Cabo da Roca

Cykl artykułów o Portugalii zaczynam od najbardziej na zachód wysuniętego jej skalistego kawałka. Warto się tam wybrać (mimo istnego zatrzęsienia turystów – bliskość Lizbony nam w tym przypadku zdecydowanie nie pomaga). A tak w ogóle – czemu zaczynam spamować o Portugalii od jakiegoś przylądka? A no dlatego, że w mojej opinii jest fajną dawką tego kraju w pigułce. Mamy tutaj miejsce dość mocno zadeptane przez ruch turystyczny, a całkiem niedaleko (za kilometr może dwa), znajduje się bardzo interesująca i piękna plaża Praia da Ursa i jest to fajny przedsmak tego jak bardzo odjechane krajobrazy możemy tutaj zobaczyć. Tutaj przyjeżdża się dla krajobrazów. Mieszkać bym w tym kraju za nic nie chciała, ale raz na jakiś czas trzeba się tu chyba będzie wybrać, żeby popatrzeć.

Oprócz pomnika z krzyżem znajduje się tutaj także latarnia morska.

Nic nie da się poradzić na to, że każdy chce zobaczyć miejsce uważane za koniec świata, za którym zaczynała się tylko niewiadoma. Wybierzcie się tutaj żeby powąchać nieco oceanu, bo pachnie lepiej niż w mieście, zwłaszcza jeśli na przykład przylecieliście low costem do Lizbony i to w mieście zamierzacie spędzić większość czasu. Jak przystało na koniec chrześcijańskiego świata, znajdziemy tu pomnik z krzyżem i pamiątkową tablicą. W sumie to chciałam ją sfotografować na potrzeby bloga, ale mimo że stałam nieopodal dobre 10 minut, nie udało się znaleźć momentu w którym nie stałby pod nią ogonek ludzi (stałam nieco zbyt daleko by móc ładnie poprosić).

A tutaj przedmurze już z bardziej daleka.

No i tak to jest w tej Portugalii, dlatego najbardziej podobało mi się na księżycowo wyglądających plażach na zachodnim wybrzeżu, na których (poza sezonem surfowym) w zasadzie przez cały dzień nasz samochód był jedynym pojazdem stojącym na przyplażowym parkingu. Czasem przez cały dzień spotykaliśmy maksymalnie dziesięć osób.

To krajobraz na południe od Cabo da Roca
Można na nim było podziwiać prawdziwie kuloodpornych turystów. Jeszcze dziś jak sobie przypomnę jak i gdzie chodzili to włącza mi się lęk wysokości i pocą mi się ręce 🙂 oczywiście zdjęcie nie oddaje rzeczywistości – stać ich było na znacznie więcej.

Byliśmy tam w momencie gdy cały prawosławny świat obchodził Boże Narodzenie i na urlop do Portugalii przylecieli bardzo mało opaleni Rosjanie w dużych ilościach. Można było pooglądać iście mrożące krew w żyłach widoki. Uzbrojeni w smartfony i zdający relacje na żywo z wycieczki po skałach i klifach, dopiero co przybyli na miejsce ludzie, zwolnieni z umiejętności wyobrażania i przewidywania oraz podlegania prawom grawitacji i fizyki, chodzili po bardzo bardzo eksponowanych miejscach z telefonami w ręku. Tak jakby podłączenie do internetu i rozmowa na żywo z kimś daleko, albo relacja online dawała gwarancję przeżycia i zwalniała z obowiązku uważania na dość nieprzewidywalne i nieznane podłoże i podmuchy mocnego wiatru. Zauważyłam jedną prawidłowość. Byłam chyba maksymalnie w trzech tak mocno obleganych przez ludzi miejscach ze skałami i klifami. I tylko w tych najbardziej tłumnych ludzie robili tak absurdalne i nonszalanckie rzeczy. Wszędzie tam, gdzie ludzi było niewiele nikt nie wpadał w takie ekstrema.

Za tymi skałami (jak je miniemy) dojdziemy do Praia da Ursa.

Praia da Ursa

Postanawiamy udać się na położoną mniej więcej półtorej, może dwa kilometry od Cabo da Roca – plażę niedźwiedzi czyli Praia da Ursa. Koniecznie to zróbcie (to jest tak naprawdę prawdziwy cel tej wycieczki, tylko jeszcze o nim nie wiecie) bo dociera tam stosunkowo mało osób, a już sama droga do plaży jest genialna. Przez tak mały odcinek będziemy mijali zarówno porośnięte sukulentami skały jak i alpejski krajobraz który wygląda prawie jak w Tatrach. Droga na plażę jak to zwykle w Portugalii bywa jest niezbyt oznaczona i każdy wybiera trasę na miarę swoich możliwości. Trzeba po prostu ścieżkami kierować się na południe, albo mieć GPS-a i już.

Takie porosty to ostatnio widziałam w Nepalu, powietrze chyba musi być tu czyste.

Praia da Ursa nie jest najbardziej odjechanie wyglądającą plażą w tym kraju, ale sama wycieczka na nią daje niezły przedsmak tego jak bardzo zróżnicowany znajdziemy tu krajobraz. Ludzi było tak mało, że nikt sobie nie przeszkadzał, niektórzy przyszli by w spokoju nago się poopalać, albo zapalić jointa. Warto tylko obserwować jak wody stopniowo przybywa (albo ubywa) żeby jak pójdziemy za kolejne skały nie zostać odciętym od drogi powrotnej. Niestety plaża zaczęła dość szybko znikać w wyniku przypływu, a szkoda, bo wcale na niej nie wiało i było ciepło prawie jak w lecie. Dlatego w Portugalii nawet w styczniu można opalić się na brązowo i odnowić zapasy witaminy D. Dlatego zamiast w kółko zadeptywać nieszczęsną Lizbonę, warto na własną rękę poodwiedzać księżycowo wyglądające plaże. Wydaje mi się że w ten sposób zyskamy więcej.

Z poziomu góry
I z poziomu dołu.

Podziel się z innymi: