Peniche

Byłam tu krótko, bo właściwie przejazdem w drodze do Lizbony. Wizualnie i przyrodniczo jest to na tyle ciekawe miejsce, że zasługuje na osobny post. Znaleźliśmy się tu oczywiście przypadkiem, za radą współlokatora z jednego z noclegów. Półwysep Peniche to kolejne miejsce w Portugalii, które pod względem wizualnym całkowicie bije na głowę przepełnione turystami duże miasta (chociaż w Lizbonie niektóre miejsca na uboczu ruchu turystycznego są bardzo interesujące, nikt nie mówi w nich po portugalsku ani nawet po angielsku). Skalny cypel wielkości kilku kilometrów kwadratowych, jest krajobrazowo tak szalenie zróżnicowany, że jeśli jesteście fanami fotografii pejzażowej – koniecznie musicie się tu znaleźć. Półwysep był planem wielu produkcji filmowych, oraz jest jednym z najlepiej obfotografowanych miejsc Portugalii, wielu znanych fotografów robiło tutaj swoje zdjęcia. Tak samo nazywa się też znajdujące się tutaj niewielkie miasteczko położone w okolicy Forte de Peniche, czyli typowej portugalskiej fortecy jakich zbudowano mnóstwo w wielu miejscach na świecie. Półwysep jest zamieszkały od czasów prehistorii. Kojarzy się po pierwsze z rybołóstwem, którego było ważnym ośrodkiem również w czasach historycznych, a po drugie ze wszelkimi typami surfingu, bo posiada idealne wręcz warunki do obu tych aktywności. Mekką surferów jest plaża Supertubos. Część półwyspu i jego okolic jest trochę zeszpecona zakładami przetwórstwa ryb. A jeśli chodzi o surfing, to byliśmy totalnie poza sezonem. Miasteczko na co dzień żyjące z surferów było tak niezwykle opustoszałe, że jedynymi osobami jakie w ogóle spotkaliśmy było paru lokalsów wędkujących na klifach. Nawet jeśli wydaje się, że to co robią jest trochę szalone, bo stoją tuż nad przepaścią z kotłującym się poniżej morzem, to jednak ich wyczyny bledną w porównaniu do turystów dopiero co wypuszczonych z samolotów, którzy w tego typu miejscach przechadzają się z telefonami w ręku .

Zdjęcia będą mocno w skandynawskim klimacie, bo pogodę jak przystało na miejsce bez litości smagane oceanicznymi wiatrami mieliśmy tego dnia jak na jakiejś Islandii. Zmieniała się co pół godziny i zaliczyliśmy całkiem ciepło grzejące słońce, oraz na przemian drobny deszcz i silny zimny wiatr, dlatego każde zdjęcie jest inne i trudno uwierzyć że zostały zrobione w ciągu kilku godzin.

Po przyjeździe udajemy się „do centrum” by coś zjeść. Jest absolutnie pusto spotykamy w sumie może ze dwóch emerytów siedzących na ławkach, myślimy – to sjesta, a potem z pewnością wszystko się otworzy. Czynna jest tylko mająca świetne oceny słynna na pół Portugalii restauracja serwująca najświeższe i najlepsze ponoć owoce morza (nazwy nie pamiętam, ale to chyba dość proste do znalezienia, więc tylko uczulam Was, że jest tam taka opcja). Ceny jednak ma na tyle dwucyfrowe, że niestety z niej nie korzystamy, będąc na półrocznym wyjeździe z umiarkowanym budżetem. Na szczęście udało nam się znaleźć czynną cukiernio-piekarnię. W takich miejscach w Portugalii bardzo często da się zjeść obiad w cenie „jednocyfrowej”, do wyboru mamy jeden maksymalnie dwa zestawy dnia. To opcja z jakiej zazwyczaj korzystamy, jeśli nie robimy jedzenia samodzielne. Po sjeście w miasteczku nadal jest niesamowicie pusto – większość sklepów i knajp jest pozamykana na głucho, nawet domy w większości pewnie przeznaczone na wynajem dla surferów wyglądają na opuszczone. Miejscowość jest totalnie wymarła. Fort także jest właśnie w remoncie.

Stwierdzamy więc, że mimo że miasteczko jest całkiem ładne to nic tu po nas i jedziemy oglądać klify. Tutejsze klify są nieprawdopodobnie wręcz zbudowane. Są to wapienie pochodzenia wulkanicznego, które wystawione na niszczące działanie morza przybierają kompletnie odjechane formy. Są na przykład takie obszary na których skały przedzielone głębokimi na wiele metrów rozpadlinami (raczej słaby to pomysł chodzić po nich w nocy). Z daleka teren wygląda w miarę normalnie, a z bliska okazuje się że chcąc dojść na skraj klifu po drodze musielibyśmy przeskoczyć kilka przepaści. Można tu zobaczyć wszelkie możliwe procesy wietrzenia jakim poddawane są skały. Cały czas zmieniają się, pracują, kruszą, wpadają do morza. Zróżnicowanie jest imponujące – na niewielkim obszarze możemy zobaczyć mnóstwo typów skał. Gdyby nie szalona pogoda, zdjęć pewnie miałabym dużo więcej, wiało niesamowicie. Między skałami, nadbrzeżem dookoła półwyspu poprowadzona jest droga i nawet udało mi się prawie z niej zjechać na pobocze znajdujące się kilka metrów niżej, bo gapiłam się na przeróżne formacje skalne zamiast na drogę.

Peniche to też słynne plaże z warunkami do surfowania, ale wiało tak mocno, że nie chciało nam się nawet na żadną schodzić.
Ciekawe jak zatłoczone jest to miejsce w sezonie, bo było tak.
Teren całkowicie zmienia się co kilkaset metrów.

Warto udać się w okolice Cabo Carvoeira – najdalej na zachód wysuniętej części półwyspu. W okolicy znajduje się parking i wykuta w klifie kamienna ambona (Varanda De Pilatos), z której można oglądać skały i klify. Krajobraz wygląda jak z kosmosu. Co kilkaset metrów skały są zupełnie innej budowy i typu.

Te przerwy pomiędzy skałami wyglądają bardzo niepozornie a mogą mieć po kilkanaście metrów głębokości
Chwilę później krajobraz wygląda jakby była zima (w sumie jest, bo to styczeń)
Przylądek Cabo Carvoeira.
W okolicy na dnie morza znajduje się wiele wraków statków, które bardzo często się tutaj rozbijały.
Położony nieopodal kościół Nossa Senhora dos Remédios – nazwa związana jest z Zakonem Świętej Trójcy, który zajmował się wykupem chrześcijan uwięzionych na Wschodzie. Pewnego razu zakonnikom założycielom ukazała się Maryja z torbą pełną pieniędzy.

Podziel się z innymi: