Beitou, Shilin i urodziny Mazu

W Beitou, czyli uzdrowiskowej dzielnicy Tajpej byłam tylko na jednodniowym wypadzie z centrum, ale mimo że dzielnicę powierzchownie zobaczyłam, to dobrze zapamiętałam, gdyż był to niezapomniany dzień, jeden z takich na granicy wyczerpania, który zaczął się o wczesnym poranku, a skończył grubo po północy. Dnia w którym przekracza się rozliczne bariery własnego strachu nie sposób łatwo zapomnieć. No więc najpierw pojechaliśmy do Beitou, żeby się zrelaksować i skorzystać z mineralnego kąpieliska, które wybudowane zostało na początku XX wieku przez japońskich okupantów wyspy. A potem już po zrelaksowaniu mogliśmy swobodnie narażać się na stres.

Gejzer z wodą mineralną który zaopatruje w wodę kąpieliska, hotele, a woda z niego służy do gotowania potraw o zdrowotnych właściwościach.

Woda ma prawie 100 stopni.

Następnie przekształca się w pachnącą siarką rzekę.

Jak na dzielnicę uzdrowiskową przystało, rosną tu różne ciekawe rośliny.

Widok gejzeru z góry – w okolicy uzdrowiska i hotele.

Pięknie wpasowany w architekturę banyan (figowiec bengalski).

Foot spa

Okazuje się, że mimo naszego poświęcenie w postaci wczesnego wstania, metro do Beitou jedzie tak strasznie długo, że nie udaje nam się zdążyć na pierwszą turę kąpieli w kąpielisku Long Nai Tang z 1907 roku. Wejściówki można bowiem kupić na pierwszą albo drugą połowę dnia (są bardzo niedrogie). W międzyczasie chodzimy tu i tam, między innymi korzystamy z foot spa, czyli basenów do których należy włożyć nogi mniej więcej do połowy ud. Woda jest tak gorąca, że po chwili serce zaczyna nam walić, a nogi a potem twarz robią się czerwone. W mroźny dzień być może byłoby to przyjemne doznanie, niestety jest parno i  deszczowo i szybko robi się mi po prostu źle, a lokalni emeryci siedzą tu godzinami. Mają czas na wymianę informacji i życie społeczne. W Beitou takich foot spa jest kilka, często są do nich nawet kolejki (są zupełnie bezpłatne) zawsze jest w nich tłoczno. Zdaję sobie sprawę, że my upoceni jak myszy zagraniczniacy wyglądamy przy lokalnych wprawionych bywalcach dość kuriozalnie. Wygląda to bardzo śmiesznie gdy lokalni niewielcy posturą emeryci poprzetykani są od czasu do czasu jakimś czerwonoskórym i dwa razy większym obcokrajowcem, który ledwo zipie z gorąca. Zapewne gdyby nie było to na Tajwanie, można by było uznać że: psujemy emerytom ich rozrywkę i wciskamy się gdzieś gdzie nie pasujemy, ale to Tajwan więc ludzie są tu dla siebie ekstremalnie jak na warunki polskie mili, a bycie miłym nakręca kolejne bycie miłym, więc jest miło i uprzejmie do kwadratu, a potem po powrocie do Europy Wschodniej przeżywa się ogromny szok kulturowy pt. „Gdzie ja jestem i po co to wszystko?” (wiecznie skwaszone twarze – miny jak z pogrzebu, ogromna roszczeniowość  połączona z obojętnym nie oglądaniem się na nikogo i maskowanie braku pewności siebie smutną powagą, która mija dopiero po alkoholu). Więc w sumie foot spa to dość nieprzyjemnie fizycznie przeżycie, ale w sumie fajnie posiedzieć z mnóstwem obcych ludzi i pomoczyć wspólnie nogi – jest w tym coś bardzo plemiennego i pierwotnego.

W kąpielisku w Beitou możemy zakupić wegańskie lody bez dodatku jakiejkolwiek chemii i cukru będące po prostu zamrożonym owocowym sokiem.

Mimo to w parnym upale topią się w zawrotnym tempie. Kosztują grosze.

