Tirana – dlaczego warto

Wiele można się naczytać przed pojechaniem do Albanii (oraz nasłuchać opowieści znajomych, którzy tam byli). Większość książek i usłyszanych historii jest bardzo smutnych. Przyjeżdżając do tego kraju postanowiłam nie spodziewać się niczego i wszystko na wszelki wypadek zapomnieć, bo tak jest najlepiej. Zresztą rzeczywistość zbyt szybko się zmienia, by informacje mogły pozostać aktualne. No i po przyjeździe okazało się, że w porównaniu do sąsiedniej Macedonii (teraz już Macedonii Północnej), panuje tu chyba stukrotnie większy optymizm niż u sąsiadów. Albania wyraźnie złapała wiatr w żagle.

Jedyną rzeczą która zupełnie rozłożyła mnie na łopatki jest język! Jeżdżąc po wszystkich krajach dookoła, w tym Turcji jestem w stanie dogadać się wszędzie na podstawowe tematy. Te same albo bardzo podobne słowa przeplatają się w różnych krajach, ich znaczenie czasem się zmienia, ale ogólnie idzie domyślić się na przykład na jaki temat toczy się rozmowa, więc gdy ktoś nas o coś zapyta to zazwyczaj wiem o co chodzi i nie muszę robić tępego wyrazu twarzy, (jeśli akurat nie potrzebuję). Tu zaś, mimo że w okolicznych krajach byłam, czasem długo i po kilka razy nie rozumiem kompletnie nic! Jest jak za pierwszym razem na Węgrzech dobrych kilkanaście lat temu. Ani dzień dobry, ani do widzenia, zero liczebników i co gorsza brak  czasu na poprzebywanie z lokalnymi ludźmi, od których zawsze uczymy się jakiegoś nowego słowa albo kilku. Strasznie głupio tak przyjeżdżać do jakiegoś kraju i nie umieć powiedzieć „dzień dobry” w sklepie, co gorsza nie sposób nawet powtórzyć powitania mówionego przez kogoś bo brzmi tak, że nie sposób tego ogarnąć. Dlatego przepraszam Albanio! na pewno tu wrócę jeszcze nie raz i wtedy się poprawię. Jestem w stanie ogarnąć podstawy komunikacji w znacznej części Europy i Azji oraz krajach arabskojęzycznych, a w Albanii poległam całkowicie. Język brzmi zupełnie niepodobnie do czegokolwiek z czym miałam do czynienia. Niestety byliśmy tam za krótko by spędzić więcej czasu z lokalnymi ludźmi i ogarnąć chociaż formy grzecznościowe. To samo jest z szyldami budynków. Napisy nie mówią nic, menu w knajpie także. W stolicy oczywiście angielski i włoski rządzą, więc nasza edukacja językowa tym bardziej nie miała szansy zaistnieć.

Uroki jeżdżenia samochodem po mieście

W zasadzie to Tirana ma jeden mankament, jakim jest jeżdżenie po niej samochodem, zwłaszcza w godzinach szczytu. No cóż, trzeba mieć oczy dookoła głowy i być przygotowanym, że wokół nas może w każdej chwili wydarzyć się absolutnie wszystko. Nie zapomnę trzypasowego ronda na które trzeba było dosłownie się wdzierać centymetr po centymetrze przy użyciu klaksonu, bo inaczej nie dało się go pokonać, taki sam styl obowiązywał przy zjeździe, tylko nie wiem jak radzili sobie nieszczęśnicy w najbardziej wewnętrznym okręgu, bo byłam zbyt zajęta własnym torem. W sumie łatwiej mi się jeździło po Rabacie niż po Tiranie. Kto ma tańszy samochód ten przejmuje się mniej, a kto ma większy ten może więcej. Jeżdżąc po Tiranie albo trzeba uważać na wszystko (no ale się nie da, bo wtedy trzeba by było przestać jechać), albo trzeba przyjąć że nie da się uważać na nic i po prostu jechać. Pasy ruchu tworzą się spontanicznie, tak samo jak wszelkie inne zasady. Dzięki temu lepiej możemy zdać sobie sprawę że przecież za każdym razem jak się prowadzi samochód nie da się kontrolować wszystkiego. Tirana pomaga nam bardzo terapeutycznie stwierdzić,  że tak na prawdę nie mamy wpływu na nic i tylko nam się wydaje że jesteśmy tacy wpływowi. Możemy się starać by wyszło jak najlepiej, ba! nawet powinniśmy cały czas, ale w gruncie rzeczy nie mamy nad niczym kontroli. Z parkowaniem też jest niezła masakra, więc kolejny dzień postanawiamy wybrać się do miasta autobusem. Po roku jeżdżenia po Tiranie każdy samochód z pewnością musi wyglądać jak powyginana konserwa, którą ktoś codziennie zrzuca ze schodów.

Dzień wcześniej macedońska rodzina z którą spędziliśmy zakrapiany winem i rakiją (przez nich bardzo, przez nas mało) wieczór opowiadała nam, że Tirana to siedlisko wszelkiego zła, jeżdżą po niej same super drogie samochody zakupione za pieniądze z przemytu, handlu narkotykami itp. No faktycznie jak na tak małe miasto można zobaczyć sporo super drogich samochodów, cała reszta opowieści wyglądała na mocno przesadzoną, ale nasz rozmówca był mimo bardzo młodego wieku i dobrze płatnej pracy w Niemczech okrutnie zgorzkniały i nienawidził Albańczyków. Pytał czy na pewno nie boimy się tam jechać i takie tam. Pomimo ich ogromnej względem nas gościnności i otwartości brzmiało to strasznie. Okazało się że poza nieszczęsnym ruchem drogowym wszystko inne jest przede wszystkim całkiem przyjemnie unikatowe i zupełnie nieporównywalne do okolicznych stolic czy miast. Albania nie jest w Unii Europejskiej, jest na uboczu idzie własną drogą i nie stara się naśladować sąsiednich krajów. Całe miasto ma oszałamiającą budowę. Składa się z ciasnych wąskich jednokierunkowych uliczek z niskimi domami, pomiędzy które powtykane są bloki. Ulice czasem promieniście od siebie odchodzą, rzadko przecinają się pod kątem prostym. Chodzi się jak po labiryncie, co jakiś czas mijając szeroką główną ulicę.

W wąskich uliczkach znajdziemy dużo ciekawych knajp, sklepów i sklepików ze wszystkim (przede wszystkim z ogromną ilością dóbr z krajów arabskich). Są bardzo często zacienione i fajnie się po nich chodzi. Widać że zachował się dawny układ a w miejscu nie istniejącej niskiej zabudowy poutykane są bloki. Układ miasta jest szalony i przypomina labirynt z blokami. Główne ulice wyglądają jak w każdym innym mieście.

Pierwszą noc spędzamy na kempingu pod Tiraną, ale panuje na nim straszna ciasnota, a jedyni goście którzy koszmarnie hałasują w nocy okazują się niestety być naszymi rodakami i mieszkać tuż koło nas, więc postanawiamy przeprowadzić się do miasta. Zostajemy w dzielnicy Kombinat, parkujemy przy meczecie i komisariacie policji więc jest tak bezpiecznie jak to tylko możliwe 😉 i ruszamy autobusem do centrum.

Jest cicho jakbyśmy mieszkali na wsi. Mieszkamy między meczetem a komisariatem policji jest więc super bezpiecznie pod każdym względem.

Rewitalizacja – słowo klucz

W stolicy wyraźnie widać, że miejscy  decydenci odrobili lekcje plastyki i to odrobili celująco. Kto by przypuszczał, że jednak artyści sprawdzają się we władzach samorządowych. Przykład Albanii jej słynnego, wieloletniego mera Edi Ramy pokazuje, że może tak być.  Na bazie bloków, które wyglądają dosłownie jak zgliszcza, takich jak ten poniżej, tworzy się przyjazną przestrzeń dla ludzi. W tym mieście można przez wszystkie przypadki odmieniać słowo rewitalizacja, tylko nie taka rodem z Polski, gdzie stuletni bruk niszczy się i zastępuje upiorną kostką bauma, a bloki obkłada styropianem i maluje na pastelowo. W Tiranie rewitalizacja powtarza najlepsze przykłady z Europy Zachodniej, ma na celu stworzenie na prawdę przyjaznej przestrzeni, w której ludzie czują się dobrze.  Szkoda że mam tak mało zdjęć, ale byłam tam bardzo krótko. Jednak temat z pewnością się jeszcze na tej stronie powtórzy i to wiele razy, bo złapałam poważnego bakcyla jeśli chodzi o stolicę Albanii. Estetyka zrewitalizowanej przestrzeni miejskiej najbardziej przypomina chyba Berlin. Rewelacyjnie przerobionych bloków jest w mieście znacznie więcej, ale nie chciało mi się robić zdjęć w palącym słońcu bo nie wyszłyby sensownie.

Bloki w Tiranie trzeba rewitalizować, bo bez rewitalizacji mamy do czynienia z czymś takim, co wygląda jak totalna depresja.
A da się z nich zrobić na przykład coś takiego te inspirowane są Mondrianem

W Tiranie tuż po upadku komunizmu zburzono 1000 budynków (głównie o przeznaczeniu komercyjnym) i zastąpiono je ogromnymi połaciami zieleni. Udało się też miasto w dużej mierze zdecentralizować. Sporo jest także w mieście dobrze wyglądającego street-artu. Do tego niskie ceny w lokalach z jedzeniem i bardzo przyjaźni ludzie. Niestety nie mam dużej ilości zdjęć na zilustrowanie nimi tego co tu piszę, bo czasu mieliśmy mało, a życie jest ważniejsze niż zdjęcia.

Tutaj jednak mały przykład.
Na placu Skandenberga po płycie płynie woda. Co jakiś czas włącza się coś w rodzaju podłogowej fontanny, co sprawia że można fajnie schłodzić sobie w niej nogi. Ludzie, którzy robią na placu zdjęcia mają fajny plan w postaci odbić.
Bardzo miła rzecz w ponad trzydziestostopniowym i parnym upale.

Bunkrart

Żeby oprócz chodzenia po mieście czegoś się dowiedzieć i coś „zwiedzić” idziemy do Bunkrart 2, wielkiego nuklearnego schronu – miasta pod miastem połączonego z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, zbudowanego by chronić komunistycznych dygnitarzy z przed atakiem, którego kraj spodziewał się zewsząd. W kompleksie bunkrów o ścianach grubości 2,5 metra, znajduje się wystawa poświęcona ofiarom terroru, sposobom pracy Sigurimi czyli albańskiej policji politycznej, losom ofiar i realiom życia codziennego w czasach komunizmu. Represje pochłonęły 100 000 ofiar. W jednym z pokojów znajdują się tablice ze wszystkimi nazwiskami. Kompleks bunkrów wybudowano w latach siedemdziesiątych, jako jeden z ostatnich tego typu budowli, był całkowicie tajny i nikt o nim nie wiedział. Nie spodziewaliśmy się że obejrzenie ekspozycji zajmie nam tyle czasu. Terror został bardzo metodycznie opisany i warto było poświęcić temu tematowi czas. Teraz można też przygotować się wcześniej i przeczytać książkę Małgorzaty Rejmer „Błoto słodsze niż miód”, co po powrocie uczyniłam. W Tiranie są już dwa obiekty o takiej nazwie. Bunkrart 1 znajduje się nieco dalej od centrum. Tutaj strona z obydwoma obiektami.

Podsłuch mógł być umieszczony nawet w miotle.
A tak inwigilowano obywateli przez ściany bloków.

