami odbywającymi się pod koniec każdego roku przetrwały jedynie w bardzo niewielkich enklawach i społecznościach i niestety ich kultywowanie bardziej przypomina żywe muzeum, niż faktycznie jednoczy i cementuje całą społeczność jak ma to miejsce na przykład w Rumunii. Właśnie dlatego jesteśmy jako społeczeństwo tak mocno oderwani od rzeczywistości.

Wydarzenie odbywa się w takiej pięknej okolicy.

Często tak mam, że nieraz w ostatniej chwili dowiaduję się o czymś ciekawym, ale z powodu posiadania regularnej pracy nie mam możliwości rzucenia wszystkiego  z dnia na dzień, żeby znaleźć się na przykład tysiąc kilometrów od domu. Staram się za to przy następnej możliwej okazji nadrobić to co mnie ominęło i tak właśnie było z festiwalami tańczących niedźwiedzi w Rumunii. W tamtym roku przez anglojęzyczny internet i media społecznościowe przetoczyła się fala artykułów na ten temat, bo pewna amerykańska reporterka, która spędzała dzieciństwo w Rumunii, pojechała tam i wzięła udział w kilku takich właśnie festiwalach starannie je obfotografowując. Odbywają się one pod koniec roku kalendarzowego praktycznie w każdej mniejszej i większej miejscowości w należącym do Mołdawii okręgu Bacau (chodzi oczywiście o mołdawski region Rumuii, a nie o odrębny kraj). Największy z nich (i najbardziej promowany jako atrakcja turystyczna) ma miejsce w mieście Comanesti, jednak również bardzo ciekawe są te w  okolicznych mniejszych miejscowościach i wsiach. W tym roku byliśmy na dwóch niedźwiedzich festiwalach i bardzo dobrze że nie na jednym, bowiem wyraźnie się one od siebie różniły.

Godzinę przed rozpoczęciem nic nie wskazuje na to, że to właśnie tutaj będzie miał miejsce jakiś festiwal. Postaci takie jak te pojawiają się dosłownie w ostatniej chwili.

A chwilę później robi się tak i formuje się pochód przebranych postaci z rurami wypełnionymi karbidem. Na tej jest napisane „Szczęśliwego Nowego Roku”

Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę że długi czerwony nos w maskach takich jak ta symbolizuje wszędzie to samo – czyli fallusa zanurzonego we krwi.

Do zespołów obrzędowych należą zarówno mężczyźni i kobiety jak i dzieci.

Niedźwiedziom towarzyszą inni przebierańcy.

Każda grupa ma transparent informujący z jakiej miejscowości pochodzą.

Miłością do zimowych festiwali w Rumunii zapałaliśmy już w roku 2014, kiedy to pojechaliśmy po raz pierwszy na festiwal „Marmația” do Sighetu Marmației. Szczerze mówiąc w tym roku też byliśmy tam przez chwilę i może nawet powstanie o tym post – zobaczymy. Jednak w porównaniu do festiwalu tańczących niedźwiedzi, festiwal „Marmația” jest znacznie bardziej ugrzeczniony. Mimo mocno szamanistycznych przebrań niektórych postaci, są także grupy typowo kolędnicze, składające się głównie z osób w strojach ludowych, śpiewających kolędy. Na  festiwalach tańczących niedźwiedzi jest dużo bardziej dziko i intensywnie, za sprawą znacznie większego hałasu generowanego przez liczne bębny oraz różnego rodzaju materiały wybuchowe domowej roboty (to bardzo piękne, że globalizacja jeszcze nie dotknęła Rumunów w tej materii) oraz niektórych ludzi przebywających w lekko odmiennym stanie świadomości.

W mołdawskim regionie Bacau w okresie od połowy grudnia do końca roku, mężczyźni, kobiety i dzieci ubierają na siebie spreparowane w całości niedźwiedzie skóry, odpowiednie rozmiarem do własnego wzrostu. W rytmie bębnów, a czasem również fletów i fujarek wykonują w korowodzie rytmiczny taniec, przez który (ci starsi często zasilani dodatkowo wysokoprocentowymi napojami) wpadają w lekki trans. Niektórzy opowiadają, że ich ciała na krótko stają się własnością niedźwiedzia. Korowody chodzą od domu do domu życząc szczęścia gospodarzom i zbierając za swoje występy drobne pieniądze. Tradycję zapoczątkowali Romowie, którzy w dawnych czasach tresowali żywe niedźwiedzie z których „występów” nierzadko się utrzymywali. Z czasem żywe zwierzęta zostały na szczęście zastąpione przez ludzi, którzy zaczęli przebierać się w ich skóry. Potem z tradycji przebierania się za niedźwiedzie całkowicie wykluczono Romów, bo posiadanie niedźwiedziej skóry stopniowo stało się wyznacznikiem bogactwa i statusu społecznego. W tej chwili niedźwiedzia skóra kosztuje kilka tysięcy dolarów i coraz głośniej mówi się o zbyt dużym trzebieniu tej najliczniejszej w Europie populacji niedźwiedzi na potrzeby karnawału, co słyszeliśmy od samych Rumunów nie biorących udziału w tych imprezach i mocno je krytykujących właśnie ze względu na generowanie popytu na niedźwiedzie skóry. Tancerze (bo chyba można tak ich nazwać) zrzeszeni są w grupach obrzędowych i biorą udział w ceremoniach w swojej miejscowości a także na festiwalach, podczas których w jednym miejscu spotyka się kilkanaście lub kilkadziesiąt grup. Oprócz tańczących niedźwiedzi występuje tam również sporo innych postaci, których przebrania posiadają rozliczne motywy szamanistyczne.  Niedźwiedź to w tradycji szamanistycznej bardzo potężne i silne zwierzę. Symbolizuje coroczny cykl przyrody – śmierć i odrodzenie się życia. Jest zwierzęciem, które co roku przechodzi na drugą stronę kiedy zapada w sen zimowy i bez szwanku z niej wraca, a więc w pewien sposób zwycięża śmierć. Dlatego oprócz fascynacji niedźwiedzią siłą i potęgą przypisywano mu z tego względu liczne nadprzyrodzone moce, a wręcz uważano za najmocniejsze zwierzę przed którym drżała cała przyroda.

Globalizacja wkracza do niektórych przebrań.

Czasem jest odrobinę ponowocześnie, albo wręcz apokaliptycznie 🙂

Na szczęście zabudowa składająca się z rozlatujących się komunistycznych bloków prawie nie występuje w Darmanesti.

Bo poza ścisłym centrum wygląda to tak.

Karnawał od zawsze był czasem przekraczania granic – własnego wieku, statusu społecznego, płci. Dlatego w przebrania właśnie na tym się koncentrują. Mężczyźni przebierają się za kobiety i odwrotnie. Młodzi ludzie na chwilę stają się bardzo starzy, przebierając się za staruszków. Drugi aspekt karnawału to odwrócenie powszechnie przyjętego porządku – jeśli więc na co dzień to co kojarzy się ze złem i mroczną stroną życia, jest spychane do podziemi i nie wychodzi na światło dzienne, w okresie karnawału dochodzi do głosu, gdyż jest on próbą oswojenia ciemnej strony naszej egzystencji. Dlatego w karnawałach mamy tak wiele przebrań za śmierć, diabły i potwory. Był to czas oswojenia mrocznych aspektów rzeczywistości, których na co dzień panicznie się bano i przepracowania tych lęków w pewien sposób. Wierzono że udobruchane w ten sposób złe moce nie pojawią się już przez cały następny rok, który będzie mógł dzięki temu upłynąć spokojnie. Dlatego pozwalano im na kontrolowaną obecność.

Ci panowie tak jakby trochę pomylili imprezy, ale nie spotykali się z wrogością. Podziwiam, że trzymali fason w temperaturze 5 stopni w cieniu i 10 w słońcu.

Bo mainstream męskich przebrań w Darmanesti dla kogoś kto nie był niedźwiedziem wyglądał tak.

Dărmănești to niewielka 15 tysięczna miejscowość leżąca w okręgu Bacau. Kiedy przyjeżdżamy tam w Sylwestrowe południe, godzinę przed rozpoczęciem festiwalu, trochę nie wiedząc czego się spodziewać i chcąc zająć jakieś dogodne miejsce do parkowania, nic nie wskazuje na to by za niedługo miał się tam odbywać jakiś festiwal. Gdyby nie to że o festiwalu dowiedzieliśmy się dużo wcześniej za pośrednictwem facebooka od lokalnych ludzi,  chyba zaczęlibyśmy nerwowo przemieszczać się po miasteczku w poszukiwaniu śladów przygotowań do imprezy. Idziemy na kawę do jedynego baru i po niespełna 40 minutach, zewsząd zaczynają pojawiać się tłumy ludzi, a grup obrzędowych jest nie mniej niż poprzedniego dnia w Comănești. Orkiestry i mnóstwo ludzi przebranych za niedźwiedzie schodzą się z trzech różnych stron i formują pochód, wszystko wygląda tak jak wczoraj, jednak dzieje się w wiele bardziej sielskiej scenerii. W ścisłym centrum Dărmănești możemy naliczyć dosłownie kilka komunistycznych bloków a tak to  dominuje niska jednorodzinna zabudowa, zza której widać rzekę i rozległe góry. Widokowo jest więc znacznie lepiej. Podoba mi się też bardzo duża chaotyczność imprezy. Policja zupełnie nie pilnuje porządku, a ludzie jakoś potrafią sami o niego zadbać. Pochód przebierańców startuje z trzech różnych miejsc i łączy się z sobą na głównym placu przed dyskontem spożywczym. Można więc bez problemu wszędzie się plątać.

Na festiwal w Dărmănești przyszli też Romowie z jakiejś pobliskiej osady (musiała być bardzo blisko bo przyszli pieszo) ubrani jakby przybyli wprost z lat osiemdziesiątych. Wszyscy mężczyźni mają wąsy, czarne kamizelki i kapelusze, a kobiety kwieciste chusty, spódnice z cekinami i… klapki na obcasach. Nie jest im zimno. Uświadamiam sobie że wieki temu widziałam tak klasycznie ubranych Romów, jakby właśnie wyszli z planu jakiegoś filmu Kusturicy. Gdzie indziej ich także dotknęła już globalizacja i w zimie chodzą w bluzach z napisami, dresach i kurtkach. Grupy obrzędowe kończą swój pochód na trawiastych błoniach w centrum miejscowości, na których porozkładały się również typowo odpustowe stoiska, sprzedające watę cukrową, kolorowe cukierki, kołatki i pistolety. Przez to wszystko można mieć wrażenie że całkiem przenieśliśmy się w czasie, gdzieś do przełomu lat 80. i 90. Zapach błota i rozdeptanej trawy jeszcze bardziej wzmacnia to wrażenie. Wpadliśmy tu w totalną dziurę czasową i kilka godzin zleciało dosłownie jak z bicza strzelił. Niestety nie mogliśmy zostać tu tak długo jak na wczorajszym festiwalu bowiem jeszcze tego samego dnia chcieliśmy przejechać 300 kilometrów i zaliczyć miejski sylwester w Klużu (Cluj-Napoca). Chociaż z drugiej strony może to i dobrze bo tak do końca nie wiadomo co zaczęłoby się tutaj dziać wieczorem, gdy rozochoceni palinką festiwalowicze zaczęliby jeszcze intensywniej korzystać z materiałów wybuchowych domowej roboty na okoliczność sylwestrowego wieczoru? Już po południu można było chwilowo postradać słuch od wybuchów, jeśli akurat znaleźliśmy się za blisko (a wiem co mówię, bo w tym roku przeszłam morderczy trening na Tajwanie, tam to dopiero kochają fajerwerki i wysadzanie wszystkiego i to podczas uroczystości religijnych). Po tych doświadczeniach „sklepowe” materiały wybuchowe, którymi ludzie w Polsce uprzykrzają życie innym (oraz ich zwierzętom domowym) w okolicach Sylwestra, to ledwie brzęczenie komara.

Jedno jest pewne, jeśli już jedziemy ten tysiąc (lub więcej) kilometrów, to zdecydowanie warto być na więcej niż jednej niedźwiedziej imprezie, bo każda z nich różni się drobnymi szczegółami, więc warto zaplanować sobie ich kilka. Główną i centralną uroczystością jest ta w Comanesti, ale te nieco mniejsze koniecznie warto odwiedzić. Na każdej niedźwiedziom towarzyszą nieco inne akcesoria, prezentują się grupy obrzędowe z innych miejscowości, kto inny przyjeżdża imprezę oglądać, a czasem oglądający ją są równie ciekawi jak to co na festiwalu jest prezentowane. Część ludzi występujących w niedźwiedzich skórach spotkaliśmy dzień  wcześniej w Comanesti, za to towarzyszyli im zupełnie inni przebierańcy.  Imprez w tym okresie roku jest tyle, że nie da się być na wszystkich. Część z nich odbywa się także przed świętami, startują w okolicach 15-17 grudnia, a następnie są kontynuowane w okresie od świąt Bożego Narodzenia do Sylwestra. Przejeżdżając w Sylwestra przez spory kawałek okręgu Bacau, widzieliśmy w kilku wioskach grupy ludzi przebranych za niedźwiedzie na pomniejszych imprezach chodzących od domu do domu – więc jest to tutaj żywa i pilnie kultywowana tradycja, która odbywa się niezależnie od organizowania festiwali.