Archiwum kategorii: Chiny

Emei Shan 2008

Piesza wycieczka na świętą górę buddyzmu Emei Shan –  Złoty Szczyt wysoki na 3099 m.n.p.m.  (w Chinach równie świętych jest tylko co najmniej 3) budzi nieco mieszane odczucia. No bo z jednej strony, przynajmniej w teorii, mamy prawie zawsze zamgloną świętą górę z tysiącami schodów, na którą pielgrzymi wspinają się pieszo odwiedzając po drodze liczne buddyjskie klasztory, których obecnie jest tam około 30. Trzeba przyznać że brzmi to dość romantycznie. Pomysł odbycia takiej górskiej pieszej pielgrzymki do świętego miejsca jest o wiele lepszy niż na przykład wycieczka autokarem do jakiegoś ogólnodostępnego świętego miejsca położonego w terenie nizinnym. Z drugiej strony podczas takiej trzydniowej wycieczki mamy szansę zapoznać się ze specyficznym stosunkiem chińczyków do przyrody, ich staraniem by całkowicie ją sobie podporządkować, masową turystyką, mnóstwem śmieci. Chyba tylko Chińczycy mogli wpaść na pomysł by stromą, skalistą, wysoką górę do samego szczytu wyłożyć schodami równymi jak w centrum miasta. Niestety sprawia to, że  wchodzą na nią, wjeżdżają lub są wnoszeni (tak, tak, ci bogatsi mogą wykupić sobie tragarza własnej osoby) ludzie, którzy nie powinni tam być. W sumie podobnie jest z polską kolejką na Kasprowy, z tą różnicą że w Chinach ludzie ci jeszcze nagminnie dokarmiają dzikie zwierzęta. Cieszą się jak dzieci, na widok małpy która samodzielnie rozrywa sobie karton z mlekiem który po wypiciu rzuca gdzieś w przepaść. Efekt tego jest taki, że nie sposób przejść pewnych odcinków drogi na Świętą Górę bez solidnego kija, a z udziałem małp rozgrywają się sceny iście dantejskie, zwłaszcza gdy ktoś idzie pojedynczo. Podobnie mieszane odczucia mogą budzić mijane po drodze  klasztory. Te łatwiej dostępne z głównej drogi na szczyt i gdzie mogą dojechać samochody mają chyba niewiele wspólnego ze swoimi pierwotnymi założeniami. Przypominają religijne kombinaty tylko może nie w tak rozległej skali jak nasz Licheń. Mnisi sprzedają tam „taśmowo” talizmany i odpusty za grube pieniądze, nosząc w ręku stosy banknotów o najwyższych nominałach w kwocie nawet jak na warunki materialne Europejczyków dość wysokiej. Od biedy, gdyby zrobiło się chłodniej mogliby zapalić nimi w piecu. Natomiast te które nie miały tyle szczęścia i leżą gdzieś na uboczu są na prawdę świetnymi i świętymi miejscami w których czas się zatrzymał. Warto w takim miejscu zanocować i wesprzeć te spoza głównego nurtu. Główna droga na szczyt to miejsce przez które przetaczają się dzikie tłumy. Traktują świętą górę jakby byli w przyrodniczo-religijnym lunaparku prawie cały czas krzyczą nawołując się z parusetmetrowej odległości, strasznie śmiecą i mają na sobie jednakowe zimowe kurtki z wypożyczalni kurtek, gdy wraz ze wzrostem wysokości robi się chłodniej. Oczywiście zostawiają spore pieniądze, które wydają na kadzidła (koniecznie największe) oraz ofiary i odpusty (im wyżej tym ceny dewocjonaliów i usług drastycznie rosną). Zupełnie jak u nas. Ogólnie jednak warto tam pójść i się temu wszystkiemu przyjrzeć, bo w zasadzie i tak jest dość sympatycznie, nikt nas o nic nie nagabuje i do niczego nie zmusza, chińskie wycieczki odnoszą się do nas z ciekawością i zainteresowaniem. Najgorszym punktem całej pieszej wyprawy jest nocleg w hotelo-noclegowniach dla pielgrzymów pod szczytem góry, gdzie ceny są bardzo wysokie i kompletnie nieadekwatne do jakości, ponieważ nie ma żadnej innej opcji do wyboru. O wiele lepszy jest powrót ze Świętej Góry szlakiem obok którego nie biegnie żadna droga, ludzi jest dziesięciokrotnie mniej bo prawie nikt nie ma czasu na schodzenie z góry na piechotę. Tamtejsze klasztory są zupełnym zaprzeczeniem tych mijanych w bardziej uczęszczanej części szlaku. Zostaliśmy tam na prawdę wspaniale przyjęci. Ludzie świeccy i mnisi są strasznie życzliwi, ceny wszystkiego rozsądne, a klasztorne wegetariańskie jedzenie wprost rewelacyjne. Można spokojnie popatrzeć na zamglone krajobrazy. Nawet małpom nie opłaca się polować na prowiant pielgrzymów. Po najlepszym z wyżej wymienionych względów ostatnim dniu wycieczki na Emei Shan trochę trudno wrócić do rzeczywistości.

chi_emei-shan_czlowiek-w-garniturze_001

Gdzieś między 2000 a 3000 m.n.p.m można spotkać człowieka, który nie zważając na mżawiący deszcz, okropnie śliskie schody i paskudne wilgotne zimno wybrał się na świętą górę w garniturze i lakierkach. Oczywiście niejednego.

chi_emei-shan_krajobraz_003

Pod względem widokowym przez cały czas wygląda to tak.

chi_emei-shan_krajobraz_004 chi_emei-shan_mgla_001
chi_emei-shan_na-szczycie_002

A to świątynia na samym szczycie góry cały dzień szczelnie wypełnia ją tłum.

chi_emei-shan_kadzidla_003
chi_emei-shan_kadzidla_002

Na samej górze wszystkich ogarnia istna gorączka.

chi_emei-shan_kadzidla_001
chi_emei-shan_swiatynia-elephant-pool_001

A to już świątynia spotkana podczas schodzenia ze szczytu w mniej uczęszczanej części szlaku na Emei Shan.

chi_emei-shan_swiatynia-elephant-pool_002

Nazywa się Elephant Pool.

chi_emei-shan_krajobraz_002

Jeden z niewielu momentów gdzie coś więcej widać.

chi_emei-shan_krajobraz_001 chi_emei-shan_na-dole_001

Leshan 2008

Leshan słynie z  71 metrowego posągu buddy wyrzeźbionego w zboczu góry nad płynącą w dole rzeką. Posąg pochodzi z VIII wieku a prace nad nim trwały 90 lat. Budda stoi w miejscu gdzie wody kilku rzek łączą się ze sobą i ochrania podróżnych. W wyniku niespokojnego nurtu często dochodziło tu do wypadków. W jego bliskim położeniu znajdują się groty, w których znajdują się liczne mniejsze przedstawienia buddy oraz oczywiście świątynie. Całość została wpisana na listę Unesco. Poza tymi atrakcjami, to bardzo prowincjonalne chińskie miasto, w którym niewielu zagranicznych turystów nocuje, ponieważ większość przyjeżdża tu na pół dnia na zorganizowanej wycieczce, ogląda buddę i pędzi gdzieś dalej.  Przez dwa dni nie udało nam się spotkać nikogo kto władałby jakimkolwiek prócz chińskiego językiem, więc byliśmy trochę wyobcowani. W hotelu mieliśmy najdziwniejszą (albo najbardziej pomysłową) toaletę z kiedykolwiek spotkanych w Azji, a w minibusie spotkaliśmy dwudziestoparoletnią na oko kobietę z bardzo długimi  przynajmniej kilkudziesięciocentymetrowymi a może nawet dochodzącymi do metra długości paznokciami, niestety z niewiadomych przyczyn w ogóle nie były one czyste. W sumie to zrobiła na mnie wrażenie nie mniejsze niż gigantyczny posąg.  Do dzisiaj nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak ta kobieta ubiera ubrania z długim rękawem i o co chodzi w jej dziwnym paznokciowym stylu. Na pewno o to samo co innym Chińczykom zostawiającym sobie długie najczęściej małe paznokcie u obu rąk. Dzięki temu pokazują światu, że się im powodzi i na co dzień nie pracują fizycznie. Założenia były więc prawdopodobnie te same, by podkreślić status społeczny. Jednak z takimi paznokciami pasowałoby wozić się wraz z szoferem samochodem, bo przeciskanie się w tłumie do wyjścia w autobusie jest sporym problemem.  Nawet nie zrobiłam jej zdjęcia bo już bez tego ludzie patrzyli się dziwnie i na nią i na nas.  Jeżeli chodzi o sam posąg jest on warty zobaczenia bo robi wrażenie i przynajmniej w 2008 roku nie był jakąś strasznie przeludnioną atrakcją. Dało się go obejrzeć bez dzikich tłumów turystów i sprzedawców wszystkiego jak w Angkor czy Borobudur. Okoliczne jaskinie i świątynie również są bardzo ciekawe.

chi_leshan_statek-na-rzece_001 chi_leshan_posag-buddy-dafo_002
chi_leshan_mnisi-buddyjscy_001 chi_leshan_schody_001
chi_leshan_kadzidla_001 chi_leshan_lampy-z-tluszczem_001 chi_leshan_posag-buddy-dafo_003 chi_leshan_posag-buddy-dafo_001 chi_leshan_plaskorzezba-budda_001 chi_leshan_grota-z-wizerunkami-buddy_001 chi_leshan_znaki-wykute-w-skale_001 chi_leshan_kwiat-lotosu_001
chi_leshan_klodki-na-szczescie_001 chi_leshan_flagi-modlitewne_001

Chengdu 2008

Żeby dostać się do Chengdu z Kantonu, jedziemy pociągiem ponad dobę. Jest całkiem fajnie. Zaprzyjaźniamy się najpierw z chińskim studentem, z którym po jakimś czasie postanawiamy wykonać braterski toast czarnym fińskim likierem Salmiakki zakupionym  na lotnisku w Helsinkach. Młodzi Chińczycy mają to do siebie, że za nic w świecie nie potrafią przyznać, że coś czym są częstowani im nie smakuje. Nasz student żeby pokazać przed całym wagonem Chińczyków, który pilnie się temu przygląda i bardzo zazdrości mu obycia w świecie i znajomości angielskiego jak to fajnie spędza czas z obcokrajowcami nalewa sobie (i nam także) po pół szklanki mocnego alkoholu, który w dodatku ma kolor czarnego atramentu. Pomimo przerażenia w naszych oczach, wypija to wszystko prawie jednym haustem. Nie mam pojęcia czy nie struwa go to natychmiast, ale jakoś udaje mu się wstać od stolika, w każdym razie taka ilość alkoholu wypita przez przeciętnego Chińczyka w dodatku bez zazwyczaj towarzyszącego takim rozrywkom jedzenia prawdopodobnie była dla niego zabójcza, bo wiemy jak zachowują się oni po połowie butelki piwa o zawartości alkoholu jakieś 3%. Zresztą student po tym wszystkim na parę godzin znika nam z oczu a potem chyba obawiając się że znów go czymś poczęstujemy  już nie siada z nami więcej porozmawiać ale oczywiście twierdzi, że napój był bardzo dobry i smaczny.

W wagonie restauracyjnym chyba połowa personelu pociągu pragnie nas o wszystko wypytać. Wybierają więc jedną dziewczynę która coś mówi i rozumie po angielsku (jednak jej pojmowanie języka angielskiego trochę rozmija się z naszym) ona tłumaczy a oni słuchają. Czujemy się jakbyśmy byli co najmniej gwiazdami telewizji. Po około dobie zna nas pół pociągu, czujemy się więc bardzo bezpiecznie i wbrew moim wcześniejszym obawom  możemy na przykład zostawić nasze duże plecaki i udać się na przykład coś zjeść, postać albo posiedzieć na dłuższy czas, gdyż zbyt wiele par oczu przygląda się nam i naszemu dobytkowi by ktokolwiek zdołał nam coś ukraść.

Do Chengdu przyjeżdża się podobno po to, by obejrzeć hodowlę pandy, ale jak to zwykle bywa do tej sztandarowej atrakcji nie dotarliśmy. Stolica Syczuanu słynie z niezwykle ostrej kuchni i zamieszkującej miasto sporej tybetańskiej mniejszości. Znajdują się w niej także ciekawe świątynie buddyjskie, konfucjańskie i taoistyczne. Miasto robi wrażenie nieźle uporządkowanego. Chodniki są tu wszędzie i w świetnym stanie, dla motorów i rowerów są osobne ścieżki, a temperatura i wilgotność nie dają się we znaki jak na południu Chin. To wszystko sprawia, że po tym mieście bardzo przyjemnie się chodzi.

Jeżeli chodzi o kuchnię to jest naprawdę ostro. Podczas parodniowego pobytu nigdy nie udało nam się zamówić czegokolwiek co nie byłoby tak ostre, że wyraźnie czuliśmy całą drogę którą po naszym ciele przemieszczał się spożyty posiłek od początku aż do samego końca. Potrawy na szczęście podawane są z nielimitowaną ilością ryżu, więc żeby coś w ogóle udało się zjeść, trzeba mieć go sporo, dzięki czemu ostrość potrawy nieco się rozmywa. Trzeba też jeść szybko, im dłużej warzywa, tofu czy mięso nasiąka sosem chili w którym zostało przed chwilą usmażone, tym mniej nadaje się do jedzenia. Dla odmiany można jednak pójść do tybetańskiej dzielnicy na pierożki momo, i herbatę z solą i masłem.

chi_chengdu_ruch-uliczny_002

Infrastruktura drogowa tego miasta to koncentryczne obwodnice tak zwane Ring Road a w samym centrum znajduje się pomnik Mao.chi_chengdu_znak-drogowy_001

I wszystko jasne dokąd pójść.
chi_chengdu_pomnik-mao_001

W samym centrum znajduje się pomnik Mao Zedonga w tym momencie nieco zapomniany. Życie toczy się bowiem w galeriach handlowych a nie na placu przed pomnikiem.

chi_chengdu_ruch-uliczny_001

W centrum miasta infrastruktura rowerowa wygląda na prawdę imponująco.

chi_chengdu_parking-rowerow_001

Dlatego rowery (często elektryczne) są popularne i wybierane nie z powodu biedy a wygody.

Warto w Chengdu zobaczyć kilka interesujących świątyń, a właściwie całych świątynnych kompleksów, z parkami, sadzawkami, miejscami do odpoczynku, tłumnie odwiedzanymi przez wiernych i turystów. Moim zdaniem warto odwiedzić wszystkie trzy najczęściej wymieniane w przewodnikach świątynie: konfucjańską Wuhouci, buddyjską Wenshu i taoistyczną Qingyang. W każdej panuje nieco inny klimat, wszystkie są ciekawe, pełne „chińskich smaczków”, przepięknego bonsai i ogrodów.

chi_chengdu_swiatynia-wuhouci_001

Świątynia konfucjańska poświęcona wybitnej postaci z okresu Trzech Królestw Zhuge Liangowi.

chi_chengdu_swiatynia-wuhouci_002 chi_chengdu_swiatynia-wuhouci_003

chi_chengdu_swiatynia-wuhouci_004chi_chengdu_swiatynia-wuhouci_005

W konstrukcji kompleksu świątynnego Qingyang zawarte zostały zasady taoistycznej filozofii. Przetłumaczona na angielski nazwa świątyni „The green ram temple” jest bardzo intrygująca, a jest taka dlatego, że znajdują się w niej posągi dwóch kozłów o niesamowicie burzliwej i powikłanej historii, w ich wyglądzie zawarte zostały cechy całego chińskiego zwierzęcego zodiaku. Dotknięcie kozłów ma przynosić szczęście.

chi_chengdu_swiatynia-qingyang_002 chi_chengdu_swiatynia-qingyang_001 chi_chengdu_swiatynia-qingyang-koziol_001 Natomiast trzecia ze świątyń buddyjska Wenshu jest na prawdę ogromna. Jest to ponoć jedna z najważniejszych świątyń buddyjskich w Chinach, poświęcona Bodhisatwie Manjusri. Dlatego jest najtłumniej odwiedzana i najbardziej zatłoczona. Wokół niej znajduje się tradycyjnie zabudowany (a raczej odbudowany) kwartał, w którym znajduje się dzienny i nocny bazar.

chi_chengdu_swiatynia-wenshu_001 chi_chengdu_swiatynia-wenshu_002

chi_chengdu_swiatynia-wenshu_004 chi_chengdu_swiatynia-wenshu_003
chi_chengdu_swiatynia-wenshu-zolwie_001 chi_chengdu_swiatynia-wenshu_005 chi_chengdu_swiatynia-wenshu_006 chi_chengdu_nocny-bazar_001chi_chengdu_nocny-bazar_002 chi_chengdu_nocny-bazar_003  

Kanton 2008

Jeśli do Kantonu przyjedziemy prosto z Hongkongu na początku może się wydawać, że jest tu brzydko, brudno, biednie głośno i chaotycznie. Kanton to miasto niełatwe do pokonywania na piechotę ze względu na wszechobecność i dominację samochodów w przestrzeni miejskiej.  Rowerzyści i niepełnosprawni także nie mają łatwego życia ze względu na chodniki w różnym stanie, a czasem ich brak, czy ekstremalnie wysokie krawężniki. Do tego oblepiający wilgotny upał bez możliwości udania się do  jednego z klimatyzowanych sklepów Seven-eleven rozmieszczonych co pięćdziesiąt metrów, żeby trochę się ochłodzić jak ma to miejsce w Hongkongu. Po całym dniu jest się gruntownie lepkim od brudu i potu, kurzu i samochodowych spalin. Na szczęście nie wszędzie tak jest. Życie toczy się intensywnie na zacienionych podwórkach domów, w parkach i herbaciarniach. Pierwsze co rzuca się w oczy to tłumy starszych niesamowicie żywotnych ludzi. Widać, że mimo wszystko jesteśmy w dostatnim kraju, gdzie przynajmniej część emerytów nie musi do późnego wieku pracować, może za to relaksować się w parku na zajęciach ze śpiewu lub najróżniejszych form tradycyjnej i zachodniej gimnastyki, grać w karty albo madżonga przed domem, czy dyskutować popijając prozdrowotne herbaty w przeźroczystych termosach, zawierających przedziwne ingrediencje. Są niezwykle aktywni, po niektórych widać że chyba mają istną zdrowotną obsesję, która nie polega na narzekaniu i częstych wizytach u lekarza, ale na medycynie naturalnej i profilaktycznemu zapobieganiu rozmaitym problemom. Dzięki swojemu trybowi życia a także niezaprzeczalnie  dzięki swojej kuchni, cieszą się dobrym zdrowiem i sprawnością, są mali, żywi, smukli i gibcy, ruszają się szybko i zwinnie niczym nie przypominając naszych emerytów, którzy swój czas spędzają w kolejkach u lekarza, lub w oknach swoich bloków  i uważają że wszystko co dobre już ich w życiu spotkało. U nas prawdopodobnie starszych ludzi jest tylko trochę mniej (bo nie sądzę że w Europie aż tylu ludzi w późnym wieku cieszy się taką sprawnością i zdrowiem) jednak nie są oni widoczni – nie biorą oni udziału w życiu społecznym tak jak w Chinach, tylko siedzą poukrywani w domach a jeśli nie, to raczej robią coś w pojedynkę i na ogół są samotni. Tutaj starzy ludzie bardzo integrują się między sobą, cieszą się czasem który im został i mogą dobrze go wykorzystać dzięki temu że wszystkie swoje obowiązki już spełnili. W godzinach poranno-południowych młodych nie widać bo uczą się, albo pracują i robią biznes. Kanton w pierwszej odsłonie może nie wygląda najlepiej, jednak w porównaniu do wielu innych azjatyckich miejsc ludzie żyją tu całkiem nieźle. Ma przepiękne ogromne bardzo zadbane obszary parkowe, które wyglądają naprawdę jak z innej planety w otoczeniu szalonego ruchu ulicznego, chaosu i zabieganych ludzi. Można godzinami przesiadywać w herbaciarniach, przepięknych świątyniach i nawet nie zdawać sobie sprawy, że obok czas płynie tak szybko.

chi_kanton_ruch-uliczny_001

Ogólnie miasto wygląda dość brzydko i brudno i jest zrobione dla wygody samochodów a nie ludzi.

chi_kanton_bloki_001

Z tego osiedla wydobywał się niezwykle intensywny zapach śmieci rozkładających się w wilgotności i upale.

chi_kanton_swiatynia-szesciu-banianow-pagoda-kwiatow_001

A to już Pagoda Kwiatów w Świątyni Sześciu Banianów. Można na nią wejść.

chi_kanton_swiatynia-szesciu-banianow_001

Mnich oddający się lekturze w Świątyni Sześciu Banianów, którą absolutnie koniecznie trzeba odwiedzić.

chi_kanton_park_001

Parki są prawdziwa enklawą w tym mieście.

chi_kanton_park_002 chi_kanton_park_003
chi_kanton_park_004

Zajęcia ze śpiewu dla emerytów.

W parkach przebywają głównie emeryci i pojedyncze zakochane pary na randce.  Miejscem spotkań i relaksu młodych, ciężko pracujących Chińczyków są centra handlowe dudniące o wiele za głośną i zbyt tandetną muzyką i migające kolorowymi światłami i zbyt jaskrawymi barwami by miało to dobry gust i smak. W jakości wykonania daleko im do swoich Hongkońskich stonowanych i eleganckich pierwowzorów. Wyglądają trochę jak kiepskie imitacje wymarzonego przez nich konsumpcyjnego stylu życia. Chińczycy rzucili się na ten model życia z zachłannością dziecka, któremu wszystko wolno. Szalonego pędu kupowania i konsumpcji nic nie jest w stanie powstrzymać. Myślę że to odreagowanie po latach komunistycznego reżimu gdzie wszyscy, przynajmniej teoretycznie, musieli mieć to samo i po tyle samo. To pewnie pierwsi od wielu lat mieszkańcy tego kraju, którzy mogą realnie spełnić część marzeń o życiu w we względnym dostatku i normalności, owszem nie we wszystkich aspektach, bo cenzura i brak dostępu do wolnych mediów i inne komunistyczne upiory mają się świetnie, ale na razie w ogóle im to nie przeszkadza – zadowalają się nielimitowaną możliwością zarabiania i wydawania pieniędzy. Pewnie na jakiś czas (jedno, dwa pokolenia?) im to wystarczy – ciekawe co stanie się, gdy zapragną czegoś więcej. Poza tym do głosu coraz częściej zaczynają dochodzić różne narodowe mniejszości, albo po prostu części kraju które z Chinami nie mają nic wspólnego, ale są ich częścią. Chiny to taka trochę tykająca bomba. Z pewnością czekają je wielkie zmiany – ciekawe czy odbędą się one jeszcze za naszego życia.

chi_kanton_miasto-noca_002

Chodzimy cały dzień po Kantonie zgubiliśmy się już kilka razy, lepimy się od kurzu potu i znoju, nagle słyszymy coraz głośniejszą dudniącą technomuzykę. Idziemy w jej stronę. Zza zakrętu wyłania się taki widok.

chi_kanton_miasto-noca_001 chi_kanton_lampiony_001 chi_kanton_rzeka-perlowa_001 chi_kanton-rowerzysci_001chi_kanton_ruch-uliczny_002

Włócząc się po Kantonie przypadkiem zachodzimy do herbaciarni. Właściciel zaprasza nas do środka raczej nie mówi po angielsku, ale rozmawiamy z nim przy pomocy naszych chińskich rozmówek, testujemy po raz pierwszy nasz system komunikacji z Chińczykami poprzez pokazywanie w nich sobie nawzajem chińskich znaków. Od biedy daje radę. Jak okazuje się że jesteśmy z Polski nasz rozmówca bardzo chce wiedzieć gdzie to jest. Mam przy sobie mały kalendarz z mapą świata i strefami czasowymi i pokazuję mu na mapie – jest zachwycony że rozmawia z ludźmi z tak daleka. W ogóle nie mieści mu się to w głowie, ogląda tą mapę raz po raz. Idzie po żonę, a po chwili żona idzie po dzieci, żeby mogły pooglądać ludzi z dalekich stron. Pokazuje nam chyba z dziesięć herbat i nas nimi częstuje w maleńkich spodeczkach, aż zaczyna nam się robić głupio, tłumaczy nam o nich, niestety nic z tego nie wiemy  bo ich nazwy są chińskie i na ich temat kompletnie nie jesteśmy w stanie pogadać przy pomocy naszych rozmówek. Na odchodnym czujemy się w obowiązku kupić u niego herbatę, którą potem musimy nosić ze sobą prawie przez cały miesiąc, ale co poradzić. Po dziś dzień nie wiemy co kupiliśmy, bo było to coś pośredniego między herbatą zieloną a pu-erch na pewno lekko sfermentowane, ale nasz gospodarz bardzo ten model cenił.

Kowloon 2008

Hongkong dla mnie jest idealnie w sam raz. To miejsce do którego z pewnością wrócę i śmiało mogę go polecić każdemu. Bardzo chciałabym pomieszkać w nim przez dłuższy czas i mam nadzieję, że kiedyś mi się uda. Jest małym krajem (dla niektórych jakiś czas temu przestał być krajem w ogóle, ale granice póki co istnieją a odrębność od Chin mocno widać) dzięki czemu stosunkowo łatwo radzi sobie z rozmaitymi problemami, z drugiej strony nie jest tak mały by na przykład w całości dało się go przejść w jeden dzień i więc nabawimy się w nim klaustrofobii. Spokojnie byłoby tu co robić przez miesiąc. Większości ludzi kojarzy się tylko z biznesową wyspą pełną białych kołnierzyków, taka jest jednak tylko niewielka część Hongkongu.  Na każdym kroku widać że Hong Kong był oczkiem w głowie Anglików. Wszystko w nim jest starannie przemyślane i zrobione tak by jak najefektywniej wykorzystać jego specyfikę geograficzną i położenie. Z połączenia przeciwieństw zupełnie innego podejścia do świata Anglików i Chińczyków wyszła naprawdę świetna wypadkowa, która sprawia że to miejsce wygląda na dość przyjemne do życia (nie wgłębiając się tutaj w realia polityczne, pracowe i płacowe). Jest nowocześnie, ale bez przesady. Jest raczej wygodnie przynajmniej jeśli chodzi o podstawowe miejskie zagadnienia takie jak świetnie zorganizowany transport czy czysta woda, niestety ponoć nie da się tego powiedzieć o zbyt małej powierzchni większości mieszkań. Jest czysto i bezpiecznie ale ta czystość i bezpieczeństwo nie ocierają się niebezpiecznie o paranoję jak w Singapurze. Dzięki temu Hongkong jest nowoczesny ale przy tym, jak na mój gust, ludzki. Co ważne, nie będziemy mieć tutaj odczucia znajdowania się w centrum masowej turystyki jak ma to miejsce na przykład w Bangkoku, gdzie na każdym kroku ktoś ma do nas jakiś „interes” i albo chce nam sprzedać coś wysoce nielegalnego, albo oszukać. Tutaj nikomu nie wpada do głowy by w tak nieuczciwy sposób zarabiać i uprzykrzać  życie przyjezdnym. Może zrobiły to lata angielskiego panowania, może skuteczne prawo, albo po prostu jego egzekwowanie, ale można się tam czuć w stu procentach bezpiecznie.

Kowloon, dzielnica sklepów z tanią elektroniką, nocnych bazarów z zazwyczaj podrabianą markową odzieżą, mnóstwem tanich jadłodajni w których można rewelacyjnie i bezpiecznie zjeść, oraz budżetowymi hotelikami o rekordowo małej powierzchni pokoju, na przykład w Chunking Mansions, w których zresztą kręcono jeden z moich absolutnie ulubionych filmów „Łowcę Androidów” przyciąga tłumy. Kompletnie nie pasuje do drogiej, perfekcyjnej i zadbanej wyspy Hong Kong. Atmosfera jest mocno chińska. Pełno tu także małych zagraconych sklepików, sprzedających na przykład różne dziwne substancje takie jak składniki leków tradycyjnej chińskiej medycyny, tradycyjne produkty spożywcze i mnóstwo innych rzeczy wszelakiego możliwego przeznaczenia. Sprzedają w nich zazwyczaj ludzie w mocno zaawansowanym wieku, ze swoimi miejscami pracy niemal zrośnięci, bo pewnie pracują w nich kilkadziesiąt lat, zazwyczaj sprawnie mówią po angielsku i dobrze pamiętają czasy kiedy Hongkong należał do Wielkiej Brytanii. W każdym takim przedsiębiorstwie obowiązkowo znajduje się ołtarzyk z fotografiami zmarłych członków rodziny, przy którym kilka razy dziennie pali się kadzidła, w tle hałasuje wentylator i miga mały telewizor a do ścian poprzyklejane są plakaty z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Moje serce na widok tego wszystkiego dosłownie topnieje jak wosk. Ta część miasta wygląda jak żywa sceneria filmów Wong Kar Waia. Wszystko jest tu lekko zmurszałe i przyszarzałe. Przetrwało niejedną gigantyczną ulewę czy tajfun i przetrwa jeszcze wiele więcej.

Tymczasem na zewnątrz przez prawie całą dobę nieprzerwanie przechodzą tłumy ludzi spragnionych zakupów i niedrogiego a przy tym znakomitego ulicznego jedzenia. Woda z klimatyzatorów kapie im na głowy. Jest ich tak dużo, że idąc wśród nich można tylko poruszać się ze jednostajną średnią prędkością i podążać za tłumem, ciężko się także nagle zatrzymać bo ludzka fala pcha nas do przodu i trzeba najpierw zejść nieco na bok. Gdzie indziej, w takim tłumie z pewnością działy by się różne niebezpieczne rzeczy, ktoś kogoś mógłby próbować okraść, napastować seksualnie, czy stratować w przypływie nagłej paniki. Tutaj jednak nie dzieje się nic takiego jest całkowicie bezpiecznie, tłum porusza się z bezbłędną precyzją a cały ten miejski organizm działa sprawnie i wydolnie. Co kilka minut podjeżdżają piętrowe klimatyzowane autobusy które wypluwają nowych amatorów nocnego życia i zakupów jednocześnie zabierając tych już nasyconych do daleko położonych wielopiętrowych blokowisk. Wszyscy grzecznie stoją i czekają na swoją kolej, nikt się nie pcha. Również metro działa idealnie. Z jego gardzieli wylewa się ludzka rzeka. Podziemne tunele, którymi zresztą da się przejść na prawdę spore odcinki są klimatyzowane, idealnie czyste, „upstrzone” licznymi tabliczkami z zakazami, na przykład śmiecenia i plucia. Skonstruowane tak, by obywatele jak najsprawniej mogli poruszać się w obydwu kierunkach (ruch jest lewostronny). Całość przypomina sprawnie działające mrowisko.

hkg_hong-kong_tlum-na-ulicy_002 hkg_hong-kong_kowloon-autobusy_002 hkg_hong-kong_tlum-na-ulicy_001 hkg_hong-kong_szyldy_001 hkg_hong-kong_kowloon-autobusy_001 hkg_hong-kong_metro_001 hkg_hong-kong_prom_001 hkg_hong-kong_ulica_001