Sufickie grobowce

Co jeszcze jest bardzo charakterystyczne dla Tirany? Bardzo dużo sufickich grobowców i tekiji. Co to jest i  co chodzi można poczytać w moim bardzo starym wpisie z Konyi. Po dojściu Kemala Ataturka do władzy w Turcji, sufickie związki wyznaniowe zostały z dnia na dzień zdelegalizowane. Wiele bractw przeniosło się do Albanii, stąd w Tiranie jest ich tak dużo. Na przykład znajduje się tutaj światowe centrum ruchu Bekaszytów, które niestety położone jest nieco dalej od centrum, a jako że poruszaliśmy się publicznym transportem i mieliśmy mało czasu nie udało nam się go odwiedzić. Byliśmy w dwu innych świętych miejscach sufizmu Sheh Dyrri Tekke i Dervish Hatixe Tekke (jednej z pierwszych kobiet, które uzyskały ten tytuł). Nie są może tak ładne jak to w bośniackim Blagaju, czasem nawet trudno je znaleźć bo są dosłownie wbudowane w inne budynki, jednak jeśli już tam wejdziemy możemy je zobaczyć, przejść się dookoła grobowca muzułmańskich świętych (albo pojedynczego świętego), są one całe wyłożone mnóstwem zdjęć i opisów które ludzie przeglądają i dodają swoje. Są to zapewne świadectwa wiernych, którym dany święty pomógł. Co jest szczególnie dziwne, możemy w nich niemal jak w prawosławnej świątyni zapalić lampkę, z czym jeśli chodzi o muzułmańskie miejsca kultu nie spotkałam się nigdzie w Europie ani w Azji. No i oczywiście usiąść i sobie w pobliżu świętego miejsca pomedytować. Jako że czuję się trochę częścią tej tradycji, nie mam problemów ze skorzystaniem z tej możliwości. I co ciekawe sporo ludzi wpada na przykład na kwadrans albo pół godziny żeby w ciszy sobie posiedzieć, oraz odmówić muzułmański różaniec. Już sobie wyobrażam układanie tras po mieście, by zahaczyć o grobowiec jakiegoś zasłużonego świętego.  Co ciekawe nie obowiązuje w nich odpowiedni strój i nie mieli problemów nawet z lokalnymi kobietami, które przyszły odwiedzić grobowiec w szortach.

Tylko Sheh Dyrri Tekke była widoczna z daleka i łatwo było do niej trafić.

W ogóle jeśli chodzi o islam, to w Albanii przeważają szyici, więc nie dopada ich problem Saudyjczyków edukujących o „prawdziwym” (wahabickim) islamie, który niestety ma Bośnia czy chociażby Novi Pazar i luźno związana z Belgradem prowincja Sandżak (tam to dopiero jest masakra).  Jeśli chodzi o albański islam to przynajmniej w stolicy jest bardzo tolerancyjnie i nie wykluczająco.

Piramida

Na koniec na dowód na to że w Albanii wszystko jest możliwe i są tam nawet piramidy. Ta została zaprojektowana przez córkę Envera Hodży i miała mieścić muzeum poświęcone dyktatorowi. Do tego jednak nie doszło ze względu na zmianę systemu. W międzyczasie miała jeszcze kilka zastosowań między innymi baza NATO i organizacji humanitarnych, a od około 10 lat Albańczycy zastanawiają się co z nią zrobić. Do środka można sobie tak po prostu wejść, nikt tego nie pilnuje. Moim zdaniem piramida idealnie nadawała by się za siedzibę dla mnóstwa inicjatyw z dziedziny kultury alternatywnej, posiada sporą odkrytą przestrzeń idealną na przedstawienia, koncerty i tym podobne inicjatywy, w środku wygląda całkiem ciekawie, a z zewnątrz z pewnością dało by się umniejszyć jej nieco upiornego wyglądu. Szkoda żeby taki ciekawy budynek się zmarnował. 

Byłam tu zdecydowanie za krótko i to zupełnie oczywiste że trzeba jak najszybciej to naprawić. Wydaje mi się, że Tirana zwłaszcza jeśli mieszka się gdzieś na przedmieściu wyglądającym jak wioska, spokojnie mogłaby zostać fajną miejscówką na ulokowanie się na spokojne kilka tygodni zdalnej pracy. Miasto zdecydowanie ma „to coś”, co zauważymy może nie na pierwszy rzut oka, ale na pewno na drugi jak lepiej się przyjrzymy. Tirana nadaje się też idealnie by wysłać do niej na stypendium większość polskich urzędników odpowiedzialnych za estetykę miejską. Jeśli porównamy PKB obu krajów (Albanii i Polski) i zdamy sobie sprawę na jakich budżetach działają oba państwa, a następnie przyjrzymy się efektom rozmaitych „rewitalizacji” przestrzeni miejskiej chociażby z południowo-wschodniej części Polski  (którą to oglądam najczęściej) można w dziewięćdziesięciu procentach przypadków załamywać nad efektami pracy ręce. Najniższa w Europie ilość zajęć z kultury i sztuki bardzo boleśnie daje swój wyraz w estetycznych koszmarach forsowanych przez władze za całkiem niebagatelne kwoty. Tworzy się za nie rzeczy które już na starcie wyglądają źle a kilka lat po powstaniu, są estetycznym obciachem, który musi być koniecznie jak najszybciej zastąpiony przez kolejną rewitalizację.