Budapeszt (nieco mniej typowo)

Kilka dni w Budapeszcie upłynęło nam pod znakiem topiącego się z gorąca asfaltu. Już jadąc tam, z niedowierzaniem oglądaliśmy 38 stopni Celsjusza w cieniu na samochodowym termometrze, przy średnio radzącej sobie klimatyzacji (a po Budapeszcie pojechaliśmy do Banja Luki w której było jeszcze gorzej i samochodowy termometr zaczął pokazywać powyżej 40). Na całe szczęście w Budapeszcie nie muszę już niczego zwiedzać  i mogę swobodnie się poszwędać.

Szalony rozwój turystyki, czyli jak wszędzie 🙁

Niestety na przestrzeni dziesięciu lat ilość turystów wzrosła chyba dziesięciokrotnie, a sklepy i restauracje wyłącznie dla turystów zajmują kolejne kwartały miasta. Są takie ulice na których nie ma dosłownie niczego co mogłoby służyć lokalnym mieszkańcom, tylko niezliczone knajpy w stylu „że niby csarda” serwujące te same nieśmiertelne potrawy, oraz sklepy sprzedające głównie magnesy na lodówkę. Prawdziwe turystyczne mini getta, po których chodzą tylko wyposażeni w smartfony i selfie sticki tłumy ludzi. Co gorsza miejsca w których jeszcze dziesięć lat temu można było spotkać przede wszystkim lokalnych mieszkańców, takie jak małe knajpy usytuowane na piętrze w Głównej Hali Targowej (Nagy Vásárcsarnok) obecnie karmią głównie turystów jakimiś kompletnie nie autentycznymi daniami. Lokali dla stałych bywalców już prawie tam nie ma. Jeszcze gorzej dzieje się na najsłynniejszych i najbardziej obleganych kąpieliskach. Wpadła nam do głowy szatańska myśl, żeby udać się na super słynne kąpielisko Szehenyi (Széchenyi Fürdő) i od razu totalnie tego pożałowaliśmy. Nie dość że było absurdalnie drogie, to posiadało obskurne i średnio czyste łazienki, szatnie i podłogi oraz było koszmarnie zatłoczone ludźmi wszelkich możliwych narodowości, którzy niestety wpadli tu tylko po to by zrobić sobie fotkę, szybko nagrać film i jak najprędzej wyjść bo wzywały ich kolejne atrakcje do zaliczenia.  Przez to było tam strasznie głośno, tłoczno i kompletnie bez sensu. Wizyta w kąpielisku polega na moknięciu w wodzie, a nie bieganiu z telefonem na kiju i krzyczeniu do siebie. Wpadliśmy na ten szalony pomysł, bo kto w czterdziestostopniowym upale zabierałby z sobą parasol, który jednak okazuje się mocno przydatny gdy spotka nas oberwanie chmury. Jako że temperatura (chwilowo) spadła do dwudziestu stopni, a i tak już byliśmy mokrzy i nie mieliśmy żadnych ubrań na wypadek obniżenia temperatury, stwierdziliśmy iż udamy się do łaźni aby trochę się zagrzać.

W poszukiwaniu chłodu, udajemy się też na wyspę Margitsziget ale tam też go nie ma.

Na pocieszenie po tym doświadczeniu, wybraliśmy się do naszego ulubionego kąpieliska Veli Bej, które oprócz tego że jest ładne, czyste, mało zatłoczone w tygodniu przed południem, to posiada bardzo porządną saunę. W Budapeszcie tureckich łaźni a’la hammam jest trzy a jedna nawet posiada osobne pory wejść dla mężczyzn i kobiet. Veli Bej to miejsce które muszę zaliczyć za każdym razem w Budapeszcie i w sumie nie wiem czemu to piszę bo za każdym razem z niepokojem obserwuję tendencję rosnącą jeśli chodzi o ilość ludzi w środku.

Jedzeniowe ciekawostki

Żeby nie zwariować, nasze ścieżki rozmijały się z najbardziej popularnymi szlakami wycieczkowymi. Ja niezmiernie lubię Budapeszt za różnorodność. Przykłady? W ciągu paru godzin zdołamy się przemieścić na mocno odmienne terytoria, zarówno pod względem kulturalnym jak i kulinarnym. Możemy udać się śladem bardzo obszernego dziedzictwa żydowskiego w tym mieście (jego szalony rozwój w XIX wieku w dużej mierze zawdzięczany jest właśnie licznej populacji żydów) czyli udać się do koszernej (lub nie) restauracji z żydowską kuchnią, albo zjeść słynne ciastko flódni o którym można poczytać sobie na przykład tutaj. My zjedliśmy swoje w mikroskopijnej Noe Caffe lokalu z kilkudziesięcioletnią tradycją ze ścianami pokrytymi artykułami na swój temat. Jak zazwyczaj zamawiamy jedno ciasto na dwie osoby, bo nie lubimy zbyt dużo cukru, tutaj akurat wypiek był tak szalenie domowy i autentyczny iż całkiem możliwe że zjedliśmy nawet po 1,5 na osobę.

Zdjęcie słynnego ciastka flodni w nie mniej słynnej Noe Caffe.

Z innych wartych polecenia lokali, odwiedziliśmy także wegańsko-wegetariańską restaurację o niespecjalnie wpadającej w ucho nazwie Zen Vegan Etterem (przy Kalvin ter.), prowadzoną przez ekstremalnie wręcz sympatycznych chińskich buddystów, z którymi zaczęliśmy gadać i trochę nam zeszło zanim stamtąd wyszliśmy.

Kolejnym jedzeniowym tematem, który chciałam zaliczyć, była wizyta w Szimpla czyli niedzielnym targu śniadaniowym, na którym okazało się że większość producentów slow foodowej żywności, która nas na tym targu interesowała jest z Kecskemét. Kiedy w końcu (pewnego razu) znaleźliśmy się w Kecskemét, okazało się że na hali targowej w tym mieście da się  kupić mnóstwo prawdziwego jedzenia, jak na tak niewielkie miasto – wybór był prawdziwie imponujący. Okazało się, że Szimpla przeżywa totalny najazd turystyczny i nie wiem czy przypadkiem turystów nie było więcej niż lokalnych mieszkańców. Kupiliśmy tam parę sensownych produktów, pamiętam duży wybór całkiem interesujących i nietypowych serów. Na Szimpla warto się przejść, jednak ilość turystów osiąga tam jak dla mnie już poziom krytyczny. Można tam zjeść trochę drogawe hipsterskie śniadanie, wypić piwo kraftowe, zakupić warzywa i kiełki, oraz wyroby z mangalicy.

Tak wygląda górne piętro Szimpla

Niemniej jednak jest tam kawałek całkiem ładnie i smakowicie urządzonej przestrzeni, w stylu ruin pubów. Chociaż oprócz targu śniadaniowego, w tygodniu życie toczy się tutaj właśnie w kilku ruin klubach (czy też pubach), jednak przypuszczam że są one w ścisłym centrum turystycznej magmy. Jeśli już jesteśmy w temacie ruin pubów, to byliśmy w kilku, takich z piwami rzemieślniczymi. Wszystkie były bardzo mocno zajęte ale głównie przez Węgrów w wieku raczej studenckim – na szczęście poszliśmy chyba do tych mniej słynnych. Warto je pozwiedzać i polegać na własnym wyborze a nie iść tam gdzie każe nam jakiś popularny portal turystyczny.

Chinatown

Jeśli zaś chodzi o chińskie i wietnamskie restauracje i wszelkie azjatyckie dobra, to rzucajcie wszystkie słynne budapesztańskie zabytki i ruszajcie do budapesztańskiego chinatown. W tym mieście mieszka ponoć w tej chwili około 30 000 Chińczyków, a w szczytowym momencie mieszkało nawet 50 000. Chinatown znajduje się w niezwykłej i pięknej industrialnej scenerii hal fabrycznych ciągnących się wzdłuż ulicy Kobanyi. Wygląda to przepięknie prawie jak z „Łowcy androidów”. Hale są ogromne bardzo wysokie, handluje się w nich podrobionymi dobrami i tanią odzieżą. Wygląda to po prostu obłędnie. Niestety nie da się tam robić żadnych zdjęć, bo sporo osób znajduje się tam nielegalnie, albo trudni się nie tylko tym co ma na straganach. Wszystkie przeczytane przeze mnie internety twierdzą, że można z tego powodu mieć co najmniej nieprzyjemności. Jest tam jednak tak ładnie i interesująco, że można kilka razy chodzić w kółko żeby się dobrze napatrzeć. Oprócz tego, powodem naszej wizyty  są liczne restauracje (w których stołują się pracujący na bazarze Chińczycy i Wietnamczycy), a także sklepy z żywnością azjatycką. Lepiej zaopatrzonych sklepów w Europie Wschodniej nie znajdziecie. Ceny nie są jakieś szczególnie niskie, ale wybór na prawdę jest imponujący. Ja tam zdecydowanie wolę pół dnia włóczyć się po ponowoczesnych halach, które zaadaptowali do handlu Chińczycy niż chodzić w dzikim tłumie ludzi z selfie-stickami. A jak się już tam wejdzie to trudno tak po prostu wyjść, więc może być to wycieczka nawet na pół dnia. No i absolutnie koniecznie trzeba tam coś zjeść, my akurat jedliśmy tam genialnie zrobioną wietnamską zupę Pho.

Ucieczka przed upałem do muzeum

Jak już wcześniej wspominałam temperatury były absolutnie rekordowe i dlatego postanowiliśmy w końcu odwiedzić jakieś słynne muzeum w tym mieście, bo nigdy nie ma na to czasu. Początkowo chcieliśmy udać się do Muzeum Sztuki Stosowanej  bo bardzo blisko niego mieszkaliśmy, a zainteresowała nas przepiękna orientalna bryła według projektu architektów Ödöna Lechnera i Gyuli Pártosa, jednak albo byliśmy koło niego za wcześnie, albo za późno by miało to jakikolwiek sens.

Kiedy już byliśmy totalnie przegrzani oraz wymęczeni upałem i dosłownie topiliśmy się na rozgrzanym asfalcie, okazało się że znajdujemy się blisko Muzeum Narodowego i poszliśmy do niego trochę w ciemno. No i zdecydowanie warto było! To muzeum jest rewelacyjne. Nie warto zniechęcać się początkowymi salami poświęconymi archeologicznym wykopaliskom (duża ilość skorup trochę mnie zniechęca), bo potem robi się świetnie. Ekspozycje są mało multimedialne, (czyli jak lubię) za to bardzo ładnie i neutralnie, czysto i estetycznie wyeksponowane. Można utknąć tam na dobre, wpatrując się w bardzo odjechane estetycznie przedmioty z różnych epok. Zazwyczaj nie chce mi się robić zdjęć w muzeum, ale tutaj było tak wiele ładnych rzeczy, że nie mogłam przestać. Można też zobaczyć rękę Stalina ze słynnego obalonego w 1956 roku gargantuicznych rozmiarów pomnika.

Na początek selfie z ręką Stalina.

Dla mnie najlepiej i najciekawiej zrobione są wystawy poświęcone tureckiemu panowaniu nad Węgrami, można zupełnie się zawiesić na rycinach i innych pozostałościach po tureckiej okupacji, mnóstwo przedmiotów ma bardzo silnie bałkańską estetykę. Myślę że tymi zdjęciami przekonam Was że warto, a miałam ogromny problem z wyborem. Robię czasem takie zdjęcia w sumie nie wiem po co, z zamiarem przyjrzenia się tym przedmiotom dokładniej i bardziej „na spokojnie” po czym i tak tego nie robię (tylko je zbieram) a tak to mam przynajmniej jakiś sensowny pretekst, że to na stronę.

Impreza na Moście Wolności

Żeby nie być gołosłownym w sprawie stale zwiększającej się liczby turystów i zawłaszczaniu kolejnych dzielnic przez turystyczny biznes, znaleźliśmy się niechcący na imprezie poświęconej temu problemowi. Impreza miała formę nocnego pikniku na asfalcie – na Moście Wolności (Szabadság hid).  Organizuje je lokalne stowarzyszenie, które pragnie przywrócić brzegi Dunaju do użytku dla mieszkańców miasta. Raz w miesiącu z ruchu wyłączany jest most, by z przestrzeni mogli bezpłatnie korzystać mieszkańcy miasta i bawić się na niej. Odbywają się tańce, slamy (lub inne recytacje bo nie umiem po węgiersku), i inne występy. Ludzie siedzą na kocyku na rozgrzanym asfalcie i kulturalnie piją wino z kieliszków. Jest to podobno impreza cykliczna, która wpisała się już w kalendarz imprez w mieście. To trochę smutne, że ludzie we własnym mieście nie mają gdzie bawić się w sporym kawałku centrum, bo wszędzie panoszy się masowa turystyka.

A na koniec coś smutnego

Czytam właśnie (a właściwie to kończę, bo zaczęłam ale nie skończyłam) świetną książkę wydaną przez wydawnictwo MCK Kraków, „Węgry. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach” Paula Lendvai i jest w niej wiele o węgierskich Żydach, którzy w XIX wieku obdarzeni dość dużą swobodą, znacznie dźwignęli ekonomicznie kraj, który był wtedy istnym skansenem. Zwłaszcza nowo powstała stolica czyli właśnie Budapeszt powstały z połączenia miast po obu stronach rzeki (bo wcześniejszą stolicą była Bratysława) szybko rozwinęła się właśnie dzięki nim. Niestety chwilę później w Europie zapanowała moda na antysemityzm, który z powrotem odebrał Żydom na przykład możliwość wysyłania dzieci na studia czy też chociaż szczątkowej reprezentacji na różnych szczeblach władzy.

Na Węgrzech kulminacją był rok 1944 kiedy to Węgry odstąpiły od sojuszu z III Rzeszą. W sumie działania węgierskich strzałokrzyżowców, a potem również Niemców pochłonęły ponad 800 tysięcy ofiar. Rząd Viktora Orbana postanowił jednak podać własną wersję historii i w 2014 wybudował, koszmarnie zresztą wyglądający, pomnik na którym anioł, który ma symbolizować niewinność Węgier, jest zaatakowany przez orła który symbolizuje Niemiecką agresję w roku 1944. Postaci na pomniku montowano w nocy by uniknąć protestów Pomnik spotkał się z ogromnym oburzeniem i jest cały obwieszony tabliczkami w wielu językach informującymi o prawdziwej wersji historii – stale rosnącego antysemityzmu (obecnego zresztą w dokładnie wszystkich krajach Europy Wschodniej) który doprowadził do tego, że od maja do sierpnia 1944 roku z kraju wywieziono do obozów koncentracyjnych pół miliona Żydów.