Kąpielisko to totalne zaskoczenie

Kąpiel w legendarnym kąpielisku również nie należy do szczególnie przyjemnych fizycznie.  Woda termalna wypływająca spod ziemi ma prawie 100 stopni, i u źródła tworzy sporych rozmiarów jezioro, do którego kiedyś ponoć wpadali i doznawali poparzeń (nawet śmiertelnych) amatorzy gotowania zdrowotnych potraw w jeziorze. Jezioro zatem dla bezpieczeństwa obywateli ogrodzono, a jajka we współczesnych czasach gotuje się na wodzie mineralnej, lecz w elektrycznym garnku. Minerały przenikają przez skorupkę do jajka, przez to są lepiej przyswajane. Takie jajka pod różną postacią to lokalny przysmak. Więcej piszę o tym w poście o jedzeniu na Tajwanie.

W kąpielisku Long Nai Tang  jest ona oczywiście nieco schłodzona – spływa kaskadowo tworząc jeziorka od najgorętszego najwyżej położonego, do najzimniejszego najniżej. Nawet w najzimniejszym z nich trudno wytrzymać więcej niż 10 minut. Nie można wstawać, chodzić i zmieniać miejsc, ani nawet na chwilę się wynurzyć, żeby się nieco schłodzić gdyż nad przebiegiem kąpieli czuwa pan z gwizdkiem nadzorujący przebieg moczenia i wychylenie się z wody skutkuje zagwizdaniem i udzieleniem krótkiej reprymendy 🙂 Kąpiel wygląda więc trochę jak kolonia karna. Wszyscy są bardzo zdyscyplinowani i słuchają poleceń, a ja nie ogarniam jak to możliwe, że pan kąpieliskowy ma tak  wprawne oko, potrafi bowiem zlokalizować jakąkolwiek zmianę pozycji kąpiących się dosłownie w sekundę. Ogarnia tak bezbłędnie swym sokolim wzrokiem cztery sadzawki. W tej najwyżej położonej siedzą tylko najzagorzalsi twardziele – jest tam tak gorąco, że nie jestem w stanie wytrzymać dłużej niż minutę i to po kostki. W dodatku woda ma na prawdę dziwny skład mineralny i po wizycie dostaję na parę godzin swędzącej pokrzywki. W Tajwańskim kąpielisku panuje prawdziwy japoński porządek. Są też sadzawki z zimną wodą, ale jest  ona przeszywająco zimna 🙂 i też nie da się w niej dłużej poprzebywać. W sumie nie ma tam zbyt wiele do roboty bo woda jest albo tak gorąca, że można się w niej szybko zmęczyć, albo tak zimna że można doznać szoku termicznego. Dzięki temu że padał deszcz, było trochę chłodniej i byłam w stanie posiedzieć we wszystkich wodach łącznie może ze czterdzieści minut. Ogólnie to dziwne jest podejście Azjatów do tematyki kąpielisk w porównaniu do austro-węgierskich hedonistycznych pałaców do moknięcia przez długie godziny, sączenia wina oraz grania w szachy we wodzie. Zastaniemy tu zgoła odmienne warunki niż te do których są przyzwyczajeni Europejczycy 🙂

Po wyjściu z kąpieli idziemy na legendarny lokalny ramen, przechadzamy się po okolicznych wzgórzach i zamierzamy powoli wracać. Korzystając że już jesteśmy mocno oddaleni od miejsca w którym mieszkamy, zamierzamy zrobić sobie po drodze jakiś przystanek – wysiąść z metra i poznać jakąś kolejną dzielnicę.

Legendarny lokalny ramen.

Jajko z sosem sojowym w wersji płynnej gotowane w wodzie mineralnej.

 

Zdrowotne jajka na twardo gotowane w wodzie z gejzera.

Ciastko w kształcie penisa,największy hit Shilin

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w dzielnicy Shilin słynącej z nocnego bazaru i mnóstwa stoisk z jedzeniem. Tuż po wejściu do  przypadkowo wybranej części bazaru, zauważamy absolutny azjatycki hit turystyczny, jeden z najsłynniejszych celów wycieczek Azjatów w tym mieście, który wcześniej oglądałam przeglądając to i owo na temat stolicy Tajwanu, ale zupełnie zapomniałam gdzie owa atrakcja się znajduje, gdyż mi na niej specjalnie nie zależało, a wiele nazw jest mocno do siebie podobna zaś miejsc do zobaczenia dużo. Atrakcją tą niezwykłą, absolutnym instragramowym hiciorem i turystycznym numerem jeden jest ciastko w kształcie penisa. Są nawet opisy jak dostać się do tej słynnej atrakcji wprost z lotniska. Ponoć nie tak łatwo da się stoiska z ciastkami na tak rozległym bazarze znaleźć. Jak to możliwe, że nie starając się ani trochę od razu wpadamy na coś słynnego? I wszyscy potem myślą, że celowo poszukuję dziwnych rzeczy, a to one zawsze znajdują mnie same. Ciastko oczywiście smakowo nie rzuca na łopatki (częstują na każdym rogu), bo to sama chemia z cukrem, ale jest kluczowym momentem wielu wyjazdów relacjonowanych w mediach społecznościowych i dorobiło się już najróżniejszych wariacji. Akurat był środek tygodnia więc stoiska raczej świeciły pustkami, (a może narobiło się ich za dużo). Jest to atrakcja dla lokalnych azjatyckich turystów, nikt nachalnie nie nagabuje i nie próbuje niczego na siłę sprzedać nie rozumiejącym ludziom z innej części świata. Jak na atrakcję turystyczną jest bardzo miło i sympatycznie (no ale to Tajwan a nie na przykład Tajlandia). Ta część bazaru jest wybitnie rozrywkowa, znajdują się więc w niej także liczne loterie i inne maszyny do hazardu, w których można wygrać najbardziej absurdalne nagrody w rodzaju pluszowego krokodyla, a tłum mężczyzn nie waha się wydawać ostatnich drobnych żeby postrzelać ze zwichrowanej wiatrówki do szaleńczo obracających się różowych balonów w rytm upiornej muzyki rodem z teletubisiów. Loterie na Tajwanie wyglądają jak przedsionek piekieł. Wiadomo że panuje obiegowa opinia że „Azjaci są dziwni” no więc możemy teraz spokojnie pokarmić ten stereotyp. Bo to w sumie dziwne żeby specjalnie lecieć low costem do Taipei a następnie jechać metrem godzinę lub półtorej na jakiś nocny bazar by zakupić na nim ciasto w kształcie penisa. Nie wspominałam jeszcze że miało dość absurdalną cenę jak na atrakcję przystało, ale jeśli chce się zostać królem internetu to trzeba się poświęcić.

Urodziny Mazu

Okazało się, że prawdziwe atrakcje jakie mieliśmy przeżyć tego dnia dopiero się zaczynają. W sumie to wiedzieliśmy, że właśnie tego dnia przypadają urodziny jednej z najważniejszych postaci w panteonie bogów i bóstw czczonych na Tajwanie – Mazu (Matsu) bogini mórz i patronki żeglarzy. Jeszcze przed przyjazdem w kiedy oglądaliśmy w lokalnym kalendarzu miejscowe święta ten dzień był zaznaczony. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać po tym święcie, myśleliśmy że w ciągu dnia będą miały miejsce jakieś parady (takie zdjęcia wyświetlały się w google po wpisaniu nazwy święta)  i dziwiliśmy się że w Beitou nic się nie dzieje, mimo że święto było określane jako ważne na Tajwanie. Okazało się że ciężar świętowania przesunięty jest na wieczór. Mając tak zależną od żywiołów lokalizację, Tajwan musiał znajdować się pod szczególną opieką bogów żywiołów i mieć z nimi dobre relacje. Wyspa zdana jest na łaskę kapryśnych prądów morskich i wiatru. Początkowo przechodząc przez Shilin na spotkanie z ciastkiem w kształcie penisa widzieliśmy leżące na ziemi przygotowane do parady figury. Pomyśleliśmy sobie: o, stoją figury pewnie zobaczymy jakąś paradę, a potem pójdziemy coś zjeść. No i okazało się że urodziny tak ważnej bogini Tajwańczycy muszą poświętować wyjątkowo solidnie, a najważniejszą formą oddawania czci są materiały wybuchowe. Dużo materiałów wybuchowych. Akurat zupełnie nie lubię stać w pobliżu głośno wybuchających obiektów, tutaj jednak niechcący znaleźliśmy się w samym epicentrum rozrywki. Stwierdzam, że po tym co przeżyłam na  święcie Mazu, w zasadzie żadne petardy nie robią już na mnie wrażenia. Ludzi było tak dużo, że średnio byliśmy w stanie się stamtąd wydostać, więc chcąc nie chcąc bardzo sumiennie uczestniczyliśmy w święcie. Po jakimś czasie cali byliśmy posypani resztkami prochu i nie słyszeliśmy kompletnie niczego. (Tak, po raz pierwszy w życiu udało mi się na jakiś czas przestać w ogóle słyszeć cokolwiek.) Na Tajwanie nie oddziela się tłumu od wybuchających petard i sztucznych ogni, jak ma to miejsce podczas sylwestrów w Europie.  Liczy się na to, że ludzie sami się odsuną jeśli stwierdzą że stoją za blisko. W zasadzie nawet podoba mi się takie zaufanie do społeczeństwa jak ma to miejsce na Tajwanie. Nawet jak ktoś puszcza prawie pół miasta z dymem odpalając niezliczone ilości petard hukowych i sztucznych ogni, nikt nie odgradza niczego taśmą, wszyscy sobie ufają i wierzą w inteligencję drugiego człowieka. Jeśli ulicą właśnie kroczy człowiek dźwigający na głowie ogromną konstrukcję i wcielający się w jakiegoś lokalnego boga lub bóstwo, nikt nie wpada na pomysł by wkraczać mu w drogę, tłum automatycznie się rozstępuje. Jeśli podchodzisz zbyt blisko – obrywasz. Udział w obchodach nie zwalnia publiki od myślenia, a przy tym wyłącza roszczeniowość – każdy jest sam odpowiedzialny za swoje bezpieczeństwo i stoi tam gdzie podpowiada mu instynkt i rozsądek. Zaufanie społeczne to po raz kolejny na Tajwanie słowo klucz. Ludzie po prostu starają się uważać na to co się dookoła dzieje, a jak ktoś wie że nie da rady i w danym miejscu będzie dla niego za głośno, zbyt  gorąco albo zbyt niebezpiecznie – usuwa się na bok. Mimo braku barierek, służb porządkowych do pilnowania tłumu, tym razem wszystko gładko się udało.

Na początku widzimy szpaler przygotowanych na paradę figur. Jeszcze nie wiemy co będzie się tu za chwilę działo.

Paradę otwiera kilka świecących samochodów z prostą elektroniczną i bardzo głośną muzyką jak z teletubisiów.

Zaczynają pojawiać się różni bogowie i postacie z chińskiej mitologii.

Chodnik raz po raz pokrywają zużyte petardy. Co chwilę służby porządkowe zamiatają go by nikt nie wywrócił się niosąc na barkach ogromną figurę, albo lektykę z bóstwem.

Pojawienie się kolejnej postaci jest poprzedzone hukiem rozlicznych materiałów wybuchowych. Czasem nawet dla lokalnych ludzi jest ich trochę za dużo.

Czasem pomiędzy odgrywaniem scen religijnych i mitologicznych jest także miejsce na występy.

Taniec smoka.

Cały chiński folklor na raz i w jednym miejscu. Water dragon dance.

Święto było długie, wyczerpujące i trwało kilka godzin, koło północy stwierdziliśmy że więcej nie zniesiemy i pora wracać. Jeden przemiły pan z dorosłymi córkami, w przerwach między najgłośniejszymi salwami po angielsku tłumaczył nam o każdej pojawiającej się postaci (bo bogów i postaci mitologicznych na urodziny Mazu przybył cały panteon) ich skomplikowanych osobowościach i wzajemnych relacjach. Niestety prawie nic z tego nie rozumiałam bo angielski pana był niestety wyjątkowo trudny w odbiorze, a huk był tak wielki, że w tych warunkach nie zrozumiałabym niczego nawet w języku ojczystym. Uderzające było też to jak bardzo tłum pomaga postaciom zrealizować ich cele dla których się pojawiły. Jeśli w paradzie brali udział bogowie którzy są swoimi przeciwieństwami i nie mogą się nigdy zobaczyć i spotkać, ludzie na przykład pomagali jednemu bogowi zniknąć przed tym drugim. To wielka szkoda, że nie udało mi się zapamiętać kto jest kim na tej paradzie, a nie sposób tego teraz ogarnąć patrząc na zdjęcia. Impreza jest totalna pali się na niej bardzo dużo rzeczy i robi ogromny hałas.

To dlatego przeciętna figura jest o połowę wyższa od ludzi.

Przerwa na zimne ognie.

Świecące smoki na jeżdżącej platformie.

To nie żadne kibolskie święto, tylko świętowanie urodzin Mazu na Tajwanie.

Dużo ognia, sporo fajerwerków i całe morze petard hukowych to podstawa udanego święta na Tajwanie.

Jeśli jesteście na Tajwanie w okolicach kwietnia lub początku maja warto sprawdzić dokładną datę tego wydarzenia – z pewnością w wielu miejscach się coś dzieje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *