Archiwum kategorii: Turcja

Şanlıurfa 2012

Wizyta w Urfie to moje chyba najintensywniejsze tureckie przeżycie kiedykolwiek. To jak na razie jedyne miasto w Turcji zamieszkiwane w większości przez Kurdów, które odwiedziłam.  W Urfie jest też spora mniejszość arabska. Dzięki temu, doświadczenia z wizyty w tym mieście są nieporównywalne. Urfa znajduje się stosunkowo niedaleko od śródziemnomorskich kurortów, bo 500 kilometrów w tureckiej skali nie jest specjalnie dużą odległością, jednak mentalnie od tureckiej riviery dzielą ją stulecia. Ma to swoje dobre i złe strony. Jest to miejsce na wskroś tradycyjne. Bazar i domy przylegającej do niego medyny oraz starych dzielnic miasta, wyglądają na niezmienione od setek lat. Pojawiły się tylko współczesne elementy dodane, w postaci mocowanych na dachu baniaków do solarnego ogrzewania wody, oraz licznych anten satelitarnych.

tur_sanliurfa_panorama-miasta_001

Taka panorama miasta rozciąga się z twierdzy Kale, według legendy to na tym wzgórzu próbowano stracić Abrahama.

tur_sanliurfa_medyna_001

Dzielnica zwana Medyną przylegająca do bazaru. Tradycyjne domostwa.

tur_sanliurfa_medyna_002

Można się tutaj strasznie łatwo pogubić z powodu mnóstwa wąskich uliczek.

tur_sanliurfa_brama_001 tur_sanliurfa_brama_002

Ludzie nie boją się tutaj ubierać w tradycyjne stroje i niektórzy wyglądają tak, jak mogli by wyglądać i sto lat wcześniej, zdradza ich zazwyczaj jakiś jeden szczegół na przykład telefon komórkowy, czy plastikowa reklamówka. Trudno spotkać z tym mieście kobietę ubraną niezgodnie z zasadami islamu, wszystkie inne mężczyźni pożerają wzrokiem, nawet jeśli noszą zwykłego t-shirta i długie spodnie. Przypuszczam, że byłby to fatalny pomysł ubrać się tutaj w krótkie spodenki lub spódnicę krótszą niż do kostek. Nie spotkamy w Urfie autokarów z  tłumami zachodnich turystów, co najwyżej osoby podróżujące indywidualnie. Miejscowi na bazarze i w dzielnicach starego miasta nie są bardzo przyzwyczajeni do przyjezdnych. Niesamowicie reagują na aparat fotograficzny. Widząc go, zaczepiają, ustawiają się przed aparatem i każą sobie zrobić zdjęcie. Nie wiem o co im z tym chodziło. Przecież wiedzieli że to nie polaroid i z aparatu nie wyskoczy zaraz dla nich odbitka. Po prostu bardzo chcieli  żeby ktoś utrwalił i zabrał sobie ich twarz. Nie dało się spokojnie przejść choćby krótkiego odcinka bo mnóstwo osób zaczepiało i prosiło żeby zrobić im zdjęcie. Istne szaleństwo. Skoro już udało im się namówić obcokrajowca na zrobienie im zdjęcia, zazwyczaj prezentowali się na nim godnie i z szerokim uśmiechem, aczkolwiek nie było miejsca na żadne wygłupy. Patrząc na te zdjęcia, można pomyśleć że to miasto straszliwie zadowolonych ludzi.

tur_sanliurfa_piekarnia_001

Nawet wizyta w piekarni musi skończyć się sesją fotograficzną. Tu zdjęcie grupowe. Następnie były zdjęcia w podgrupach i indywidualne.

tur_sanliurfa_ludzie_015 tur_sanliurfa_ludzie_014
tur_sanliurfa_ludzie_001tur_sanliurfa_ludzie_002tur_sanliurfa_ludzie_003tur_sanliurfa_ludzie_004tur_sanliurfa_ludzie_005tur_sanliurfa_ludzie_006tur_sanliurfa_ludzie_007tur_sanliurfa_ludzie_008tur_sanliurfa_ludzie_010tur_sanliurfa_ludzie_011tur_sanliurfa_ludzie_012tur_sanliurfa_ludzie_013
tur_sanliurfa_ludzie_009

Zarówno kobiety jak i mężczyźni narodowości kurdyjskiej noszą fioletowe chusty, które wspaniale podkreślają ich ciepły kolor skóry. Kiedy kilkakrotnie chcę sobie taką kupić i je mierzę, zawsze okazuje się że mojego koloru skóry ten fiolet wcale nie podkreśla, wręcz przeciwnie wydobywa cienie pod oczami i inne niedoskonałości. Niektóre starsze kobiety na twarzy mają tatuaże, dość powtarzalne, ale chyba nie ma dwóch identycznych. Gdy zapytałam kilku ludzi władających językiem angielskim, co one oznaczają, otrzymałam dwa rodzaje odpowiedzi. Jedni twierdzili, że takie tatuaże nosiły w dawnych czasach tylko zamężne kobiety które pracowały, wychodziły na zewnątrz i nie spędzały całego życia w obrębie domu. Na twarzy za pomocą symboli miały wypisane informacje czym się zajmują, o klanie z którego pochodzą, a także o liczbie  dzieci które urodziły. Inni natomiast twierdzili, że zrobienie takiego tatuażu to wola kobiety, zawiera on informacje o jej przynależności do męża, liczbie dzieci, które urodziła i ma znaczenie ochronne i magiczne nie wiąże się z wykonywaniem przez nie żadnej pracy. Teraz się od tego odchodzi. O konserwatyzmie społeczeństwa Sanliurfy musi świadczyć także fakt, że wszystkie tradycyjnie ubrane kobiety noszą na sobie mnóstwo złota. To ich zabezpieczenie, z którym się nie rozstają. Oszczędności jeszcze nie lokuje się w bankach tylko nosi na sobie.

Do Urfy przyjechaliśmy chcąc obejrzeć ważne miejsca kultu – związane z Abrahamem i Hiobem, dzięki nim nosi ona nazwę „miasto proroków” i jest znaczącym miejscem na religijnej mapie Turcji. Planowo mamy zostać tu jakieś dwa dni. Jest tam jednak tak intensywnie i ciekawie, że zostajemy tam prawie do końca naszego pobytu w Turcji wracając dosłownie na dzień przed wylotem do Stambułu. Dzieje się to oczywiście za sprawą ludzi. Wychodząc rano na miasto i wracając do hotelu późnym wieczorem, można poznać nawet kilkanaście ludzkich historii. Część z nich jest bardzo dobrze opowiedziana, część to zaledwie zlepek kilku znanych przez rozmówcę w obcym języku słów, na szczęście podstawy tureckiego przynajmniej ze słuchu coraz lepiej rozumiem (choć powtórzyć nie jestem w stanie), gorzej jest z kurdyjskim.  Niektórzy zdradzają przyjezdnym najintymniejsze szczegóły, których nigdy nie zdradzili by sąsiadowi, czy rodzinie, przed którymi grają pobożnych muzułmanów. Tak jest zawsze, że najlepiej rozmawia się z nieznajomymi. To niesamowicie wciągające. Historie są do siebie dość podobne. Sporo naszych rozmówców ma dwa życia. Jedno na pokaz dla rodziny i sąsiadów, a drugie prawdziwe mocno skrywane, w którym mogą być sobą i pozbyć się presji bycia idealnym. Jak w każdym mocno religijnym miejscu, hipokryzja ma się świetnie.

Najgorzej jest z tymi, którzy jeszcze na podwójne życie nie mogą sobie pozwolić bo są zależni od rodziców gdyż nie zarabiają swoich pieniędzy, a mianowicie z nastoletnimi wyrostkami. Bardzo religijny klimat miasta w zestawieniu z pokusami współczesnej popkultury wybitnie im nie służy.  Fatalnie zachowują się wobec kobiet, zwłaszcza obcych. Miałam z nimi kilka nieprzyjemnych sytuacji. W tej najmniej przyjemnej wyrostek uciekł  nie zdążywszy zarobić ode mnie w twarz, czego do dzisiaj żałuję, bo myślę że taka terapia podziałała by na niego trzeźwiąco.  Pozostali ludzie na szczęście  nadrabiają te drobne minusy swoją gościnnością i serdecznością. Ciągle tylko pijemy herbatę za herbatą. Starają się też polecić nam różne miejsca do dalszej jazdy, ostrzec przed niebezpieczeństwami, i ujawnia to animozje pomiędzy nimi. Turcy przestrzegają nas żebyśmy nie jechali do Diyarbakır, bo to miasto jest złe na wskroś i na pewno nas tam obrabują. Kurdowie twierdzą coś zupełnie przeciwnego. Mówią że trzeba jeździć po terenach kurdyjskich i wcale nie przejmować się propagandą jaką zły turecki rząd stara się szerzyć, a prawdziwe zło czai się w Stambule gdzie można zostać okradzionym na każdym rogu. Wszyscy ostrzegają się przed sobą nawzajem. Pod bardzo religijną, piękną i uładzoną skorupką kryją się mocne antagonizmy, namiętności i sekrety.

Jednak zarówno Kurdowie jak i Turcy zgodnie odwiedzają dwa ważne pielgrzymkowe miejsca w mieście. Pierwsze z nich – ważniejsze, to Gölbasi na terenie którego znajduje się Balikgol – jezioro pełne świętych karpi. Miejsce to związane jest z prorokiem Abrahamem i złym królem Nemrutem (Nimrodem), który chciał ukarać go za nieokazywanie szacunku starym bożkom. Król nakazał by Abrahama spalono na stosie. Bóg stanął w obronie swojego proroka. Zamienił ogień w wodę, a rozżarzone węgle w ryby. Abraham został zmieciony podmuchem wiatru z górującego nad miastem wzgórza na którym odbywała się jego egzekucja. Nic mu się nie stało gdyż opadł na różane krzewy. W miejscu w którym to się stało, stoi obecnie meczet Halilur Rahman Camii z XIII wieku wybudowany w stylu osmańskim. Do Balikgol przylega Dergah – jaskinia w której Abraham miał się urodzić z osobnymi wejściami dla kobiet i mężczyzn. Legenda o jego narodzinach mocno przypomina dzieje narodzin Chrystusa. Całość ma niesamowitą atmosferę jakby panowało tutaj nie kończące się święto. Czas płynie zdecydowanie wolniej niż na zewnątrz kompleksu. Pielgrzymi leniwie przetrząsają stragany z pamiętkami, każdy mężczyzna i niektóre kobiety obowiązkowo nabywają kefiję (znaną w Polsce pod dziwną nazwą arafatka) która jest najpopularniejszą pamiątką ze świętego miejsca, symbolem odbytej pielgrzymki. Niestety nie udało mi się dogadać z nikim kto by mi wyjaśnił, dlaczego właśnie ta chusta jest symbolem pielgrzymki do Urfy.

tur_sanliurfa_balikgol_002

Każdy pielgrzym musi obowiązkowo nakarmić święte karpie, których nie wolno łowić, bo wędkarza spotkać za to może kara boża.

tur_sanliurfa_balikgol_001

Święte karpie są olbrzymie i tłuste, żyją sobie szczęśliwie nie wiedząc o istnieniu polskiej wigilii i węgierskiej zupy halaszle.

tur_sanliurfa_balikgol_003

Widok mężczyzn trzymających się za rękę i spokojnie spacerujących po kompleksie nikogo nie dziwi.

Kolejnego dnia postanawiamy odwiedzić Eyyübiye. Muzułmanie wierzą, że to właśnie w tym miejscu znajduje się jaskinia, w której cierpiał (biblijny i koraniczny) prorok Hiob, wystawiony na próbę przez Boga. Eyyüp Pergamber to miejsce gdzie spędził on siedem lat, podczas których Iblis zabrał mu majątek i doświadczył go trądem. Nie zachwiało to jednak jego wiary i po tym czasie Bóg uratował swojego proroka i przywrócił mu zdrowie i dawną pozycję. Pielgrzymi przychodzą w to miejsce prosić o cierpliwość oraz nabrać wody ze świętego źródła, która ma leczyć wszelkie choroby. Do jaskini schodzi się kilka metrów pod ziemię. Na przemian wchodzą do niej grupowo raz kobiety, a raz mężczyźni, żeby nie przydarzyło się nic nieodpowiedniego. Pod ziemią jest duszno i ciasno i nie da się wysiedzieć zbyt długo, kobiety zachowują się ekstatycznie. W kompleksie znajduje się też przepiękny, wyłożony ceramiką meczet. Dalej rozciągają się luźno zamieszkałe tereny, ziemia ma niesamowity czerwonawy kolor. Nagle robi się niezły zamęt. Do kompleksu przyjeżdża wycieczka całkowicie zeuropeizowanych Turków z Ankary. Wszędzie pełno kobiet w spodniach i z gołymi głowami, w podkoszulkach z tatuażami, piercingiem i włosami obciętymi na jeża. Zachowują się jak na fotograficznym safari w jakimś skansenie, ich lustrzanki nieustannie klikają. Miejscowi chętnie pozują im do zdjęć. Jedyna rzecz jaką mają wspólną to język.

tur_sanliurfa_meczet-eyyubiye_004

Meczet Eyyübiye, wyłożony przepiękną ceramiką.

tur_sanliurfa_meczet-eyyubiye_001 tur_sanliurfa_meczet-eyyubiye_002

tur_sanliurfa_meczet-eyyubiye_003

Bazar w Urfie zasługuje niemal na osobny wpis. Kupimy tutaj rękodzieło wykonywane na potrzeby lokalne, a nie z myślą wyłącznie o turystach jak ma to miejsce na przykład na Starym Bazarze w Stambule. Miasto słynie z wyrobów metaloplastycznych, jedwabiu i papryki zwanej Urfa Biber. Kupimy tutaj suszone niekonserwowane siarką morele z Malatyi, zjemy cig kofte – przepyszne grillowane jagnięce podroby, zawinięte w cienki arabski chleb.

tur_sanliurfa_metaloplastyka_001

Na środku taca z tradycyjnym wzorem z Urfy ze świętymi karpiami. Po lewej przedstawienie Szahmeran –  dobrej i mądrej królowej węży występującej w legendach całej Anatolii.

tur_sanliurfa_stragan-z-papryka_001

Papryka z Urfy jest wyjątkowa w skali całej Turcji i występuje jako osobna przyprawa.

Hatay 2012

Po niespełna trzech latach od ostatniej wizyty jesteśmy w Turcji po raz trzeci z zamiarem pojechania nieco dalej niż ostatnio. Jako że samolot do Stambułu mamy o dogodnej godzinie, bez przesiadek i nic się nie spóźnia, decydujemy się na pojechanie na Otogar i kupno biletów na nocny autobus. Rozstrzał miejscowości do których chcemy pojechać jest spory od Malatyi i Gizantep poprzez Sanliurfę i Hatay. Na dworcu autobusowym oddajemy się w ręce autobusowych naganiaczy, którzy bombardują nas swoim niezłomnym tureckim marketingiem i to nie my z nimi, ale oni o nas się targują. Wybieramy ofertę jednego z nich na nocny autobus do Antakyi czyli Hatay, nie pakujemy się do niego od razu, tylko idziemy jeszcze coś dobrego zjeść i przez to cena transportu jeszcze spada, bo robi się bardziej „last minute”. Na widok autobusu dosłownie opadają nam szczęki. Przez trzy lata stały się jeszcze bardziej wypasione. Teraz każdy fotel ma własny ekran dotykowy i entertainment jak w samolocie i można do upadłego oglądać tureckie opery mydlane i superprodukcje z Hollywood.

tur_autobus_ekrany-w-fotelach_001

Nigdy nie zapomnę pierwszego kontaktu z tureckimi autobusami. Po poniewierce po ukraińskich wertepach w (skądinąd przez sentyment dość miło teraz wspominanym) ukraińskim autobusie z Przemyśla do Suczawy, a następnie nieco mniejszej ale także poniewierce pociągiem z Suczawy do Bukaresztu z całą galerią żebraków, Cyganów i grajków, po dwu dniach spędzonych w stolicy Rumunii wsiadamy do autobusu firmy Toros do Stambułu. Nie spodziewamy się po nim niczego szczególnego, jednak powoduje on u nas mocny szok kulturowy. Najpierw zamówiona przez firmę taksówka zawozi nas z  biura w centrum do poczekalni na obrzeżach miasta. Z zewnątrz nie wygląda to szczególnie. Wchodzimy z bukaresztańskiego bezładu i chaosu i widzimy: klimatyzowaną niemal sterylną poczekalnię, z super czystymi łazienkami, stanowiskami z kawą, herbatą, lemoniadami. Ktoś zabiera nam bagaże i ładuje do luku żebyśmy się przypadkiem nie zmęczyli. Wskazują nam nasze numerowane miejsca. Wsiadamy do ekstremalnie czystego autobusu ze stewardami jak w samolocie, którzy zaczynają swoją pracę od polania gościom wody kolońskiej na ręce by mogli się odświeżyć. Następnie z regularnością co 2-3 godziny poją nas lodowato zimną wodą, robią herbatę albo kawę, dają ciastka i lody, co kilka godzin zatrzymują się na parkingach. Po postkomunistycznym transporcie Ukrainy i Rumunii jesteśmy strasznie skołowani. W kraju w którym benzyna jest tak droga, nocą na drogach szybkiego ruchu praktycznie nie ma osobówek. Suną tylko niezliczone ciężarówki wyprzedzane przez futurystyczne autobusy wysokie jak wieże oblężnicze. Parkingi dla takich autobusów są lepiej wyposażone niż niejedno prowincjonalne lotnisko, na każdym obowiązkowo jest meczet lub sala modlitw, osobno dla mężczyzn i kobiet, plac zabaw dla dzieci, mnóstwo różnych całodobowych sklepów i jadłodajni.

Kiedy w południe następnego dnia wysiadamy w Hatay, nie jesteśmy strasznie sponiewierani mimo autobusu, samolotu i kolejnego autobusu, bo w tym tureckim można całkiem wygodnie się wyspać. Kiedy w Hatay przesiadamy się do busika żeby dojechać do centrum miasta, w wyniku skomplikowanej układanki po to, by obcy mężczyźni nie siedzieli obok obcych kobiet, obok mojego małżonka siada tradycyjnie ubrany młody mężczyzna z brodą, który jest na tyle religijny, że kompletnie mnie ignoruje, z dumą opowiada mu (nam) po angielsku, że jest z Libii i właśnie jedzie do Syrii by prowadzić tam szkolenia z dżihadu. Oprócz niego nikt z pasażerów się do Syrii nie wybiera. Taksówkarze niegdyś żyjący z podwożenia turystów z Hatay do syryjskiej granicy stoją i się nudzą, ewentualnie pytają nas w żartach czy może chcemy pojechać sobie postrzelać. Zresztą prowincja Hatay przyłączona do Turcji została dopiero w 1939 roku na mocy referendum.  Rok wcześniej odłączyła się od Syrii i próbowała być osobnym państwem. Widać że jest tu inaczej niż w Turcji chociażby z powodu kuchni, czy ruchu ulicznego. Wszyscy jeżdżą jak kompletni szaleńcy nieobliczalnie szybko i bez pojęcia – nieważne którą połową drogi byle do przodu, nie licząc się z tym czy ktoś inny jedzie blisko za lub przed nim. Bez ostrzeżenia zmienia się tu pasy, wyjeżdża pod prąd chcąc włączyć się do ruchu po przeciwnej stronie. Z wyposażenia samochodu używa się tutaj pedału gazu i klaksonu a urządzenia takie jak kierunkowskaz czy lusterka wsteczne są absolutnie nieznane i niepotrzebne. Nawet przejście przez ruchliwą ulicę dostarcza niezapomnianych wrażeń bo znajdując się na pasie ruchu samochodów jadących w jedną stronę można zostać przejechanym przez zabłąkany pojazd jadący pod prąd, który jeszcze na nas trąbi ze świętym oburzeniem. Co by nie mówić na tureckich kierowców, dla mnie w ich jeździe zawsze jest pewien rozsądek, jakaś logika i nigdy nie czuję zagrożenia. Może jeżdżą szybko i drapieżnie, ale pewnie i przewidywalnie. Ale nie w Hatay, tutaj przez pół godziny można przedefiniować sobie wszystkie prawa ruchu drogowego. Nie odważyłabym się prowadzić tutaj samochodu.

W pierwszy dzień mamy siłę jedynie na wycieczkę do ogromnego miejskiego parku, który tętni życiem. Chodzimy też trochę po mieście w nocy i nocnego życia w nim nie ma, chociaż niedaleko naszego hotelu jest lokal na którym napisane jest pub i leci rockowa muzyka. Oprócz niego wszystko dość szybko się zamyka jak na głęboką prowincję Turcji przystało. Jedynymi czynnymi do późna lokalami są cukiernie sprzedające lokalny specjał Künefe (bo Hatay to miasto słynące z najlepszego w całej Turcji Künefe). Oglądamy też witrynę pewnego fotografa u którego można zamówić sobie horrorystycznie wyglądający dywanik ze ślubnym zdjęciem. Kolorystyka tych dywanów bardzo przypomina kolory mozaik, które nazajutrz mamy obejrzeć i nie mogę oprzeć się wrażeniu że to taka współczesna mozaika dla ubogich.

tur_hatay_park-miejski_001 tur_hatay_park-miejski_002 tur_hatay_park-miejski_003 tur_hatay_park-miejski_004

tur_hatay_park-miejski_sprzedawca-waty-cukrowej_001 tur_hatay_witryna-u-fotografa_001
tur_hatay_miasto-noca_002 tur_hatay_miasto-noca_001 Następnego dnia odwiedzamy muzeum rzymskiej mozaiki. W czasach imperium rzymskiego miasto nazywało się Antiochia i było stolicą rzymskiej prowincji Syrii oraz jednym z najważniejszych centrów kulturalnych, handlowych, politycznych i religijnych całego basenu Morza Śródziemnego. Właśnie w tym czasie powstawały tutaj arcydzieła sztuki mozaiki. Po dostaniu się w ręce Turków w XIII wieku miasto bardzo mocno straciło na znaczeniu i stało się głęboką prowincją. Zawsze wydawało mi się że mozaika nie jest specjalnie ciekawa, ponieważ oglądałam jedynie współczesne prace wykonane tą techniką. Zdanie można zmienić oglądając takie z czasów rzymskich i bizantyjskich. Z bliska przypominają dość bezładną układankę. Z daleka układają się w bardzo precyzyjny obraz, z którego możemy odczytać na przykład wyraz twarzy osoby którą ona przedstawia. Widać że jej twórcy musieli wiedzieć sporo o zasadach jakie rządzą ludzkim widzeniem. Musieli mieć też świetną znajomość materiałów z których je tworzyli, mimo ubogiej palety kolorystycznej udawało się im uzyskiwać czytelny i wyrazisty obraz. Szkoda że współcześni twórcy mozaiki nie są w stanie dorównać tym z czasów starożytnych.

tur_hatay_muzeum-mozaiki_001 tur_hatay_muzeum-mozaiki_004 tur_hatay_muzeum-mozaiki_003 tur_hatay_muzeum-mozaiki_002

Kolejnego dnia wybieramy się na przedmieścia Hatay, pod pretekstem obejrzenia kościoła zwanego Grotą Apostoła Piotra. Nie wiemy nawet czy będzie otwarte. Wstęp do niego okazuje się zdecydowanie nie wart swojej ceny i spokojnie mogliśmy sobie wchodzenie tam odpuścić. W międzyczasie zabytek zostaje zaatakowany przez hordę turystów z Korei, którzy właśnie dorośli do poziomu ekonomicznego Japończyków sprzed kilku dekad. Zaczynają jeździć po świecie nie umieją się jeszcze zachować. Turyści Japońscy przez lata zmienili się i już nie przypominają zahukanych osób pędzonych parami z kamerą w jednej i aparacie fotograficznym w drugiej dłoni rejestrujących wymarzony urlop w czasie rzeczywistym, no może jeszcze czasami można kogoś takiego spotkać. Ci dzisiejsi bardziej przypominają post-turystów, coraz częściej jeżdżą indywidualnie choć na miejscu zawsze korzystają z lokalnych przewodników i prywatnego transportu. Koreańczycy są w takim stadium jak Japończycy 20 lat temu strasznie hałaśliwi, żądni wrażeń cały czas robią zdjęcia najtańszymi kompaktami jakby znajdowali się na fotograficznym safari.

tur_hatay_przedmiescia_001

Przedmieścia Hatay wyglądają rewelacyjnie. Kończy się miasto i nagle zaczynają pionowe skaliste góry.

tur_hatay_grota-apostola-piotra_001

Kościół zwany Grotą Apostoła Piotra.

tur_hatay_grota-apostola-piotra_003

Nagły atak koreańskiej wycieczki.

tur_hatay_grota-apostola-piotra_002

Z zewnątrz oszpecony metalowymi barierkami i płotami.

tur_hatay_kamienica_001

A to już kamienica w centrum Hatay, uwielbiam takie.

W ten dzień w centrum Hatay odwiedzamy także lokalnego mistrza hummusu, bo miasto słynie także z tej potrawy Sposób w jaki robi i podaje nam hummus opisuję w tym poście. Normalnie w Turcji nie tak prosto zjeść hummus, ale tutaj panują bardziej syryjskie tradycje kulinarne, co widać w jakiejkolwiek jadłodajni, do której pójdziemy. W daniach jest mnóstwo dość ostrej mięty (ta nasza polska przeważnie się do niej nie umywa), cytryny i małych ale nawet jak na mój gust bardzo ostrych zielonych chili w occie winnym. Jeśli komuś jest mało, do każdej potrawy jaką zamówimy podawany jest gratis talerz pełen dodatkowych cytryn mięty i chilli. Ludzie zagryzają miętą każdy kęs potrawy i wyglądają jak króliki.

tur_hatay_mistrz-hummusu_003

Mistrz hummusu w swoim królestwie.

tur_hatay_dodatki do-obiadu_001

A to standardowy zestaw przypraw jaki dostaniemy do jakiejkolwiek zamówionej potrawy w tym mieście. Obok stoi ayran.

Stambuł 2009 część druga

Z powrotem jesteśmy w Stambule. Jeszcze tego samego dnia wybieramy się na wieczorny spacer nadbrzeżem. Zaczynamy w dzielnicy Sirkeci a kończymy gdzieś przy Yenikapi. Jest  naprawdę piękny wieczór i zazdrościmy wszystkim piknikującym i grillującym grupom ludzi, bo nie mamy z sobą takiego wyposażenia jak oni i co najwyżej możemy posiedzieć na ławce lub na kamieniach. Sporo mężczyzn pije raki rozrobione z wodą i kostkami lodu zagryzając to melonem. Tak podane raki ma kolor biały, Reszta raczy się cayem. Można też zakupić rozmaite przekąski, ciecierzycę prażoną i smażoną na różne sposoby,  oraz małże.

tur_stambul_yeni-camii-rodzina-na-wycieczce_003

To jeszcze migawki spod Nowego Meczetu (Yeni Camii)

tur_stambul_yeni-camii-rodzina-na-wycieczce_001

Na przykład oficjalny miejski sprzedawca karmy dla gołębi.

tur_stambul_yeni-camii-rodzina-na-wycieczce_002

I zdjęcie grupowe.

tur_stambul_yeni-camii-chlopiec-i-golebie_001 tur_stambul_wieczorny-spacer-po-nadbrzezu_003 tur_stambul_wieczorny-spacer-po-nadbrzezu_002 tur_stambul_wieczorny-spacer-po-nadbrzezu_001

tur_stambul_wieczorny-spacer-po-nadbrzezu_004

Następnie wybieramy się do leżącej dość daleko od centrum fortecy Yedikule. Dojeżdża się tam kolejką podmiejską, która jedzie także przez tereny zamieszkiwane przez tureckich Cyganów. Dużo ich wsiada z nami na stacji Sirkeci, kończą swój poranny  (a może nocny) dyżur żebrania lub segregowania odpadów. Brudne dzieciaki liżą zakupione lody. W pociągu od razu wybucha ostra kłótnia między nimi i Turkami bo niektórzy próbują żebrać, a może nawet próbują kogoś okraść. Widać, że są oni bardzo niemile widziani w społeczeństwie, które tak bardzo hołduje pracy i ogólnie pojętej porządności, bo ludzie reagują na nich z nieukrywaną odrazą. My też nie czujemy się szczególnie bezpiecznie, zwłaszcza że jest ich w wagonie większość. Na szczęście sporo z nich wysiada przed nami. Pierwsze spotkanie z tutejszymi cyganami mieliśmy już podczas wycieczki na mury obronne nieopodal dzielnicy Fatih gdzie ich prowizoryczne domostwa są przyczepione do murów miejskich. Dłuższe przebywanie tam to podobno szukanie sobie problemów. Warunki w jakich tam żyli wyglądały na gorsze niż w Europie. Yedikule czyli Forteca Siedmiu Wież, swój obecny kształt osiągnęła za panowania Mehmeda Zdobywcy. Rozciąga się z niej rewelacyjny widok na morze i niezliczoną ilość statków które przepływają przez Bosfor. Kiedy tam byliśmy jakiś turecki popowy artysta nagrywał teledysk, pełen roznegliżowanych kobiet ubranych w zasadzie tylko w srebrne buty do połowy uda i kilka pasków.

tur_stambul_yedikule_001

Yedikule wieże i widok na Bosfor.

tur_stambul_yedikule_002 tur_stambul_yedikule_003 tur_stambul_yedikule_004 tur_stambul_yedikule_005

Kolejnym miejscem które tym razem odwiedzamy jest Uskudar, dzielnica po stronie azjatyckiej położona naprzeciwko Sultanahmetu i Galata. Znajduje się tam kilka bardzo pięknych starych meczetów i rewelacyjna nadmorska promenada. Widać z niej wszystkie najtłumniej odwiedzane zabytki Stambułu. Znajduje się też tam bardzo piękna latarnia morska znana jako Wieża Leandra, a w tureckiej tradycji nosząca nazwę Kiz Kulesi czyli Wieża Panny. Jest z nią związana legenda o sułtanie i jego córce, która według przepowiedni miała zginąć ukąszona przez węża. Ojciec umieścił ją więc na ten niedostępnej wysepce. Przepowiednia oczywiście się spełniła. Dziewczyna zmarła ukąszona przez węża ukrytego w owocach dostarczonych przez sprzedawcę.  Na wysepkę co godzinę (lub co pół) pływa łódź, jednak cena tej wycieczki jest na tyle absurdalna, że odpuściliśmy ją sobie pomimo wcześniejszych planów. Na końcu promenady dochodzimy do małego cmentarzyska zardzewiałych  statków, z których przepełnieni energią ale niekoniecznie rozumem młodzi mężczyźni skaczą do wody, a Japończycy robią im zdjęcia jak szaleni.

tur_stambul_uskudar-meczet_001

Piękna fontanna ablucyjna przed jednym z meczetów w Uskudar.

tur_stambul_uskudar-meczet_002
tur_stambul_uskudar-kiz-kulesi_003

Wieża Leandra a po turecku Kiz Kulesi (Wieża Panny)

tur_stambul_uskudar-kiz-kulesi_002

tur_stambul_uskudar-kiz-kulesi_001 tur_stambul_uskudar-zlomowisko-statkow_001
tur_stambul_uskudar-zlomowisko-statkow_002

Byliśmy też na murach miasta, gdzie przyczepił się do nas natrętny człowiek usiłujący zarabiać jako pucybut i usiłujący wydębić od nas pieniądze. Przez moment zrobiło się niesympatycznie. Najpierw z nim dłuższą chwilę rozmawialiśmy, bo nas zaczepił jak to w Turcji bywa. Opowiedział że jest z Ankary i ma dużo dzieci, przyjechał tutaj żeby jakoś zarobić, potem nie proszony przez nikogo zaczął „czyścić” mojemu małżonkowi buty i zażądał za to kwoty… 20 euro. Oczywiście tyle nie dostał. Wracając przechodziliśmy przez dzielnicę Fatih (rozciągającą się od murów miejskich aż do Akweduktu Walensa) i nieprzyjemny nastrój po spotkaniu z panem pucybutem od razu zmienił się o 180 stopni. Pod meczetem Fatih trwał bowiem jeden wielki piknik, nie było chyba centymetra wolnego trawnika a ludzie nawet zapraszali żeby z nimi posiedzieć (co jak na Stambuł jest czymś mega nietypowym, bo mieszkańcy Stambułu mając turystów na co dzień i mieszkając w ogromnym mieście, nie są jacyś specjalnie kontaktowi no chyba że byli to pielgrzymi do świętego miejsca a nie mieszkańcy Stambułu) chociaż niestety nie mieliśmy na to czasu.  Widać jednak było, że przeważały tam osoby bardzo tradycyjnie ubrane, więc z pewnością o poglądach dość konserwatywnych. Na dzielnicy tego dnia był bazar z artykułami gospodarczo-tekstylnymi, cała masa ubrań i artykułów ślubnych oraz „obrzezaniowych”. Dzielnica Fatih to również rewelacyjne lokanty z daniami rybnymi w całkowicie normalnych cenach, których oferta skierowana jest do lokalnych ludzi. Na pewno kiedyś tam wrócę i przetestuję, gdyż z braku czasu oraz z faktu bycia po obiedzie przetestować żadnego lokalu się nie udało. Bardzo lubię tą dzielnicę.

tur_stambul_fatih-akwedukt-walensa_001

W Stambule zabytków jest tak dużo że przejeżdża się obok nich dość obojętnie. W Europie taki rzymski akwedukt pewnie by ogrodzono i postawiono barierki tutaj jednak jest on częścią miasta.

tur_stambul-fatih-akwedukt-walensa_002

A ludzie po nim chodzą bez barierek ochronnych.

tur_stambul-fatih-mury-miejskie_001

Relaks w cieniu pod murami miejskimi.

tur_stambul-fatih-bazar_001

Rewelacyjny bazar w dzielnicy Fatih.

Na koniec tureckiej wycieczki 2009 idziemy wieczorem posiedzieć do Błękitnego Meczetu i spotykamy tam masę biegających dzieciaków. To zapewne rodzeństwo chłopców, którzy przyszli wraz z rodzinami do meczetu zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie upamiętniające  uroczystość obrzezania. Tego dnia chyba pół Stambułu postanowiło dokonać tej praktyki bo w meczecie jest mnóstwo chłopców poubieranych jak wschodni książęta w kiczowate ociekające złoceniami pelerynki, turbany w ręce dzierżąc berła.

tur_stambul-blekitny-meczet_005 tur_stambul-blekitny-meczet_003 tur_stambul-blekitny-meczet_004 tur_stambul-blekitny-meczet_002

Kizkalesi 2009

Chcąc pojechać na tureckie wybrzeże Morza Śródziemnego i nie przybywać wyłącznie w otoczeniu hoteli położonych nad brzegiem morza, wczasowiczów all inclusive i całego szaleństwa z nimi związanego, musimy się trochę pozastanawiać. W końcu między innymi dzięki radom z pewnego podróżniczego forum wybór pada na Kizkalesi, miejscowość słynącą z zamku Krzyżowców na małej kamiennej wysepce położonej kilkaset metrów od brzegu. W miejscowości znajdują się dwa zamki,  a w okolicy masę innych rzeczy do zobaczenia dzięki leżącym w pobliżu górom Taurus, między innymi słynne jaskinie Cennet ve Cehennem. Na miejscu okazało się, że był to całkiem niezły wybór, jedynym minusem był przeraźliwie interesowny właściciel naszego hotelu (położonego naprzeciwko Zamku Panny) który co wieczór nachalnie usiłował wrobić nas w picie drinków, oczywiście drogich, w swojej hotelowej restauracji. W samej miejscowości niezbyt  dało się znaleźć jakąkolwiek budzącą zaufanie lokantę, były tylko restauracje dla turystów z dość mocno zawyżonymi cenami oraz niekoniecznie świeżym jedzeniem, zważywszy na to, że nikt w nich nie jadł bo kurort zionął pustką przed sezonem. Był przynajmniej Bim, więc podstawowe artykuły śniadaniowo-kolacjowe dało się od biedy skompletować.

Sam zamek Kizkalesi czyli Zamek Panny jest o tyle atrakcyjny że znajduje się na małej wysepce do której trzeba sobie samemu dopłynąć przy pomocy wynajętego roweru wodnego w kształcie delfina (albo łódki), ale kiedy tam byliśmy słyszeliśmy o planach by w przyszłości połączyć go z lądem mostem i zażądać drogich biletów wstępu co oczywiście bardzo oszpeciłoby jego otoczenie. Wyspa była najpierw używana przez piratów a pierwszy zamek powstał na niej za czasów Bizancjum, po jego zniszczeniu został odbudowany przez Ormian następnie znalazł się w rękach Krzyżowców by ostatecznie stać się własnością Turków Osmańskich.

tur_kizkalesi_zamek-panny_001 tur_kizkalesi_zamek-panny_002 tur_kizkalesi_zamek-panny_003 tur_kizkalesi_zamek-panny_004 tur_kizkalesi_zamek-panny_005 tur_kizkalesi_zamek-panny_006 tur_kizkalesi_zamek-panny_007 tur_kizkalesi_zamek-panny_008

W Kizkalesi jest jeszcze drugi starszy zamek Korykos (tak nazywało się miasto greckie, które było w tym miejscu, bardzo ludne i prężnie działające) a nieopodal zamku po drugiej stronie drogi znajduje się rzymska nekropolia a właściwie jednocześnie pole uprawne, na którym ktoś hoduje cytryny i mandarynki.

tur_kizkalesi_korykos_002 tur_kizkalesi_korykos_003

tur_kizkalesi_korykos_001  

Miasteczko jest dobrze skomunikowane ze światem gdyż znajduje się między dwoma większymi miastami Silifke i Mersin, między którymi co chwila jeździ rozmaity transport publiczny.

Znajdujące się nieopodal Kizkalesi jaskinie Cennet ve Cehennem czyli Jaskinie Nieba i Piekła są zdecydowanie warte odwiedzenia. Znajduje się tutaj chyba najciekawsza jaskinia w której kiedykolwiek byłam, mimo że nie zobaczymy w niej ciekawych formacji skalnych, stalaktytów, stalagmitów, czy zjawisk krasowych, jest ona jednak więcej warta niż wszystkie inne jaskinie razem wzięte. Akurat tak się składa że Jaskinia Cehennem czyli Niebo jest o wiele atrakcyjniejsza od Jaskini Cennet (bo zazwyczaj to w niebie bywa nudniej). Jaskinia Piekło jest olbrzymim zapadliskiem do którego nie da się zejść. Jaskinia Niebo jest olbrzymich rozmiarów dziurą w ziemi, do której powoli i mozolnie się schodzi jak mrówka w głąb mrowiska. Wyobraźmy sobie normalny słoneczny dzień gdzie na powierzchni ziemi żar leje się z nieba, jeżdżą motory i samochody, turyści i lokalni ludzie chodzą, sprzedają, kupują, zwiedzają, oprowadzają wycieczki, jedzą piją i śmiecą, czyli najogólniej mówiąc zajmują się różnego rodzaju przyziemnymi sprawami  a my schodzimy do zacienionego leja, w którym jest przyjemnie chłodno i cicho, mijamy jeszcze po drodze bizantyjskie ruiny i zaczynamy schodzić łagodną ścieżką coraz niżej i niżej. Robi się coraz ciszej, coraz chłodniej potem wręcz zimno i coraz ciemniej. Powoli zgodnie z rytmem własnych kroków tracimy kontakt z zewnętrznym światem, na początku jest jakieś marne elektryczne oświetlenie, potem właściwie przestajemy cokolwiek widzieć, aż dochodzimy do ukrytej w skałach podziemnej rzeki, która głośno szumi i dudni. Tu musimy zawrócić. Znowu doświadczamy wszystkiego po kolei tyle że w odwrotnej kolejności. Wizyta w tej jaskini była porównywana do doświadczenia śmierci, zresztą wierzono, że to właśnie w niej znajduje się podziemna rzeka Styks, którą umarli mają przeprawić się na drugą stronę. Muszę przyznać że ta metafora jest bardzo sugestywna. Jest to najlepsze doświadczenie jaskini jakie można sobie wyobrazić. Do większości jaskiń które „zwiedzamy”, wchodzimy zazwyczaj przez drzwi otwieramy je i zamykamy i już znajdujemy się w jaskini, albo schodzimy w dół po schodach, pstryk i już jesteśmy w innym świecie. Tutaj pogrążamy się w nim stopniowo i to od nas zależy jak szybko będziemy to robić, czy poczekamy aż nasze ciało chociaż trochę przyzwyczai się do szybko zmieniających się warunków, czy będziemy iść całkowicie po omacku. Mamy czas by powoli i stopniowo zmieniać swoją percepcję. Olbrzymi rozmiar jaskini uniemożliwia szybkie przeniesienie się ze świata podziemnego do świata na powierzchni i jesteśmy zdani na własne nogi. To bardzo ciekawe doświadczenie. Oprócz tego byliśmy jeszcze w położonej nieopodal Jaskini Astmy z ładnymi zjawiskami krasowymi, której mikroklimat pomaga ponoć chorym na astmę ,nie zrobiła ona na mnie takiego wrażenia jak poprzedniczka, gdyż była to normalna „standardowa” jaskinia jakich wiele.

tur_jaskinie-cennet-ve-cehennem_003

Ruiny kościoła poświęconego Marii przy wejściu do Jaskini Cehennem.

tur_jaskinie-cennet-ve-cehennem_004

Jaskinia Cehennem.

tur_jaskinie-cennet-ve-cehennem_001 tur_jaskinie-cennet-ve-cehennem_002

Kilkakrotnie jeździliśmy też do Silifke które jest turecką stolicą jogurtu, ale akurat nie trafiliśmy na żaden jogurtowy festiwal, byliśmy za to w wypasionej lokancie specjalizującej się w tantuni czyli lokalnym przysmaku (akurat nie zostałam jego fanką) oraz lahmacunie, którą prowadził starszy facet o bardzo dużym doświadczeniu w gotowaniu. Swoich gości podejmował iście po królewsku, a lahmacuna podawał ze stertą pietruszki i cytrynami. Z okazji przyjścia obcokrajowców, właściciel lokalu czuł się w obowiązku przeszkolić  nas jak to się je. Porzucił więc swe zajęcia (nie gotował i nie podawał potraw tylko siedział i doglądał biznesu gdzieś na zapleczu) i wszystko nam objaśnił oraz powiedział z czego składa się to danie i jak się je robi chociaż i tak już wiedzieliśmy to było nam bardzo miło.  Nie trzeba chyba dodawać że był to najsmaczniejszy lahmacun jakiego kiedykolwiek jadłam. W tym lokalu spędziliśmy sporo czasu rozmawiając ze znajomym lub może nawet kimś z rodziny właściciela na temat wczasów nad morzem. Dowiedzieliśmy się że szukając miejsca nadmorskiego wypoczynku popełniliśmy błąd za błędem, prawdziwie dobrym wyborem według naszego rozmówcy był bowiem Krym, ze względu na kilkakrotnie tańszy alkohol w porównaniu z cenami na tureckim wybrzeżu no i oczywiście towarzystwo Ukrainek i Rosjanek. Nasz rozmówca co roku jeździł na Krym żeby się wyszaleć i przywieźć zapasy taniego alkoholu. Był zafascynowany całkowitą odmiennością kulturową Krymu, tym że  pracą zajmują się głównie kobiety i to je głównie widać – czasami nawet prowadzą tramwaje, a mężczyźni zajmują się piciem alkoholu i nicnierobieniem i dziwił się bardzo temu wszystkiemu. W Silifke odwiedziliśmy także położoną nad miastem bizantyjską cytadelę w drodze do której strasznie wyprażyło nas słońce, oraz ruiny kościoła i jaskinię w której mieszkała i umarła katolicka święta o imieniu Tekla. Z kościoła została jedynie jedna ściana. Tu również okrutnie wyprażyło nas słońce. Mimo tego że uwielbiam tureckie temperatury, akurat wtedy temperatura w Silifke była absolutnie niemiłosierna i chyba pierwszy raz miałam na prawdę dosyć.

tur_silifke_cytadela-panorama_001

Z cytadeli roztaczały się takie widoki a żar lał się z nieba wyjątkowo szczodrze.

tur_silifke_cytadela-panorama_002

tur_silifke_ruiny-swiatyni-zeusa_001

Ruiny świątyni Zeusa (w naprawdę fatalnym stanie).

tur_silifke_ruiny-swiatyni-ayatekla_001

Jaskinia w której życła i umarła pustelniczka św. Tekla.

tur_silifke_ruiny-swiatyni-ayatekla_003

Katolicka święta Tekla.

tur_silifke_ruiny-swiatyni-ayatekla_002

Ruiny kościoła św. Tekli (Aya Tekla)

Konya 2009

W Konyi byliśmy kilka dni i robiliśmy dużo ciekawych rzeczy. Będąc w Turcji koniecznie trzeba do tego miasta przyjechać. Podobno obecnie jest jednym z najbardziej konserwatywnych miejsc w Turcji, w przeszłości było miejscem bardzo wielokulturowym i tolerancyjnym. Atmosfera Konyi chyba wpływa na jej obecnych mieszkańców bo spotkaliśmy w nim sporo interesujących i bardzo otwartych ludzi. Co tam robiliśmy? Byliśmy oczywiście w Mauzoleum Mevlany. I być może byłoby to zwiedzanie jak każde inne. Na szczęście spotkaliśmy  w nim przesympatyczną uczennicę na wagarach o imieniu Merve, która bardzo chciała pogadać ze mną po angielsku (bo z mężczyzną jej nie wypadało, albo nie miała śmiałości) ale nie bardzo jej to wychodziło. W pewnym momencie naszej kulawej konwersacji zaproponowała, że możemy z jej pomocą pomodlić  się w mauzoleum, czym z pewnością zapewnimy sobie błogosławieństwo i powodzenie w życiu. No to oczywiście się zgodziliśmy. Dzięki temu w jakieś pół godzinki odmówiliśmy, a raczej powtórzyliśmy po niej wszystkie modlitwy ku wielkiej aprobacie  tureckich gospodyń domowych, które tego dnia w tłumnie odwiedzały grób Mevlany. Miejsce jest bardzo autentyczne i bardzo fajnie że przyjechaliśmy do niego nie tylko po to żeby sobie popatrzeć, ale także zrobić to po co ci wszyscy ludzie normalnie tam jeżdżą. Na pamiątkę naszego spotkania dziewczyna podarowała mi jeszcze chustę którą mam do dziś i którą głupio mi było przyjąć ale cóż poradzić.

tur_konya_mauzoleum-mevlany_001

Widoczna z daleka niebieska kopuła bardzo często pojawia się w turystycznych prospektach o Turcji, przewodnikach i okładkach książek.

tur_konya_mauzoleum-mevlany_002

tur_konya_mauzoleum-mevlany_004 tur_konya_mauzoleum-mevlany_003

Mevlana czyli Dżalalludin Rumi to bardzo ważna i wpływowa postać w ruchu sufickim (tolerancyjnym, mistycznym nurcie islamu), poeta, twórca Zakonu Derwiszy, o którym można poczytać sobie na przykład tu. Jego poezja wytrzymała próbę czasu i jest obecnie na świecie strasznie modna, pomimo problemów z odczytywaniem znaczenia tych wieloznacznych mistycznych tekstów, tłumaczeniem ich i oddaniem specyfiki perskiego języka, jego rytmiki, wyrafinowania i subtelności. Rumi jest na przykład najlepiej sprzedającym się poetą w USA. Niestety nie mam pojęcia na ile jego spuścizna jest na obszarze w którym mieszkał i tworzył, aktualna i doceniana. Wiadomo, że wizerunek derwisza jest świetnym produktem turystycznym Turcji i wyróżnia ją spośród innych krajów tego regionu. Jest multiplikowany w nieskończoność w postaci chociażby magnesików na lodówkę a „występy tańczących derwiszy” dla turystów można obejrzeć na przykład w stambulskich knajpach. Suficki ruch derwiszy rozwijał się w Turcji prężnie, jednak w 1953 roku podczas reform Kemala Ataturka ich działalności zakazano a bractwa oficjalnie rozwiązano. Podobno w chwili obecnej na terenie Turcji ruch ten nieco rośnie w siłę ma jednak znaczenie marginalne, ale przynajmniej przetrwał – reformy Ataturka nie zdołały do końca go wyplenić. Przykro to wygląda gdy będąc w Mauzoleum Mevlany możemy jedynie obejrzeć muzeum derwiszów a w nim manekiny ubrane w strój derwisza bo w pewnym momencie Turcja dość skutecznie pozbyła się tej części swojego dziedzictwa, prawdziwych sufich trzeba szukać w Indiach i Pakistanie, bo tutaj ruch ten ma znaczenie marginalne. Oczywiście kiedy Turcja zaczynała stawać się turystyczną potęgą powstały „zespoły rekonstrukcyjne” przedstawiające semę – ceremonię tańca derwiszów turystom.

I właśnie tak się złożyło, że będąc w Konyi mieliśmy możliwość obejrzenia semy. Wszyscy ludzie w Konyi z którymi rozmawialiśmy nas na nią zapraszali i specjalnie zostaliśmy tam dłużej. Ceremonia odbyła się w Konijskim Centrum Kulturalnym im. Mevlany a wykonywał ją ponoć najbardziej znany i uważany za najlepszy Konya Türk Tasavvuf Müziği Topluluğu czyli Zespół Tureckiej Muzyki Sufickiej z Konyi, który jest dotowany z tureckiego ministerstwa turystyki.  Oprócz nas było może kilku obcokrajowców, a sala mimo dużej pojemności była prawie całkowicie zapełniona. Moja wiedza na ten temat jest niestety na tyle ograniczona że nie wiem czy mam nazywać to wydarzenie jedynie przestawieniem czy już ceremonią semy. Ogólnie przedstawienie (?) było naprawdę świetne, aczkolwiek wolałabym obejrzeć semę w jakimś prawdziwym sufickim bractwie w wykonaniu prawdziwych derwiszów, ale i tak nie ma chyba na co narzekać, bo zespół z Konyi jeździ po całym świecie propagując kulturowe dziedzictwo derwiszów. Nie wiem tylko czy w ogóle ma sens oglądanie tego na zwykłej scenie, gdzie widownia jest umieszczona naprzeciwko niej. W Centrum Kulturalnym w Konyi sala widowiskowa jest okrągła co pozwala na dużo lepszy odbiór tego wirującego przestawienia (lub ceremonii). Zdjęcia średnio oddają jej specyfikę, zwłaszcza że sprzęt fotograficzny miałam  taki sobie, a warunki oświetleniowe były trudne. Jeśli chodzi o muzykę jaka towarzyszyła semie, to można zapoznać się z nią tutaj.

tur_konya_derwisze-sema_002 tur_konya_derwisze-sema_001 tur_konya_derwisze-sema_003

Oprócz tego odbyliśmy serię wieczorno-nocnych spotkań i ciekawych konwersacji na temat Turcji, Europy, sensu życia i takich tam, przy piwie Efez z pewnym właścicielem sklepu z dywanami (ten jednak wyjątkowo nie próbował nam żadnego sprzedać), który między innymi opowiedział nam swoją historię życia. Otóż pochodził z Konyi. Najpierw wyjechał pracować do jednego z turystycznych kurortów u wybrzeży Morza Śródziemnego, gdzie w pełni korzystał z uroków liberalnego stylu życia i poznał mnóstwo kobiet z przeróżnych krajów, po czym jak już zarobił odpowiednią ilość pieniędzy wrócił do Konyi i otworzył dywanowy biznes. Ożenił się z religijną kobietą, która niestety szybko się z nim rozwiodła. Po rozwodzie odkrył boga i pod wpływem Rumiego postanowił zostać mistykiem, aczkolwiek chyba średnio mu to wychodziło bo co wieczór pił z nami piwo 😉 oczywiście to on zawsze je proponował i w dodatku nam je stawiał. Wysyłał po nie swojego bardzo religijnego pracownika.

tur_konya_wieczor_001

Upalny wieczór w Konyi.

Konya to też ogromne zagłębie sklepów i kramów z muzułmańskimi dewocjonaliami więc jeśli ktoś je lubi i skupuje, ma co robić i oglądać przez co najmniej jeden dzień, bo ich wybór jest przeogromny. W sumie to miałam pewne obawy, bo wielokrotnie czytałam jak to odmówiono turystom nie będącym muzułmanami sprzedaży islamskich towarów, więc miałam obawy że w tak konserwatywnym mieście i nas może to spotkać. Ależ skąd! Wszyscy bardzo się cieszyli, że kupujemy islamskie akcesoria, podejmowali nas po królewsku częstowali herbatą i mimo że niewiele lub wcale mówili po angielsku starali się doradzić pokazać i wybrać jak najlepiej a my starając się to docenić nie zważając na płynący czas targowaliśmy się z nimi ile wlezie, w wyniku czego na zakupach artykułów muzułmańskich spędziliśmy chyba cały dzień. Asortyment jest przebogaty od akcesoriów „pielgrzymkowych” takich jak woda ze źródła Zam Zam, poprzez różne olejki i perfumy bez alkoholu, przybory higieniczne na przykład miswak, poprzez ubiory, dywaniki modlitewne, złocone i oprawione w ramki cytaty z Koranu oraz najważniejsze imiona, same księgi, różańce, oraz płyty z recytacjami i naukami, po słodycze.

Czasu starczyło nam także na całodzienną wycieczkę poza miasto gdzie można obejrzeć zabytkowe kościoły oraz przejść się nieco, po bardzo ciekawie ukształtowanym terenie i spotkać pasterzy przeróżnych zwierząt.

tur_okolice-konyi_005 tur_okolice-konyi_002 tur_okolice-konyi_004 tur_okolice-konyi_003 tur_okolice-konyi_001